Rok nieuchronnych rozczarowań prezydentem
Dwanaście miesięcy temu Barack Obama został gospodarzem Białego Domu. Jednak jego obietnice okazały się trudne do spełnienia. Oto najważniejsze z nierozwiązanych problemów przed którymi stoją Ameryka i jej prezydent
Gdy w poniedziałek rano komando talibskich zamachowców szturmowało bramy pałacu prezydenckiego w Kabulu, skóra musiała cierpnąć również na plecach lokatorów Białego Domu. Obejmując stanowisko, prezydent Barack Obama zakładał, że obie wojny, jakie USA toczą na Bliskim i Środkowym Wschodzie, będą stopniowo wygasać. Wojenny budżet USA w 2009 r. wynosił 144 mld dol., w bieżącym miał być nieco mniejszy - 130 mld dol. A już w przyszłym - jedynie 50 mld dol.
Jednak z każdym kolejnym miesiącem rachuby Waszyngtonu są coraz mniej realne. Choć udało się ograniczyć skalę operacji w Iraku, to sytuacja w Afganistanie pogarsza się: zapowiadane z pompą jako "test demokracji" wybory prezydenckie skończyły się farsą, a talibowie nie zostali zepchnięci do defensywy. Wręcz przeciwnie, jak podkreślają eksperci, po raz pierwszy kontynuują ataki na siły rządowe i zachodnie wojska, nie przejmując się trwającą w Hindukuszu zimą.
Na dodatek USA mają coraz większe problemy z własnym wojskiem. Nie dość, że z każdą kolejną misją rośnie liczba weteranów wymagających intensywnej opieki lekarskiej i psychologicznej, to jeszcze wśród pełniących służbę w US Army 3400 muzułmanów (nieoficjalnie może ich być trzy razy więcej) narasta niezadowolenie. Jego tragicznym dowodem była strzelanina w największej wojskowej bazie Ameryki, Fort Hood, kiedy to wojskowy lekarz muzułmanin otworzył ogień do żołnierzy, zabijając 13 osób.
Barack Obama argumentuje, że wojna w Afganistanie to konieczność. Znacznie prostsze miało być zamknięcie kontrowersyjnego obozu w Guantanamo i odejście od bezprawnych praktyk służb bezpieczeństwa USA powszechnych w trakcie obu kadencji George’a W. Busha.
Choć w połowie grudnia 2009 r. Obama ogłosił oficjalne zamknięcie więzienia dla podejrzanych o terroryzm w bazie Guantanamo, nie oznacza to ani zwolnienia więźniów, ani likwidacji tajnych więzień. W oficjalnie zamkniętym obozie wciąż przebywa 215 osób, które mają wkrótce zostać przeniesione do Thomson Correctional Center w stanie Illinois.
Niektórzy z więźniów wręcz nie chcą opuszczać bazy USA na Kubie i mają zamiar pozwać amerykańskie władze - warunki w Illinois są znacznie gorsze. Choć i tak mogą mówić o szczęściu: na poły tajne więzienia bez większych zakłóceń funkcjonują np. w amerykańskiej bazie Bagram w Afganistanie czy na położonej niemal idealnie na środku Oceanu Indyjskiego wyspie Diego Garcia. O tym, co dzieje się za murami tych centrów, nie wiadomo praktycznie nic.
Guantanamo okazało się też niezbyt skutecznym środkiem walki z terroryzmem. Z ujawnionych na początku stycznia przez Pentagon danych wynika, że co piąty były więzień obozu przyłącza się do terrorystów. Być może nikt nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie bożonarodzeniowa próba zamachu na samolot linii Delta, przygotowana w dużej mierze przez Jemeńczyków, którzy siedzieli w Guantanamo.
Porażką Obamy okazały się jego wysiłki, by zmobilizować świat do przeciwdziałania ociepleniu klimatu. Choć amerykański prezydent osobiście pojechał na szczyt do Kopenhagi, by przekonać ponad setkę światowych liderów do ustępstw, ostateczne porozumienie ograniczyło się do postulatu powstrzymania wzrostu temperatur, tak by nie przekroczył on 2 stopni Celsjusza.
- To nie wystarczy - mówił Obama po szczycie. Tyle że nawet delegacja USA przyjechała do Danii z propozycją bardziej niż skromną: 4-procentowej redukcji emisji w stosunku do poziomu z 1990 roku.
Zabrakło jakichkolwiek zobowiązań do redukcji emisji gazów cieplarnianych, a co więcej, porzucono ustalone wcześniej zobowiązania - np. to, które zakładało 80-proc. redukcję emisji dwutlenku węgla do atmosfery do 2050 r.
