Wielkie sukcesy i wpadki unijnych prezydencji
Zmieniająca się co pół roku narodowa prezydencja UE od pierwszego stycznia przechodzi do lamusa.
W ostatnich latach zyskała niebagatelne znaczenie i prestiż, stając się dla 27 krajów szansą na przepchnięcie własnych pomysłów i promocję politycznych liderów. Teraz - na mocy traktatu lizbońskiego - pozostanie formalnością. Przypominamy, kto najlepiej radził sobie na czele Unii, a kto zaliczył najbardziej spektakularne wpadki.
Dopiero w ostatnich latach najsilniejsi gracze UE nauczyli się wykorzystywać ją do realizacji swoich dyplomatycznych pomysłów i ambicji. - Klasycznym przykładem silnej i efektywnej prezydencji jest pierwsza połowa 2007, gdy na czele UE stanęły Niemcy i natychmiast zdołały ożywić projekt eurokonstytucji, który po fiasku referendów w Holandii i Francji uchodził za martwy - mówi nam Cornelius Adebahr z Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej. Angela Merkel od początku nie ukrywała, że chce reanimować traktat reformujący UE. Wykorzystując pozycję faktycznej reprezentantki Wspólnoty, przełamywała opory w kolejnych niechętnych reformie stolicach m.in. w Pradze, Londynie i Warszawie. Podczas marcowego szczytu w Berlinie zdołała uzyskać zobowiązanie państw do wypracowania nowego dokumentu. Szczegóły ustalono podczas dramatycznego szczytu w Brukseli w czerwcu 2007 roku.
Prezydent Nicolas Sarkozy musiał bowiem stawić czoło nieoczekiwanym i dramatycznym wydarzeniom: irlandzkiemu "nie" w euroreferendum nad traktatem lizbońskim, inwazji Rosji na Gruzję oraz wybuchowi kryzysu bankowego. - Sarkozy był wówczas europejskim politykiem numer jeden. Podejmował szybkie, ale skuteczne decyzje. W pewnym sensie zastąpił odchodzącego amerykańskiego prezydenta jako lider świata Zachodu. Na chwilę dał Europie coś w rodzaju słodkiego posmaku mocarstwowości - uważa Thomas Klau, szef paryskiego biura Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych.
Półroczne przewodnictwo Londynu w UE w drugiej połowie 2005 roku miało być ukoronowaniem odwrócenia Zjednoczonego Królestwa w stronę Europy, jakiego po latach eurosceptycyzmu dokonał, laburzystowski rząd Tony''ego Blaira. Półroczne przewodnictwo okazało się jednak sporym zawodem, a przemówienie premiera w Strasburgu było na dobrą sprawę jego jedynym godnym zapamiętania momentem. Za falstart uchodzi też prezydencja Niemiec w pierwszej połowie 1999 roku, gdy nowy niedoświadczony kanclerz Gerhard Schroeder co rusz straszył Europę otwartymi zapowiedziami, że jego kraj przestanie odgrywać rolę książeczki czekowej Wspólnoty. Były też i takie przewodnictwa, kiedy wydarzenia po prostu przerastały kraj stojący na czele Unii. Najlepszym przykładem jest Grecja, która miała kierować Wspólnotą od początku 2003 roku. Ateny zdążyły przedstawić nawet swoje najważniejsze zamierzenie: finalizację rozszerzenia Unii na wschód i wymazanie podziałów dzielących Europę przez cały okres powojenny. Rzeczywistość dopisała do tych planów ironiczną puentę. W styczniu nowe kraje UE, w tym Polska, podpisały tzw. list ośmiu, w którym jednoznacznie opowiedziały się po stronie szykującego się do wyprawy na Irak prezydenta USA George’a Busha. - Nowe kraje UE straciły szansę, żeby siedzieć cicho - skwitował to posunięcie wściekły prezydent Francji Jacques Chirac, który podobnie jak kanclerz Schroeder zamierzał trzymać się od tej wojny jak najdalej. Oliwy do ognia dolał jeszcze amerykański sekretarz obrony Donald Rumsfeld, prowokacyjnie dzieląc Europę na nową dynamiczną i proamerykańską oraz starą gnuśną oś Berlin - Paryż. Grecka prezydencja mogła tylko bezradnie przyglądać się temu ping-pongowi i najgłębszemu jak dotąd podziałowi w łonie UE,
Słoweńcy od początku nie starali się udawać głównego rozgrywającego. Znaleźli jednak swoją niszę. Udało im się skutecznie przeprowadzić kwestię uznania przez UE niepodległości Kosowa, wygaszając w ten sposób spór wokół byłej serbskiej prowincji, który od dekady ciążył na hipotece unijnej wiarygodności. Bardzo dobre recenzje zebrała też w mijającym półroczu Szwecja, która zdołała doprowadzić do końca proces ratyfikacji traktatu z Lizbony. Bywało i tak, że udana prezydencja stawała się dla przywódcy kraju przepustką do dalszej kariery. Taką promocją była dla premiera Danii Andersa Fogha Rasmussena finalizacja negocjacji akcesyjnych poprzedzających rozszerzenie UE na wschód. W grudniu 2002 Duńczyk tak umiejętnie lawirował w kuluarach kopenhaskiego szczytu akcesyjnego, że zaczął być wymieniany jako kandydat na najważniejsze dyplomatyczne stanowiska w świecie Zachodu i siedem lat później został sekretarzem generalnym NATO.
Rzeczywiście stojący na czele Unii w pierwszej połowie 2009 roku Czesi zrobili bardzo wiele, by pozostawić po sobie jak najgorsze wrażenie. Zaczęło się już w pierwszych dniach stycznia od niezrozumiałego braku reakcji na kryzys gazowy między Rosją a Ukrainą. Do tego doszły przepychanki z ratyfikacją traktatu lizbońskiego. Zdeklarowany eurosceptyk prezydent Vaclav Klaus nie przepuszczał żadnej okazji, by podkreślać, że uważa UE za instytucję mało demokratyczną i życzy Lizbonie jak najgorzej. Premier Mirek Topolanek z jednej strony poparł traktat, z drugiej nie ukrywał, że robi to bez przekonania. Na dodatek w czasie prezydencji w Pradze upadł rząd. - Czesi sprawiali wrażenie kraju, który ma problemy na własnym podwórku i nie ma głowy, by dbać jeszcze o jakąś ciągłość europejskiego kierownictwa - ocenia Thomas Klau.
Rafał Woś
rafal.wos@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu