Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Dla naszego bezpieczeństwa trzeba szkolić afgańską policję

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Wczoraj napisaliśmy o sporze między MON i MSZ a MSWiA o szkolenia afgańskich służb przez Polaków. Resort spraw wewnętrznych obawia się, że Afgańczycy mogą nas zdradzać. Dziś opinia policjanta, który był w Afganistanie.

ROBERT ZIELIŃSKI:

LUDWIK MAĆKOWIAK*:

To decyzja, którą muszą podjąć politycy. Obowiązuje mnie podległość wobec rozkazów. Nie mogę ich komentować. Mogę za to opowiedzieć o swoich 15-miesięcznych doświadczeniach. A z tych wynika, że jadąc tam, trzeba brać pod uwagę najgorsze. Zginąć można na tysiąc sposobów. Nawet jeśli profesjonalnie dba się o swoje bezpieczeństwo, to nie można wykluczyć zwykłego pecha.

Byłem dowódcą polskiego kontyngentu policji liczącego trzech oficerów. Wraz z kolegą pracowaliśmy w prowincji Samangan. To ważne miejsce, przez które przebiega droga łącząca Kabul z północą: Turkmenistanem, Tadżykistanem i Uzbekistanem. Pomagaliśmy zorganizować się tamtejszej policji, Afgan National Police.

Nie ma prostej odpowiedzi. Najpierw trzeba zrozumieć, jakie tam panują warunki. Nadzorowałem pracę niemal 1000 miejscowych policjantów. Spośród nich 50, może 60 potrafiło czytać i pisać. Co nie oznacza, że oni są głupi: uczą się szybko, robią błyskawiczne postępy. Ważne, aby pomóc im się zorganizować, a najważniejsze, aby zdobyć zaufanie. Do tego potrzeba czasu, trochę odwagi.

Nie zapuściłem brody, jak nakazuje muzułmanom religia. Goliłem się. Za to szybko uzyskałem arabskie imię: Ludwi, które oznacza miłą, sympatyczną osobę. Bardzo mi to pomagało, szczególnie że staraliśmy się większość czasu być w terenie. To kraj innej kultury. Najpierw należy się 20 razy spotkać i rozmawiając o rodzinach, wypić hektolitry herbaty. A nie jest to proste, bo robiona jest najczęściej na wodzie z deszczówki. To ważne, aby nie występować z pozycji siły, pamiętać, że jesteśmy u nich gośćmi. Tych dumnych ludzi można łatwo urazić. Wystarczy pojawić się w wiosce w opancerzonym wozie i wejść do domu w kamizelce kuloodpornej, z bronią w ręku. I odwrotnie: można wiele zyskać, jeśli wejdzie się do domu starszyzny bez broni, jak ufny przyjaciel.

Pamiętam jedną z wypraw na południe prowincji. Choć mieliśmy do przejechania zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, trwała 12 godzin. Takie są tam drogi, a raczej bezdroża. Gdy dojechaliśmy na posterunek, przywitał nas bosy policjant. A leżał śnieg, było minus 20 stopni. Gdy zapytaliśmy, czego mu potrzeba, myślałem, że powie o butach i skarpetach. A on poprosił o dwa RPG, każdą ilość kałasznikowów i amunicji. Bo tam jest naprawdę niebezpiecznie.

Kilka razy zagrożenie było realne. Dostawaliśmy informacje wywiadowcze, że szykowany jest zamach. Zamykaliśmy się wtedy w tzw. safe house, czyli glinianym domu z ogrodzeniem, zbudowanym z mieszaniny gliny z odchodami - mówię to na wypadek, gdyby ktoś myślał, że służbę pełniliśmy tam w cywilizowanych warunkach. Nie rozstawaliśmy się z bronią: nas dwóch, kilku żołnierzy ISAF i czterech bardzo oddanych ochroniarzy afgańskich. Byliśmy gotowi na wszystko. Innym razem miejscowy mułła w kazaniach burzył przeciw nam ludzi. Szybko załatwiliśmy kilkaset koców, zabawek pluszowych z kraju, które przekazaliśmy mulle do rozdania. Dotarliśmy do właściwej osoby. W Afganistanie dobry koc to majątek: rok w rok setki ludzi umierają z wyziębienia. Ponadto jesienią ubiegłego roku w Samanganie panowała epidemia cholery, na którą zapadło 10 tys. osób. Wiele z nich zmarło.

Z pewnością nie jest to praca dla wszystkich, a jedynie dla tych, którzy chcą czynnie zmieniać świat na lepsze. Tacy ludzie muszą pomóc w budowie szkół, dróg i studni. Wojsko samo nie da rady: wielu żołnierzy to fantastyczni ludzie, ale oni są szkoleni do prowadzenia wojny. Tam zaś trzeba wspomóc budowę cywilnych struktur, takich jak lokalna policja. I to może działać: na otwarte spotkanie z lokalnymi komendantami przyszło kilkuset mieszkańców. Po chwili milczenia zaczęli się dzielić swoimi problemami. Tak zdobywane zaufanie później owocowało - udało nam się szybko wykryć porywaczy amerykańskiego biznesmena. Wrócił do domu cały i zdrów. Dlatego sądzę, że błędem byłoby pozostawić Afganistan samemu sobie. Niebezpieczeństwo szybko zapukałoby do naszych domów: w Warszawie, Berlinie czy Paryżu.

@RY1@i02/2009/186/i02.2009.186.000.006a.101.jpg@RY2@

Ludwik Maćkowiak pracował w prowincji Samangan w Afganistanie

, 15 miesięcy pracował w Afganistanie, na co dzień służy w wielkopolskiej policji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.