"Obama został odarty z boskości. Amerykanie zobaczyli w nim zwykłego człowieka" - podkreślają od miesięcy komentatorzy na całym świecie. Popularność prezydenta w USA spadła z 67 proc. w dniu inauguracji poniżej magicznej granicy 50 proc. - według niektórych sondaży do 45 proc. Tak złego wyniku u progu drugiego roku rządów nie miał żaden powojenny prezydent Ameryki - dotąd najgorzej wypadał Ronald Reagan z wynikiem 49 proc.
Amerykanie irracjonalnie wierzyli, że zmiany, jakie wieszczył Obama, to kwestia najdalej pół roku. Tymczasem miesiące płyną, a gospodarka USA nadal tkwi w dołku. Najboleśniejszym problemem administracji stało się przekraczające 10 proc. bezrobocie. Eksperci szacują, że wraz z bezrobociem ukrytym może ono sięgać poziomu 18 - 19 proc. Niewiele więc brakuje do rekordowych 25 proc. z czasów Wielkiego Kryzysu. Jednocześnie Amerykanie mają do czynienia z kryzysem mieszkaniowym, nierównomiernym wzrostem płac w stosunku do cen i mglistymi perspektywami wzrostu gospodarczego. Na dodatek w ostatnich dniach największe amerykańskie firmy prezentują swoje wyniki finansowe za IV kwartał 2009 r. - eksperci już spekulują o bonusach, jakie mogli przyznać sobie menedżerowie, sięgając do pieniędzy pochodzących z państwowego pakietu stymulacyjnego. Jeśli takie przypadki wyjdą na jaw, gromy spadną również na głowę prezydenta.
Jakby tego wszystkiego nie było dość, Obama wplątał się w kampanię na rzecz niezwykle kosztownej reformy służby zdrowia. Na jej podstawie polisę mają dostać miliony nieubezpieczonych dotychczas Amerykanów - ale jej koszty sięgną prawdopodobnie 871 mld dol. w ciągu najbliższej dekady.
Choć w listopadzie udało się przepchnąć projekt reformy przez Izbę Reprezentantów, cały czas trwa batalia o przeforsowanie jej w Senacie. Ale i tu sytuacja się komplikuje: po śmierci senatora Teda Kennedy’ego zwolniło się miejsce senatora z Massachussets. W chwili zamknięcia tego wydania DGP w Massachusetts rozpoczynały się wybory następcy Kennedy’ego. Jeśli wygra je przedstawiciel Republikanów - stanowy senator Scott Brown - przewaga zwolenników reformy służby zdrowia w Senacie runie jak domek z kart.
Oznaczałoby to fiasko sztandarowego projektu Demokratów. Według ekspertów taka spektakularna porażka może nie tylko pogorszyć notowania prezydenta, ale też podzielić względnie skonsolidowaną wokół niego Partię Demokratyczną. W tej grze stawką jest druga kadencja w Białym Domu.
Wbrew obawom nie zlekceważył zagrożenia terroryzmem
Bilans polityki Baracka Obamy w obszarze bezpieczeństwa narodowego jest mieszany. Z jednej strony w kluczowych sprawach prezydent zdaje się trzymać rękę na pulsie, z drugiej - niedawne wydarzenia w Detroit (nieudany zamach na pokładzie samolotu - red.) dowodzą jeszcze braku rutyny w działaniach Białego Domu.
Przede wszystkim jednak wydaje się bardzo rozsądnie traktować sprawę zagrożenia terrorystycznego. Ogłosił wprawdzie koniec wojny z terrorem, ale na szczęście ograniczyło się to do kurtuazyjnych deklaracji. Obama zdaje sobie sprawę z zagrożenia, jakie wciąż stanowi Al-Kaida, więc Ameryka dalej po cichu zwalcza organizację Osamy bin Ladena, chociażby intensyfikując działania wywiadowcze w Jemenie. Poza tym prezydent, który na początku kadencji obiecał zamknięcie więzienia w Guantanamo, powstrzymał się przed populistycznymi gestami widowiskowego wypuszczenia więźniów, tylko dalej pracuje nad precyzyjnym planem przeniesienia podejrzanych mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa Ameryki do zakładów karnych na terytorium USA. Ta operacja wymaga jeszcze szlifów, bo terrorystom powiązanym z Al-Kaidą znacznie łatwiej będzie się porozumiewać ze światem, jeżeli będą siedzieć w amerykańskim więzieniu.
