Klęska misji Zachodu
Sobotnie wybory w Afganistanie będą dowodem naszej bezsilności. Gdyby potraktować misję NATO w tym kraju jako inwestycję, byłaby to wpadka, za jaką prezesi firm tracą stanowiska
W sobotę mieszkańcy Afganistanu wybiorą parlament. Przedstawiciel ONZ spodziewa się, że dojdzie do fałszerstw tak jak w sierpniu 2009 r. podczas wyborów prezydenckich. Koszty obu głosowań pokrywa Zachód, finansuje też rządową administrację, budowę dróg, szkół, utrzymanie wojska i policji. Płaci nawet pośrednio rebeliantom, choćby za to, by nie atakowali konwojów z zaopatrzeniem. Sponsorujemy farsę - wybory nie wyłaniają reprezentatywnej władzy, a pomoc finansowa zasila rachunki politycznych akolitów i krewnych prezydenta Karzaja. Gdyby potraktować wojnę w Afganistanie jako inwestycję, byłaby to wpadka, za jaką w biznesie prezesi tracą stanowiska.
Kilka dni temu policja w Ghazni - gdzie stacjonują nasi żołnierze - skonfiskowała kilka tysięcy fałszywych kart wyborczych wydrukowanych w Pakistanie. W ubiegłym roku właśnie w tej polskiej prowincji i w Kandaharze doszło do największych oszustw wyborczych na korzyść prezydenta Karzaja. Zdaniem Democracy International, organizacji monitorującej przebieg głosowania, nawet jedna trzecia oddanych tam głosów to fałszywki. Ghazni nie było odosobnionym przypadkiem, mimo to ISAF (siły NATO w Afganistanie) i ONZ uznały wynik. Tylko dlatego, by wątpliwościami nie podminowywać kruchej stabilizacji zapewnianej przez obecny rząd. Nigdy nie dowiemy się, kto tak naprawdę wygrał. Teraz będzie podobnie. Wybory są potrzebne jako dowód, że plan Obamy działa. Afgańczycy spokojnie wybierają swoich przedstawicieli, budują armię i administrację, Karzaj oraz jego ministrowie mają pełną legitymację do sprawowania władzy, a krajowi potrzeba tylko wsparcia finansowego, by po wyjściu obcych wojsk mógł się bezpiecznie rozwijać. Wszystko to fikcja.
Najciemniejszą kartą Afganistanu nie jest dziś wcale aktywność zbrojna rebeliantów, ale skala grabieży międzynarodowej pomocy przez władze, które same nie wierzą w zwycięstwo nad talibami i wolą się zabezpieczyć przed klęską, przesyłając pieniądze z zagranicznych dotacji na prywatne rachunki za granicą.
Przy okazji zeszłotygodniowej afery Banku Kabulskiego, który wskutek fatalnego zarządzania dorobił się 300 mln dol. długu i omal nie zbankrutował, okazało się, że jest on narzędziem do takich transferów. Jedną z czołowych postaci skandalu stał się Mahmud Karzaj, brat prezydenta, trzeci pod względem wielkości udziałowiec banku. Inny to brat Mohameda Kasima Fahima, wiceprezydenta Afganistanu. Brytyjski "Daily Telegraph" twierdzi, że rodzina Karzaja zgromadziła majątek wyceniany na 100 mln euro, inwestuje te pieniądze w nieruchomości w Dubaju (ma tam m.in. 14 luksusowych willi). Kontroluje też rynek firm ochroniarskich, czyli - nazywając rzecz po imieniu - afgańskich najemników.
Prezydent osobiście nakazał, by pensje wszystkich 250 tys. pracowników rządowych, w tym nauczycieli, szły przez konta w Banku Kabulskim, podobnie jak wypłaty dla żołnierzy i policjantów. Bank obracał tymi środkami, nabijając mieszki udziałowców, rozdawał też nisko oprocentowane pożyczki ludziom z obozu władzy.
Kolejny brat prezydenta, Ahmed Wali Karzaj, przewodniczący rady prowincji Kandahar, stał się jej rzeczywistym władcą. Kontroluje praktycznie wszystkie kontrakty inwestycyjne na tym terenie, jest również oskarżany o handel narkotykami na wielką skalę. W sierpniu wyszło na jaw, że CIA płaci solidny haracz współpracownikom i krewnym prezydenta, w tym Ahmedowi, za umożliwienie jej operacji na terytorium Afganistanu. Sporo wskazuje na to, iż są to pieniądze za przychylność dla działań tajnych komand werbowanych przez amerykańskie służby do zabijania ludzi związanych z rebeliantami. Nie podlegają one formalnie ani Amerykanom, ani rządowi afgańskiemu.
