Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Armia analfabetów nie pokona talibanu

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Amerykanie wpompowali już w afgańskie siły zbrojne i bezpieczeństwa 25 miliardów dolarów, a żołnierze mają ledwie elementarne przeszkolenie. Tylko nieliczne oddziały są w stanie samodzielnie przeprowadzać operacje bojowe, a korpus oficerski rozdzierają walki frakcyjne.

Tymczasem w 2014 r. władze Afganistanu mają przejąć od zachodnich wojsk odpowiedzialność za bezpieczeństwo, czyli pełnię rządów - ustaliła ubiegłotygodniowa międzynarodowa konferencja w Kabulu. Podstawą planu jest armia, bez niej bowiem nie da się w tym kraju niczego kontrolować. Trzy i pół roku to za mało, by zmienić ruinę w sprawną machinę bojową. Osłaniamy nasz odwrót złudzeniami.

Na początek garść danych z raportu sporządzonego przez inspektora generalnego ds. odbudowy Afganistanu dla Departamentu Obrony USA. Zaledwie 23 proc. żołnierzy i 12 proc. policjantów afgańskich jest zdolnych do wykonywania samodzielnych zadań bez zagranicznego wsparcia i nadzoru. Dodajmy, że wiosną tego roku (najświeższe dane) 17 proc. żołnierzy i 12 proc. policjantów zapisanych w stanach osobowych oddziałów przebywało poza nimi, czyli krótko mówiąc, zdezerterowało. Liczmy dalej. Obecnie armia Afganistanu to mniej niż 120 tys. ludzi. Jeśli dane amerykańskie są wiarygodne, a podobne szacunki podają także instytucje niezależne, choćby International Crisis Group (ICG), stan de facto sił zbrojnych to mniej niż 100 tys. żołnierzy. Zdolnych do samodzielnej walki jest zatem ledwie około 20 tys. Tyle samo z grubsza liczą główne siły rebeliantów bez wspierającego ich, zwoływanego spontanicznie, pospolitego ruszenia, choć w rządowych planach reintegracji partyzantów ze społeczeństwem mowa już o 36 tys. potencjalnych skruszonych.

W momencie przejmowania odpowiedzialności za bezpieczeństwo armia afgańska ma mieć 170 tys. ludzi, czyli jakieś 40 tys. zdolnych do walki, gdyby obecne trendy się utrzymały. Po wyjściu NATO stanie więc do walki z równym sobie liczebnie, zdeterminowanym przeciwnikiem, stosującym lepszą taktykę, mającym poparcie społeczne na południu i wschodzie kraju. Owszem, będzie jeszcze policja w sile 130 tys., ale jej zdolności bojowe są i pozostaną na poziomie bliskim zeru.

Nie przestajemy liczyć. Warto, procenty i liczby mówią bowiem o tym, jak jest, a nie jak chcielibyśmy, żeby było. Po dziewięciu latach budowania afgańskiej armii oraz sił bezpieczeństwa od 20 do nawet 85 proc. żołnierzy i policjantów jest uzależnionych od opium (dane ICG), a dezercje w rejonach najsilniejszych walk - prowincjach Helmand i Kandahar - sięgają 30 proc. 90 proc. żołnierzy to analfabeci niezdolni do nauczenia się bardziej skomplikowanych metod walki niż elementarny szyk i władanie karabinem.

Stany Zjednoczone dobrze wiedzą, czym skończyłaby się konfrontacja takiej armii, nawet rozbudowanej i wzmocnionej, z rebeliantami, dlatego po 2014 r. pozostawią w Afganistanie siły specjalne, lotnictwo, może też kilka - kilkanaście tysięcy marines do wsparcia rządu w krytycznych momentach. Pełny odwrót bowiem oznaczałby katastrofę.

Zakurzona siedziba sztabu 2. Brygady 203. Korpusu Narodowej Armii Afganistanu, puste ściany, na podłodze rdzawy dywan. Pułkownik Siad Malook Zazai rozparty na kanapie częstuje słodką herbatą. - Bierij, tawariszcz - zachęca łamaną ruszczyzną. Służył reżimowi komunistycznemu, potem Masudowi, który z nim walczył, za władzy talibów ukrywał się na wsi, teraz zatrudnia go rząd Karzaja. Jest Tadżykiem, podobnie jak większość jego żołnierzy, a stacjonuje i walczy na pusztuńskim wschodzie. Niepiśmienni wojacy z północy nie potrafią nawet powiedzieć kilku słów po pasztuńsku, a okoliczni wieśniacy nie znają ogólnoafgańskiego języka dari. Ta narodowa armia dziwnie przypomina tu siły okupacyjne. I on, i jego 2. brygada są wplątani nie tylko w wojnę z rebelią, ale także klanowe rozgrywki w wojsku.

Generał sprzyja Bismillahowi Khanowi Mohammadiemu, szefowi sztabu, za którym stoją potężni Tadżycy z Pandższiru, kilka lat temu dominujący w armii. Jest jednak druga frakcja podległa ministrowi obrony Abdulowi Rahimowi Wardakowi, Pasztunowi. To dwa najsilniejsze stronnictwa, ale swoich generałów mają też Hazarowie i Uzbecy. Podziały idą przez korpus oficerski od góry do dołu. Nie ma oficerów afgańskich, są oficerowie Wardaka, Khana lub innych panów wojny, którzy tylko tym różnią się od lokalnych watażków, że noszą rządowe mundury. Jakby tego było mało, minister obrony i szef sztabu, tym razem zgodnie, są skonfliktowani z prezydentem, nie akceptują bowiem rokowań z rebeliantami i sprzeciwiają się promowanej przez rząd integracji talibów z armią.

Prezydent Obama, rzucając do Afganistanu dodatkowe 30 tys. amerykańskich żołnierzy, ogłosił jednocześnie, że jednym z ich głównych zadań będzie szkolenie sił afgańskich, poprawienie ich umiejętności. To optymistyczne założenie, biorąc pod uwagę obecny stan rzeczy i doświadczenia z przeszłości. Siły zbrojne pozostają mozaiką wrogich frakcji, w dodatku są słabo wyszkolone i wcale nie integrują społeczeństwa, raczej pogłębiają podziały, a i tak w porównaniu, choćby z administracją cywilną, uchodzą za najbardziej państwowotwórczą siłę w Afganistanie. Zwiększenie ich liczebności bez głębokich reform strukturalnych i rozbicia klanowych lojalności nie zwiększy siły bojowej armii, wzrośnie jedynie liczba mężczyzn biegle władających bronią. Posłużą się nią, jeśli po wyjściu sił zachodnich sprzeczne interesy wewnątrz armii przerodzą się w walkę o władzę, w której talibowie będą tylko jedną z wielu stron. O tym jednak na konferencji w Kabulu milczano.

@RY1@i02/2010/142/i02.2010.142.000.0017.001.jpg@RY2@

Fot. Reuters/Forum

@RY1@i02/2010/142/i02.2010.142.000.0017.002.jpg@RY2@

Andrzej Talaga

Andrzej Talaga

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.