Co do wypadku z Detroit nie obciążałbym zdecydowanie Obamy za to, że rząd nie panuje nad potencjalnymi zagrożeniami. Od 11 września minie w tym roku dziewięć lat, więc system ochrony lotnisk powinien po prostu zostać unowocześniony. Chociaż Biały Dom powinien wyciągnąć wnioski z tego incydentu.
b. zastępca sekretarza obrony
@RY1@i02/2010/013/i02.2010.013.000.0008.001.jpg@RY2@
Richard Perle, b. zastępca sekretarza obrony
Fot. Igor Morye
Jeśli reforma służby zdrowia się uda, prezydent przejdzie do historii
Ustawa o reformie systemu ochrony zdrowia, której od początku patronował Barack Obama, jest symbolicznym prezentem, jaki Kongres podarował Amerykanom z okazji Bożego Narodzenia. Ale to, czy będzie to podarunek przydatny, dopiero się okaże. Podstawowym problemem są koszty całej operacji, których sam prezydent może być nie do końca świadom. Rachunek za subsydiowanie pakietów ubezpieczeniowych dla wszystkich obywateli może przekroczyć w ciągu 10 lat bilion dolarów. A w sytuacji dość poważnych problemów ekonomicznych pieniądze te mogą pochodzić wyłącznie z jeszcze większego poluzowania dyscypliny budżetowej. I tu się kryje zagrożenie. Zwiększenie deficytu może spowodować spadek zaufania inwestorów do USA, co grozi jeszcze większym kryzysem. Ale z drugiej strony, jeżeli rzeczywiście operacja Obamy się powiedzie, Ameryka wyjdzie z matni fatalnego poziomu lecznictwa za niebotycznie wielkie pieniądze. Większa konkurencja na rynku firm ubezpieczeniowych z czasem powinna zmniejszyć horrendalne koszty polis. Jeśli to się uda, Barack Obama przejdzie do historii jako jeden z największych przywódców, chyba obok Franklina Roosevelta, który przeprowadził kraj przez Wielki Kryzys. Ustawa nie ma jeszcze ostatecznej wersji, ale jeden sukces przy tej okazji prezydent już odniósł. Udało mu się przekonać większość członków obu izb Kongresu do bardzo kontrowersyjnej inicjatywy, za poparcie której wielu z nich w najbliższych wyborach może zapłacić utratą stanowiska. To oznacza, że aparat administracji Obamy jest znakomicie naoliwiony.
Brookings Institution
@RY1@i02/2010/013/i02.2010.013.000.0008.002.jpg@RY2@
Mark B. McClellan, Brookings Institution
Fot. Materiały prasowe
W sprawach Iraku i Afganistanu Obama postępuje racjonalnie
Według mnie Obama wie, co robić, w sprawie prowadzonych przez Amerykę wojen. Przed ponad rokiem, gdy trwała kampania, zapowiadał radykalny zwrot, niejednoznacznie deklarował nawet możliwość szybkiego wycofania wojsk z Iraku i Afganistanu. Szczególnie w sprawie pierwszego z tych frontów chwalił się, że jako skromny polityk stanowy z Illinois od początku sprzeciwiał się inwazji na Irak. Tymczasem teraz plany Obamy wyglądają racjonalnie. Zaplanowane wycofanie kontyngentu jest możliwe, a nawet rozsądne, bo strategia gen. Davida Petraeusa pozwoliła na tyle ustabilizować sytuację, że irackie władze wkrótce będą mogły wziąć sprawy bezpieczeństwa w swoje ręce. W kwestii wojny afgańskiej prezydent także zdaje się postępować rozważnie, chociaż tutaj mam pewną wątpliwość. Dobrze, że wysyła kolejne 35 tys. żołnierzy, że konsoliduje siły, jednocześnie myśli, jak zapobiec eskalacji konfliktu w przygranicznych prowincjach pakistańskich, gdzie talibowie robią, co chcą, ale niepotrzebnie z góry zakłada datę wycofania wojsk. To daje bowiem przewagę rebeliantom, którzy mogą chcieć przeczekać aż do wyznaczonego terminu i po wyjściu Amerykanów na nowo zająć cały Afganistan. Ale największym wyzwaniem dla Obamy będzie teraz sprawa Somalii i Jemenu, bo to tam dzisiaj Al-Kaida znalazła schronienie. Co prawda ogłosił na razie, że nie wyśle żołnierzy, ale jego administracja musi skoncentrować swoje wysiłki na ujarzmieniu terrorystycznej potęgi, która stwarza coraz większe zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju.
