Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Dalajlama.. Problem Ameryki

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Dalajlama będzie dziś jednak gościem Białego Domu. Wobec czułego na symbole Pekinu uczynione zostanie protokolarne ustępstwo:

Obama zasiądzie z tybetańskim przywódcą w Pokoju Map, a nie w oficjalnym Gabinecie Owalnym. Nie jest to wydarzenie nadzwyczajne. Amerykańscy prezydenci przyjmowali już Dalajlamę XIV dziesięciokrotnie i odznaczali go nawet Medalem Wolności. Polityczna doniosłość czwartkowego spotkanie bierze się jednak z jego niezwykłego kontekstu. Prezydent Obama - dopiero co, w jesieni 2009 r. - z obawy przed reakcjami chińskich komunistów odmówił przyjęcia Tybetańczyka. Chiny i Ameryka właśnie znalazły się w stanie konfliktu dyplomatycznego, po tym jak 29 stycznia prezydent przesłał Kongresowi rutynowy projekt pomocy wojskowej dla Tajwanu, a Pekin w ostrych słowach zapowiedział sankcje wobec amerykańskich firm i zerwanie kontaktów wojskowych.

Taka reakcja Chińczyków nastąpiła, mimo że Amerykanie starali się przy okazji zrobić im przyjemność, odmawiając dostaw na Tajwan najcięższego sprzętu wojskowego - samolotów i okrętów podwodnych. I mimo że ogłoszony dopiero co w Waszyngtonie nowy oficjalny Przegląd Obronny dość absurdalnie uznał postęp chińskich zbrojeń za "szansę na bardziej konstruktywną rolę Chin w świecie". Na koniec - wszystko dzieje się w momencie, w którym Ameryka stara się pozyskać Pekin do uchwalenia sankcji przeciw Iranowi, których przyjęcie przez ONZ - krótkoterminowo - jest celem dyplomacji Obamy.

Polityka amerykańsko-chińska znalazła się w zamęcie. Dwa są po temu najważniejsze powody. Pierwszy - to chaotyczna niekonsekwencja dyplomacji Obamy. Jeszcze niedawno można było mieć wrażenie, że rząd Obamy na serio obmyśla strategię wycofania się wobec Chin z kanonicznych punktów amerykańskiej polityki: obrony Tajwanu i promocji praw człowieka. Chińczycy zauważyli szansę na taką przemianę i stąd zapewne ich irytacja, gdy okazała się ona nie dość konsekwentna. Wykonali więc cyberatak na Google, posadzili na 11 lat najbardziej znanego opozycjonistę profesora Liu i... z zaciekawieniem czekali na kolejną delegację z Waszyngtonu, proszącą albo o solidarność w sprawie irańskiej broni atomowej, albo o korektę fatalnego dla amerykańskiej ekonomii kursu chińskiej waluty. Tymczasem okazało się, że Kongres podtrzymuje gwarancje dla Tajwanu, a sam Obama zaprasza Dalajlamę. Irytacja w Pekinie wynika z nieczytelności sygnałów płynących zza Pacyfiku.

Jest też jasne, że obserwujemy przejawy zmiany nastawienia Chin do świata. Pewien chiński dyplomata ujął to tak: "Przychodzi nasza kolej, żeby mówić, a ich, żeby słuchać". Tę zmianę chińskiego nastawienia niektórzy porównują do przebudzenia się Niemiec, po proklamacji cesarstwa przez Bismarcka. To prawda, że Obama nie umie znaleźć dotąd sensownego klucza do nowej polityki chińskiej. Ale to, co może być dlań usprawiedliwieniem, to podejrzenie, że taki skuteczny klucz być może nie istnieje. Że czując się mocarstwem, Pekin przechyla się w stronę chińskiej wersji unilateralizmu, zawsze przecież towarzyszącego imperiom.

Robert Kagan pisał, że: "chińskie wojsko codziennie przygotowuje się na możliwą wojnę z USA". Zaś Henry Kissinger zauważał: "od stosunków USA - Chiny zależy, czy nasze dzieci będą żyć w chaosie jeszcze większym niż w XX w., czy też będą świadkami nowego porządku światowego". Istotą amerykańskiego kłopotu z Chinami jest to, że oba te przekonania są prawdziwe. Albo Waszyngton i Pekin znajdą klucz do stworzenia nowej światowej architektury równowagi i największa tyrania świata stanie się współgwarantem światowego pokoju i ładu ekonomicznego. Albo Chiny i Ameryka staną się protagonistami nerwowej zimnej wojny XXI w.

@RY1@i02/2010/034/i02.2010.034.000.014b.001.jpg@RY2@

Jan Rokita

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.