W Australii po wyborach remis
Ustalenie zwycięzcy sobotnich wyborów parlamentarnych w Australii może nastąpić dopiero po tygodniu. Na dodatek zwycięzca i tak będzie musiał ubiegać się o poparcie nielicznych deputowanych niezależnych, by sformować stabilny rząd.
Według niepełnych jeszcze wstępnych danych centrolewicowa Partia Pracy i opozycyjni konserwatyści z Partii Liberalnej (LPA) posiadają po 71 miejsc w 150-osobowej Izbie Reprezentantów. Oznacza to, że żadna z nich nie uzyskała większości absolutnej wynoszącej 76 mandatów.
- Wola wyborców jest jasna. Będziemy rozmawiać z posłami niezależnymi, by sformować rząd dla naszego kraju - powiedziała premier Julia Gillard na spotkaniu ze swoimi zwolennikami w Melbourne.
49-letnia szefowa rządu objęła władzę zaledwie dwa miesiące temu w rezultacie wewnętrznego "zamachu stanu" w Australijskiej Partii Pracy, dzięki któremu doprowadzono do usunięcia ze stanowiska poprzedniego premiera Kevina Rudda. Zamiar konstruowania gabinetu koalicyjnego wyraził też przywódca opozycyjnych konserwatystów, 53-letni Tony Abbott.
Obecne wybory przyniosły najbardziej niezdecydowany wynik od 1961 r., kiedy to konserwatyści utrzymali się przy władzy większością 1 głosu.
Australijskie media, analizując na gorąco wyniki wyborów, wskazują jako przyczynę słabego wyniku laburzystów zapowiedź podniesienia o 40 proc. podatków płaconych przez potężny australijski przemysł górniczy.
Zareagował on kampanią medialną wymierzoną przeciwko władzom. Porażka rządzących jest o tyle zaskakująca, że Australia jest jednym z niewielu krajów świata, który nie odczuł skutków światowego kryzysu gospodarczego.
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu