Dlaczego Putin boi się 31. dnia miesiąca
W niedzielny wieczór moskiewski OMON rozpędził wiec opozycji domagającej się przestrzegania konstytucyjnych gwarancji swobody słowa. Zatrzymano ponad sto osób.
Wśród pozbawionych wolności byli m.in. szef Solidarności, były wicepremier Boris Niemcow, przywódca nielegalnej Partii Narodowo-Bolszewickiej Eduard Limonow oraz znani obrońcy praw człowieka: Lew Ponomariow i Oleg Orłow. Tym razem aresztu uniknęła legenda sowieckich dysydentów, 82-letnia Ludmiła Aleksiejewa, której zatrzymanie w sylwestrowy wieczór wywołało falę oburzenia na Zachodzie. "Oderwali mnie od Niemcowa i Aleksiejewej i po prostu ponieśli do więźniarki" - pisał na swoim blogu prosto z milicyjnego samochodu Roman Dobrochotow, lider młodych opozycjonistów z organizacji My.
Przeciwnicy premiera Władimira Putina od wielu miesięcy zbierają się 31. dnia każdego miesiąca o godz. 18, aby domagać się od władz przestrzegania art. 31 konstytucji, który gwarantuje wolność słowa. DGP rozmawia z Władimirem Bukowskim, jednym z najbardziej znanych dysydentów z czasów ZSRR.
Widać tu odmienne podejście władz do wydarzeń w stolicy i na prowincji. W przypadku Moskwy i Petersburga jest wyraźne polecenie, aby tłumić w zarodku wszelkie przejawy niezadowolenia. Rozkaz musiał przyjść z Kremla. Miejscowe władze nie odważyłyby się na taki krok. Tak ostre podejście wynika stąd, że opozycja nie dysponuje żadnymi innymi sposobami na wyrażenie własnych opinii. Nie ma dostępu do prasy, rejestracja nowych partii politycznych jest praktycznie niemożliwa. Pozostały internet i ulica.
W regionach protestuje się głównie z przyczyn społecznych bądź przeciw lokalnym politykom. Moskwie łatwo wtedy zrzucić winę za problemy na niekompetencję miejscowych elit. W stolicy protesty mają wydźwięk bardziej polityczny i opozycyjny.
Zadaniem władz jest nie dopuścić do sytuacji, gdy opozycja uzyska wpływ na protesty społeczne. Nie martwi ich, gdy ludzie protestują przeciw bezrobociu - są zazwyczaj nieskoordynowani i działają lokalnie. Gdy sytuację wykorzystuje opozycja, sprawa automatycznie staje się przedmiotem troski rządu. Dlatego atakowane są głównie stołeczne organizacje, które mogą się stać katalizatorem niepokojów.
Bo to poparcie jest bardzo pasywne. Całe społeczeństwo jest pasywne, zmęczone kryzysem. Choć kraj odnosi się do reżimu negatywnie, ludzie rzadziej decydują się na głośne wyrażanie swoich poglądów.
Do takich szerokich akcji dochodzi tylko wtedy, gdy wszystkie siły widzą w tym interes. Jeśli mamy wspólny punkt widzenia na daną kwestię, mamy prawo razem wyrażać swoje zdanie. Jeśli podpisujemy list protestacyjny, nie interesuje nas, kto jeszcze go podpisał. Nie podpisujemy się pod innymi podpisami, a pod danym tekstem. Możemy się w niczym nie zgadzać, ale przecież wszyscy żądamy np. swobody manifestacji - i demokraci, i radykałowie.
Na młodzież Limonowa patrzymy z przymrużeniem oka. Mamy nadzieję, że kiedyś wydorośleją z ekstremizmu i dojdą do wniosku, że demokracja jest potrzebna wszystkim, zaś radykalizm jest szkodliwy. Niech się nauczą, na razie mają gorące głowy.
Na początku kryzysu eksperci bardzo mocno przeszacowali jego skalę. To nie nasza wina. Mówiło się nawet o powtórce z wielkiej depresji lat 30. To jednak nie oznacza, że kryzys się skończył. Możliwa jest jego druga fala z inflacją i wzrostem bezrobocia. Władze nie mogą jeszcze spać spokojnie.
@RY1@i02/2010/022/i02.2010.022.000.014a.001.jpg@RY2@
Fot. Michał Rozbicki
Władimir Bukowski, sowiecki dysydent, od 1976 r. żyje na emigracji w Wielkiej Brytanii
sowiecki dysydent, od 1976 r. żyje na emigracji w Wielkiej Brytanii
@RY1@i02/2010/022/i02.2010.022.000.014a.002.jpg@RY2@
Fot. PAP/EPA
Aresztowania uczestników niedzielnej demonstracji opozycji w Moskwie
Michał Potocki
michal.potocki@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu