Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Krym, czyli poligon Kremla

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Rosja na półwyspie testuje, na ile może sobie pozwolić wobec Ukrainy

Chyba nikt jeszcze nie zapłacił czterech miliardów dolarów rocznie za utrzymanie złomowiska. Właśnie na tyle Rosjanie wycenili swoją bazę Floty Czarnomorskiej na Krymie w dość karkołomnym interesie z Ukraińcami: niższa cena za gaz w zamian za przedłużenie umowy o stacjonowaniu okrętów do co najmniej 2047 r. Niegdyś legenda imperialnej marynarki wojennej dziś jest tylko jej cieniem. Jedna z rosyjskich gazet napisała nawet, że jeszcze przed 2015 r. żaden ze stacjonujących na Krymie okrętów nie będzie w stanie wypłynąć w morze.

Kreml nie targuje się jednak o flotę z powodu technikaliów. Baza w Sewastopolu i specjalny status miasta są ważne, bo pozwalają wpływać na sytuację na całym Krymie, a przez nią na Ukrainie. Jak choroba rozlewa się na resztę kraju. Poligon do testowania najnowszych - jak lubią to określać kremlowscy specjaliści od nauk społecznych - technologii politycznych.

To na Krymie powstały po pomarańczowej rewolucji w 2004 r. pierwsze prorosyjskie organizacje pozarządowe, które miały symulować społeczeństwo obywatelskie i wyrażać słuszny protest przeciw Ukrainie w NATO. Również na półwyspie rozdawano rosyjskie paszporty tym mieszkańcom, którzy nie czuli lojalności wobec Kijowa i w ten sposób testowano cierpliwość ukraińskich władz. W końcu Krym jest również doskonałym poligonem, na którym sprawdzano scenariusze gospodarczej wasalizacji sąsiada. Jeśli weźmie się pod uwagę doskonałą bazę wypadową do operacji wojskowych na Kaukazie, te cztery miliardy dolarów rocznie to wcale nie tak dużo.

Lato 2005. Kijów powoli zapomina o pomarańczowej rewolucji. Tłumy na majdanie Niezałeżnosti i krzykliwi aktywiści z organizacji pozarządowych to już tylko wspomnienie. W tym samym czasie w Rosji trwa ofensywa przeciw organizacjom pozarządowym. NGO (Non-governmental organization), które nie głoszą apoteozy suwerennej demokracji a la Władimir Putin, stają się bohaterami skandali szpiegowskich. Równolegle na Krymie powstają stowarzyszenia, w których skład wchodzą głównie zamieszkujący rejon Rosjanie. Jednoznacznie sprzeciwiają się pronatowskim ambicjom Ukrainy.

Wówczas w Kijowie nie spotkałem nikogo, kto wierzyłby w brak związków finansowych między krymskimi NGO a Rosją. Jeden z naszych rozmówców z prezydenckiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony wprost przedstawiał dowody na sponsorowanie ich przez Moskwę. Jego teza była klarowna: Rosjanie siłowo nie zablokują prozachodniego kursu pomarańczowego prezydenta Wiktora Juszczenki. Mogą jednak wykorzystać całą gamę demokratycznych środków i frazeologię społeczeństwa obywatelskiego, by swoje cele osiągnąć. Krym był do tego niezbędny.

Pomysł był prosty i zarazem w swojej prostocie genialny. Porewolucyjny Kijów przecież nie będzie w postsowieckim stylu, jak Władimir Putin, oskarżał organizacji pozarządowych o chodzenie na pasku rosyjskiego wywiadu. Obywatele po prostu wyrażają swój sprzeciw. O tym, że głośne NGO z Krymu okażą się skuteczne, przekonano się bardzo szybko. Już latem 2006 r. na półwyspie wybuchły gwałtowne protesty przeciw organizowanym regularnie manewrom morskim NATO - Ukraina "Sea Breeze". Na ulicach pojawiły się tłumy z transparentami: "Okupanci do domu!", "Teren wolny od NATO". Ćwiczenia, które do tej pory odbywały się regularnie i nie wzbudzały kontrowersji, stały się nagle powodem do zwołania ludowego buntu. Media obiegły zdjęcia wściekłych mieszkańców Krymu (co ciekawe, obiektem ich gniewu był amerykański okręt "Advantage", który na manewry dopłynął jako pierwszy, a jego ładunkiem nie były bynajmniej głowice nuklearne, tylko przenośne toalety dla żołnierzy). Za protestami stał nie kto inny, jak prorosyjskie NGO - Rosyjska Wspólnota Krymu i młodzieżówka Proryw (Przełom) - na co dzień działająca w nieodległym separatystycznym Naddniestrzu. Poparła ich Partia Regionów obecnego prezydenta Wiktora Janukowycza. Efektem demonstracji było pojawienie się na agendzie rozmów Kijów - NATO tematu sprzeciwu społeczeństwa wobec integracji (najchętniej eksponowali ten problem przeciwnicy Ukrainy w NATO Niemcy i Francuzi). Na samej Ukrainie parlament zaczął domagać się od Juszczenki, by od tej pory konsultował z nim wszelkie decyzje w sprawie ewentualnych ćwiczeń z udziałem obcych wojsk. Moskwa miała powody do zadowolenia. Okazało się, że demokracja daje całą gamę możliwości wywierania wpływu na sąsiada.

Kolejnym polem starcia był biznes. Pozornie wydawać by się mogło, że mer Moskwy z Krymem ma tyle samo wspólnego co banderowcy z feldmarszałkiem Potiomkinem. Ale to tylko złudzenie. Jurij Łużkow jest jednym z tych patriotów rosyjskich, którzy od dawna uważają, że Chruszczow się pomylił, przepisując czarnomorski półwysep Ukraińcom, i ten historyczny błąd trzeba naprawić. Najlepiej z pomocą rosyjskich marynarzy z Sewastopola i pieniędzy.

Łużkow swoją wizję zaczął wprowadzać w życie. Postanowił Krym po prostu kupić. Bo jak sam mówił w lutym 2007 roku przy okazji otwarcia Centrum Kulturalnego Moskwy na Krymie: "Sewastopola nie oddamy, bo jest miastem rosyjskiej chwały". Dziś jest właścicielem ośrodków wypoczynkowych Mellas i Ponizowka w Foros oraz Pierwomajskij w Eupatorii. Buduje luksusowe apartamenty w Jałcie. Wiceszef rosyjskiej Dumy Aleksandr Babakow został udziałowcem Sewastopoloblenergo, firmy handlującej gazem. Oprócz mera Moskwy w wykup półwyspu zaangażowani są również rosyjscy wojskowi, choćby szef wywiadu Floty Czarnomorskiej - kapitan Siergiej Kudolej. Zaangażowanie oficerów rosyjskich służb specjalnych w wykup ziemi i nieruchomości przelało czarę goryczy. We wrześniu 2007 roku Ukraińcy puścili do prasy przeciek, w którym z nazwiska wymieniono oficerów rosyjskiego wywiadu robiących interesy na Krymie. Poseł do ukraińskiego parlamentu i lider krymskich Tatarów Mustafa Dżemilew mówił nam wówczas, że taka praktyka to objaw słabości ukraińskich władz, a ekspansja Rosjan jest nie do zatrzymania. Ani prorosyjskie protesty, ani wykupywanie Krymu przez Rosjan nie były jednak tym, co pomarańczowe władze w Kijowie drażniło najbardziej.

We wrześniu 2008 roku zaczęto rozdawać rosyjskie paszporty wszystkim chętnym mieszkańcom półwyspu. Miesiąc po wojnie w Gruzji pomysł Kremla był jawną prowokacją. Na Kaukazie wojska rosyjskie przyszły z odsieczą dla posiadających paszporty rosyjskie Osetyńców. Podobnie może być na Krymie - sugerowano. Sprawą zaczęło się interesować MSW w Kijowie. Liczono, ilu mieszkańców przyjęło paszporty. Ówczesny szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Wałentyn Naływajczenko zapewniał w rozmowie z nami, że uważnie przygląda się zabiegom Rosji, a proceder stanowi dla Kijowa realny problem. Jego współpracownicy dodawali, że obawiają się osetyjskiego scenariusza. Decyzja Moskwy była jednak przede wszystkim sygnałem dla NATO: "Jeśli nie chcecie kłopotów, darujcie sobie Ukrainę z jej problematycznym Krymem i prozachodnimi ambicjami. Tam jest nasza flota. Przecież nie przyjdziecie im z odsieczą w razie małej wojenki". W grudniu 2008 roku na spotkaniu szefów MSZ państw Sojuszu nie było już tematu wprowadzenia do Paktu Ukrainy.

Rosyjski poligon działań specjalnych - Krym - mógłby nawet nie mieć rosyjskiego portu i okrętów. Zardzewiałe legendy sowieckiej floty są tylko pretekstem. Półwysep ma pozostać kartą przetargową, która niezależnie od tego, kto rządzi w Kijowie, pozwoli wpływać na jego politykę.

Najpierw Rosjanie umocnili swoje pozycje w separatystycznych republikach: Abchazji i Osetii. Kilka dni temu w Kirgistanie ostatecznie skompromitowała się idea kolorowych rewolucji. Teraz udało się okopać przyczółek ukraiński. Środową decyzję o przedłużeniu umowy o stacjonowaniu Floty Czarnomorskiej należy dobrze zapamiętać. To dzień, w którym Rosja udowodniła, że dawne próby wchodzenia w jej - jak to nazywa - wyłączną strefę wpływów przeszły do lamusa.

@RY1@i02/2010/079/i02.2010.079.000.0015.001.jpg@RY2@

Fot. AP

Rosyjscy komandosi w czasie parady w Sewastopolu w 2009 roku

Zbigniew Parafianowicz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.