Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Unia jedyną szansą dla Wielkiej Brytanii

29 czerwca 2018

Wielka Brytania szuka swojego miejsca w świecie. Londyn żegna się z iluzjami o odgrywaniu roli regionalnego mocarstwa i specjalnych relacjach z USA. To może pchnąć Królestwo w kierunku Europy. Nawet pod rządami eurosceptycznych konserwatystów.

Szef brytyjskiej dyplomacji David Miliband - który wczoraj wieczorem miał wygłosić doroczne przemówienie na temat brytyjskiej polityki zagranicznej na tradycyjnym bankiecie wielkanocnym w londyńskim ratuszu - nie ukrywa, że głos Wielkiej Brytanii waży dziś dużo mniej niż jeszcze 10 lat temu. - Nie ma się co łudzić, że światem będzie rządziła grupa G2 (USA i Chiny) plus Wielka Brytania - mówił w czasie niedawnej debaty o przyszłości brytyjskiej dyplomacji w Chatham House. Zdaniem Milibanda i rządzących od 13 lat laburzystów jedyną szansą na odgrywanie przez Londyn jakiejkolwiek roli w świecie jest mocniejsze zaangażowanie się w integrację europejską. Z takim przesłaniem Partia Pracy idzie do zaplanowanych na 6 maja wyborów parlamentarnych.

- Swój dystans wobec Unii łagodzą także prowadzący w przedwyborczych sondażach torysi - mówi nam Katinka Barysch z londyńskiego Center for European Reform. Ich lider David Cameron przywrócił w ostatnich miesiącach do łask wielu przychylnych Europie posłów (choćby Kennetha Clarkea, członka gabinetów Margaret Thatcher i Johna Majora), którzy mają pomóc partii w zatarciu złego wrażenia, jakie przyniosło wystąpienie torysów z Europejskiej Partii Ludowej po zeszłorocznych wyborach do PE. - Podjęliśmy strategiczną decyzję, by po przejęciu władzy nie zaczynać od konfrontacji z Europą - powiedział "Guardianowi" kandydat konserwatystów na szefa dyplomacji William Hague.

I laburzyści, i torysi zdają się wyciągać wnioski z wydarzeń ostatnich lat: zwłaszcza zaangażowania się przez Wielką Brytanię w wojny w Iraku i Afganistanie. "Bezkrytyczne zaangażowanie po stronie USA nadwyrężyło nasze siły i reputację. W przyszłości musimy nauczyć się częściej mówić Waszyngtonowi »nie«" - głosi opublikowany pod koniec marca raport komisji spraw zagranicznych brytyjskiej Izby Gmin. Media dość szybko uznały ten dokument za koniec specjalnych stosunków Londynu i Waszyngtonu - datujących się jeszcze od czasów Winstona Churchilla i Franklina Delano Roosevelta. Apogeum osiągnęły one, gdy premier Tony Blair nie oglądając się na sprzeciw Francji czy Niemiec, wysłał do Iraku 46 tysięcy brytyjskich żołnierzy.

Brak zainteresowania pogłębianiem specjalnego partnerstwa jest zresztą obustronny. - Barack Obama jest zbyt zajęty Chinami i Rosją, by zabiegać o tak bliskie stosunki z Londynem, jakie miał jego poprzednik George W. Bush - mówi nam Robin Niblett, szef Chatham House.

Wojny w Iraku i Afganistanie dowiodły na dodatek, że gotowość Wielkiej Brytanii do stawiania czoła mocarstwowym wyzwaniom pozostawia wiele do życzenia. Sześcioletnia misja Brytyjczyków w Iraku (2003 - 2009) była bardzo niepopularna wśród brytyjskiego społeczeństwa i zakończyła się pospiesznym wycofaniem, które część obserwatorów - zwłaszcza w USA - nazwała ucieczką. Międzynarodowej pozycji Zjednoczonego Królestwa nie buduje też wcale misja afgańska, gdzie - podobnie jak w Iraku - brytyjska armia ma ciągłe problemy z uzbrojeniem: na przykład dostarczeniem nowych helikopterów marki Chinook, na które z powodu oszczędności na razie nie ma co liczyć.

@RY1@i02/2010/073/i02.2010.073.000.015a.001.jpg@RY2@

Fot. AP

Szef brytyjskiej dyplomacji David Miliband

współpraca pw

Rafał Woś

rafal.wos@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.