Chciwość środowiska prezydenta wydaje się nie mieć granic. Karzaj zażądał od zachodnich donatorów, aby przekazywali pieniądze na projekty rozwojowe wyłącznie za pośrednictwem rządu, co jeszcze bardziej ułatwiłoby transfer części dotacji na prywatne konta.
Państwa dotujące Afganistan znalazły się w pułapce. Nie mogą zakręcić kurka z gotówką, bo rządowi zabraknie środków na realizację najważniejszego punktu planu Obamy, czyli rozbudowę afgańskiej armii i policji. Nie ma też żadnej możliwości, by ominąć centralną bądź lokalną administrację w przyznawaniu kontraktów. Urzędnicy, przedsiębiorcy, wykonawcy, prywatne firmy, dostawcy, ochroniarze są powiązani siecią nieformalnych układów biznesowo-klanowych, których zachodni interwenci nawet nie rozumieją, a co dopiero mówić o ich rozbiciu.
Gen. David Petraeus, dowódca sił NATO w Afganistanie, wydał kilka dni temu rozporządzenie regulujące zasady dostaw i prac na rzecz wojsk zachodnich, aby ograniczyć rabunek przynajmniej na tym odcinku. Chodzi o ogromne sumy, w tym roku zostaną zrealizowane różnorakie kontrakty zlecone przez NATO na kwotę 14 mld dol. Nowe regulacje wprowadzają tak oczywiste, wydawałoby się, zasady, jak obowiązek dostarczenia listy podwykonawców, odpowiedzialność głównego wykonawcy za prace podwykonawców, wykazanie się niezbędnymi licencjami oraz podanie numerów kont bankowych kontraktora, wreszcie cofanie umów, jeśli wykonawca ma powiązania z kręgami kryminalnymi lub rebeliantami. W Stanach Zjednoczonych i Europie to elementarz zamówień publicznych, w Afganistanie - niemal rewolucja.
Wybory parlamentarne będą kosztowały prawie 120 mln dol., zapłacą za nie zachodni donatorzy, ale to tylko kropla w morzu wydatków. Na szkolenie armii afgańskiej Amerykanie wyłożyli 25 mld dol., na całą wojnę w Afganistanie - 300 mld dol. (Kongres zaaprobował 345 mld dol.). Wydatki przyrastają z miesiąca na miesiąc o 60 proc. W obecnym roku fiskalnym, który kończy się 30 września, po raz pierwszy Ameryka wydała na konflikt afgański więcej niż na Irak (72,3 mld dol. do 64,5 mld dol.). Polskę dla porównania wojna w Afganistanie będzie kosztowała do końca 2010 r. 2 mld zł.
Wydatki nie skończą się jednak wraz z wyprowadzeniem wojsk, trzeba będzie nadal łożyć na armię i administrację, ponieważ roczne wpływy do afgańskiego budżetu to ledwie miliard dolarów. Wystarczy może na pensje dla administracji centralnej i onuce dla armii, ale z pewnością nie na jej uzbrojenie. Ten worek nie ma dna, a w dodatku jest plądrowany przez skorumpowaną elitę władzy.
Słabe, zdezorganizowane wojsko długo nie będzie zdolne do samodzielnych działań na dużą skalę. Rząd kontroluje jedynie główne miasta - reszta kraju jest w rękach lokalnych watażków albo rebeliantów. Nie działają służba zdrowia, system bankowy, egzekwowanie prawa. Talibowie poczynają sobie coraz śmielej, a sierpień był dla NATO najkrwawszym miesiącem od początku interwencji. Tymczasem pieniądze płyną do Afganistanu szerokim strumieniem. Ta inwestycja to pomyłka, przy której zakup Możejek przez Orlen jest co najwyżej lekkim potknięciem. W prostej kalkulacji zysk - strata misja afgańska okazała się bankrutem.
@RY1@i02/2010/182/i02.2010.182.186.0016.001.jpg@RY2@
Fot. Reuters/Forum
Pieniądze przeznaczane na odbudowę Afganistanu są rozkradane. Zachodnie media szacują, że tylko rodzina prezydenta Hamida Karzaja zgromadziła majątek wart 100 mln euro. Sobotnie wybory tylko usankcjonują tę sytuację
@RY1@i02/2010/182/i02.2010.182.186.0016.002.jpg@RY2@
Wzrost kosztów prowadzenia wojny przez USA w Afganistanie
@RY1@i02/2010/182/i02.2010.182.186.0016.003.jpg@RY2@
Andrzej Talaga
Andrzej Talaga
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu