Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Martwe dusze, sprzedane głosy

Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Festiwal oskarżeń o próby doprowadzenia do fałszerstw i zerwania elekcji, zapowiedzi powtórki masowych protestów z 2004 r. - taki jest finał kampanii przed zaplanowanymi na niedzielę wyborami prezydenckimi na Ukrainie.

Działa najgrubszego kalibru wyciągnęła urzędująca premier Julia Tymoszenko. - Janukowycz nigdy nie będzie prezydentem. Ja na to nie pozwolę - dała jednoznacznie do zrozumienia na wczorajszej konferencji prasowej. - Jego zwycięstwo to koniec demokracji na Ukrainie - dodała. Wcześniej jej ludzie próbowali utrącić prawo do głosowania w domu, które ich zdaniem będzie kluczowym mechanizmem przy organizowaniu cudów nad urną. Bez skutku.

Kijowscy obserwatorzy przekonują, że szefowa rządu, która w sondażach zajmuje drugie miejsce za Janukowyczem ze stratą 16 procent, w razie przegranej zrobi wszystko, by udowodnić fałszerstwa. Niezależnie od tego, czy rzeczywiście do nich dojdzie, czy też nie. Przed kilkoma dniami sztab Tymoszenko wyliczył, że w obwodzie donieckim, gdzie władze lokalne zdominowane są przez ludzi Janukowycza, 11 proc. wyborców będzie głosowało w domu. Jego wynik ma być jedynie słuszny: "tak" dla lidera Partii Regionów. Regionałowie podają inne dane. Ich zdaniem odsetek chętnych do głosowania w domu wynosi nieco ponad 1,7 proc., co w żaden sposób nie może wpłynąć na wynik.

O tym, jak można wykorzystać mechanizm takiego głosowania, mówi w rozmowie z nami Ołeksandr Czernenko, szef Komitetu Wyborców Ukrainy - organizacji, która od lat przygląda się elekcjom nad Dnieprem.

- Zagrożenie polega na tym, że na listę osób głosujących w domu można wciągnąć tysiące ludzie, którzy wyjechali za granicę do pracy. Trudno przy tym kontrolować, gdzie kto naprawdę przebywa. W ten sposób powstają martwe dusze do robienia wyniku - mówi nam Czernenko. Zaraz jednak dodaje, że nadużycia pojawiają się nie tylko ze strony obozu Janukowycza. Równie zaangażowana w kreowanie wyniku jest administracja prezydenta Juszczenki i sama Tymoszenko.

- W tym roku nie ma mowy o ordynarnym dosypywaniu głosów do urn. Metody są bardziej subtelne. Władze lokalne wierne Janukowyczowi organizują masówki, na których zachęcają do głosowania na właściwego kandydata. Tymoszenko ma aparat rządowy i pieniądze z budżetu państwa, które wydaje na kampanię i kupowanie głosów. Z naszych informacji wynika, że za głos na wsi płaci się 50 hrywien (ok. 17 zł), w mieście 100 - 150 hrywien, w stolicy nawet 250 hrywien - opowiada nam Czernenko. Zresztą problem nie polega tylko na kuszeniu przez kupujących. Sami Ukraińcy w internecie dają ogłoszenia, że są skłonni zrzec się swojego prawa do wyboru za pieniądze.

Kijowscy publicyści opisują jeszcze jeden mechanizm, który z powodzeniem ma być wykorzystany do poprawiania wyniku. Sposób jest prosty: to możliwość dopisywania do list nowych osób w dniu wyborów.

Zarówno głosowanie w domu, jak i dopisywanie osób do list w niedzielę, paradoksalnie może przydać się również samej Tymoszenko. Jak przekonuje kijowska publicystka Olha Łeń, już w poniedziałek, po ewentualnej przegranej szefowej rządu, sądy będą zalane tysiącami skarg na proces wyborczy. Ich wielomiesięczne rozpatrywanie po prostu uniemożliwi szybkie przeprowadzenie dogrywki i da czas na przegrupowanie sił Julia Tymoszenko.

Zagranicznych obserwatorów niepokoi jednak nie obstrukcja drugiej tury, ale to, że do prezydenckiego wyścigu włączyły się również wierne Wiktorowi Juszczence służby specjalne i ich szef Wałentyn Naływajczenko. Właśnie ludzie Naływajczenki oskarżyli sztab Tymoszenko o próbę przekupienia członków lokalnych komisji wyborczych na wschodzie kraju - w Łuhańsku i Doniecku. Kilka dni później przy ulicy Wołodymyrskiej w siedzibie Służby Bezpieczeństwa Ukrainy zorganizowano prewencyjną konferencję, na której informowano o przejęciu dużych sum pieniędzy z zagranicy i aresztowaniu kuriera, który miał pomagać jednemu z kandydatów. Komunikat był jasny: SBU trzyma rękę na pulsie i ma pomysły, jak uderzać w przeciwników prezydenta Juszczenki. Aresztowanie kuriera i sprawa doniecko-łuhańska są tylko ostrzeżeniem.

- Pięć lat po rewolucji nie zdołaliśmy zmienić sowieckiej mentalności naszych polityków - mówi nam historyk Jarosław Hrycak. Naczelna tygodnika Dzerkało Tyżnia Julia Mostowa dodaje: - Od 2004 r. niewiele się zmieniło. Gdy się obserwuje zachowania naszych elit politycznych, trudno o optymizm.

@RY1@i02/2010/010/i02.2010.010.000.010a.001.jpg@RY2@

Głos kijowianina kosztuje nawet 250 hrywien. Na wsi jest pięciokrotnie taniej

Fot. Reuters/Forum

Ostatnia próba zmanipulowania wyborów prezydenckich na Ukrainie w 2004 roku zakończyła się pokojową rewolucją przeciwko ekipie Leonida Kuczmy. Dzisiaj politycy każdej ze stron znów oskarżają się o przygotowywanie "cudów nad urną". Dla Julii Tymoszenko te oskarżenia są doskonałym pretekstem zerwania drugiej tury. Dla Wiktora Janukowycza: pomocne w zorganizowaniu tego, co kijowskie media ochrzciły mianem anty-Majdanu - serii masowych protestów w razie przegranej. Dziennik Gazeta Prawna kontynuuje cykl artykułów podsumowujących pięcioletnią kadencję Wiktora Juszczenki przed niedzielnymi wyborami. W środę pisaliśmy o bezwładzie ukraińskiego systemu władzy. Wczoraj zaprezentowaliśmy materiał na temat nowego życia oligarchów. Dziś zastanawiamy się, czy groźba zerwania wyborów nad Dnieprem jest realna i jakie pozaprawne mechanizmy mają do dyspozycji kandydaci na prezydenta, aby podkręcić wynik głosowania na swoją korzyść.

Zbigniew Parafianowicz

Michał Potocki

dgp@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.