były doradca George’a Busha
@RY1@i02/2010/013/i02.2010.013.000.0008.003.jpg@RY2@
Edward Luttwak, były doradca George’a Busha
Fot. Materiały prasowe
Obama poprawił wizerunek Stanów Zjednoczonych na świecie
Ocena polityki zagranicznej prezydenta ledwie po roku od objęcia urzędu to zadanie bardzo trudne. Obecność Obamy na salonach międzynarodowych jeszcze niewiele zmieniła. Ale jeśliby oceniać sam styl, to można mu wystawić umiarkowanie dobrą cenzurkę. O ile w zasadniczych sprawach, czyli nuklearnych ambicji Teheranu, konfliktu na Bliskim Wschodzie czy prowadzonych przez USA w różnych koalicjach wojen, na razie niewiele się zmieniło, to za drobny sukces można uznać zmianę postrzegania Ameryki na świecie. W ostatnich latach urzędowania prezydenta Busha wizerunek USA w świecie był fatalny. A to jednak kluczowa sprawa w soft power Ameryki, by ta ze swoim politycznym i kulturowym kapitałem dalej imponowała. Np. w Turcji, kraju demokratycznym i jednocześnie kluczowym dla interesów Stanów Zjednoczonych. Jeżeli Turcy zniechęciliby się do USA i wybrali antyamerykański rząd, to konsekwencje byłyby dramatyczne dla całego regionu. A jak się okazuje, dzięki temu, w jaki sposób Barack Obama zwraca się do świata islamu, w Turcji notowania Ameryki zaczęły rosnąć. I to można uznać za osiągnięcie jego dyplomacji. USA wreszcie pokazują światu, że potrafi wysłuchać kaźdego partnera. Co do jego strategii geopolitycznej, naprawdę za mało czasu upłynęło, by starać się nawet projektować jej skutki. To, że Waszyngton koncentruje się na rozmowach z Pekinem, nie jest zaskoczeniem, bo zmiana obecnego bilansu handlowego, bardzo dla USA niekorzystnego, jest jednym z kluczy do pokonania kryzysu.
Harvard University
@RY1@i02/2010/013/i02.2010.013.000.0008.004.jpg@RY2@
Joseph Nye, Harvard University
Fot.Getty Images/FPM
Walka z kryzysem prowadzona jest błędnymi metodami
Bilans działań prezydenta w walce z kryzysem wypada nadzwyczaj słabo. Wystartował zimą z pakietem stabilizacyjnym, który nie dość, że osłabia zaufanie do USA na zewnątrz, to wpędza kraj w jeszcze większą spiralę długów. Pomysł Obamy na kryzys to trochę jak leczenie osoby uzależnionej od narkotyków przez podawanie jej kokainy. Ludzie w dalszym ciągu, pomimo najgorszych doświadczeń, nie nauczyli się oszczędzać, a nadmierne wydatki państwa dobrego wzoru im nie dają. No i nie widać też skutków pakietów stymulacyjnych. Bezrobocie jeszcze w zeszłym roku przekroczyło 10 proc. Sporo mówi się o tworzeniu nowych miejsc pracy, o ulgach podatkowych dla przedsiębiorców w zamian za zatrudnianie ludzi, ale na razie nic z tego nie wynika. Oczywiście cała obecna sytuacja ekonomiczna USA nie jest w całości winą Obamy, ale zaproponowane przez niego środki zaradcze są błędne. Poza tym pozostał pewien problem, który legł u podstaw kryzysu - chciwość rekinów z Wall Street. Prezydent politycznie obrywa za to, że władze nie potrafią ujarzmić apetytów menedżerów, którzy dalej wypłacają sobie niebotyczne premie, chociaż pochodzą one często z pieniędzy podatników. To ilustruje poważniejszy problem. Biały Dom i Kongres nie są w stanie oprzeć się presji lobbystów reprezentujących sektor finansowy i boją się radykalnej reformy systemu bankowego, która jest niezbędna, by uniknąć podobnego załamania w przyszłości. Obama okazał się rzecznikiem wielkiego biznesu, chociaż obiecywał zupełnie co innego.
American Enterprise Institute
@RY1@i02/2010/013/i02.2010.013.000.0008.005.jpg@RY2@
Desmond Lachman, American Enterprise Institute
Fot. Materiały prasowe
- inauguracja 44. prezydenta USA Baracka Obamy
- po czterech dniach od uchwalenia w Kongresie prezydent podpisuje American Recovery and Reinvestment Act, czyli wart 787 miliardów dolarów pakiet stymulacyjny
- długo wyczekiwane płomienne przemówienie na Uniwersytecie Kairskim w Egipcie ma przekonać muzułmanów o dobrych intencjach Ameryki
- Izba Reprezentantów przyjęła zaproponowany przez Biały Dom projekt reformy systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Sztandarowy projekt Baracka Obamy czeka na akceptację w Senacie
- poparcie dla prezydenta w sondażach spada do 49 proc.
- w przemówieniu wygłoszonym w West Point Barack Obama ogłasza wysłanie do Afganistanu dodatkowych 30 tysięcy żołnierzy
- Obama podpisuje akt oficjalnego zamknięcia obozu w Guantanamo
@RY1@i02/2010/013/i02.2010.013.000.0008.006.jpg@RY2@
Po roku urzędowania poparcie dla Obamy spadło poniżej poziomu 50 proc.
mariusz.janik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu