Stalinowska ustawa Łukaszenki
Białoruś szykuje bazę prawną do krwawego tłumienia buntów politycznych. Nowe przepisy zdejmują z funkcjonariuszy odpowiedzialność za zabicie demonstranta w trakcie interwencji, dają też prezydentowi prawo do decydowania o użyciu broni palnej.
Część poprawek została uchwalona przez parlament we wrześniu, inne czekają jeszcze na rozpatrzenie. Wbrew praktyce oficjalne media o nich nie informują, a niezależne dowiedziały się po publikacji na portalu Narodowego Centrum Informacji Prawnej.
"Funkcjonariusz organów bezpieczeństwa państwowego nie ponosi odpowiedzialności za szkody poczynione w związku z zastosowaniem siły fizycznej (...), sprzętu bojowego (...), użyciem broni palnej (...)" - czytamy w projekcie ustawy o KGB. To nie wszystko: prawo sankcjonuje dotychczasową praktykę wysyłania do akcji przeciw manifestantom funkcjonariuszy po cywilnemu. KGB wedle własnego uznania, bez nakazu sądowego, będzie mogło przeprowadzić rewizję w mieszkaniu. Ponadto do standardowego wyliczenia przypadków, w których milicja może użyć broni palnej, dodano dopisek "oraz w innych przypadkach określonych przez prezydenta".
- Tego typu propozycje otwarcie naruszają konstytucyjne gwarancje nietykalności osobistej - mówi "DGP" obrońca praw człowieka Uładzimier Łabkowicz. W innych, już obowiązujących przepisach wprowadza się odpowiedzialność karną za sam udział w nielegalnej manifestacji, nawet jeśli miała ona pokojowy przebieg. Inne poprawki wprowadzają odpowiedzialność karną nie tylko za pobieranie grantów (pieniędzy) z zagranicy, ale nawet za ich przewożenie.
Tego typu środki do tej pory były przewożone przez granicę przez mrówki. Współpracownicy organizacji po kolei wwozili na Białoruś niewielkie sumy, by nie naruszyć przepisów celnych. Teraz podobna działalność została zdelegalizowana. Co więcej, współpraca z zagraniczną organizacją będzie mogła zostać uznana za zdradę, o ile sąd uzna, że szkodzi ona bezpieczeństwu narodowemu. Takiej osobie grozi nawet 15 lat łagru.
Państwo tworzy też nowe specsłużby. 1 stycznia powstanie podległy osobiście Alaksandrowi Łukaszence Komitet Śledczy (SK), wzorowany na FBI. W ten sposób władze wyłączą najważniejsze śledztwa spod kontroli prokuratury. Tym samym Łukaszenka powrócił do pomysłu deputowanego Wiktara Hanczara z 1992 r. To ponury paradoks, ponieważ Hanczar, który siedem lat później próbował wszcząć przeciwko Łukaszence procedurę impeachmentu, został zabity przez szwadrony śmierci, działające na Białorusi na przełomie 1999 i 2000 r.
Eksperci przewidują, że na czele SK stanie osoba związana z Wiktarem Łukaszenką. Syn szefa państwa jest nieformalnym kuratorem struktur siłowych, co gwarantuje ich lojalność wobec reżimu. Prezydent jest nieufny wobec siłowików, często wymienia szefów milicji i KGB, obawiając się przede wszystkim ich zdrady na rzecz Rosji. Starsza kadra oficerska, szkolona jeszcze w sowieckich szkołach, jest stopniowo wymieniana na młodszą, zazwyczaj zbliżoną do Wiktara.
SK to niejedyna nowa służba specjalna. W 2008 r. powstało Centrum Operacyjno-Analityczne (AAC). Jego młoda kadra sprawuje niektóre funkcje wywiadowcze, a także kontroluje internet. Nieoficjalnie wiadomo, że dla AAC pracują też hakerzy, którzy regularnie przypuszczają ataki na opozycyjne portale. Zaostrzenie prawa i wzmocnienie służb to reakcja na wygasające już powoli protesty, wywołane wiosenną dewaluacją rubla. Władze wolą jednak dmuchać na zimne i zabezpieczyć się na wypadek, gdyby pogarszająca się sytuacja gospodarcza ponownie wypchnęła ludzi na ulicę.
Michał Potocki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu