Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Francja nie izoluje Polski od decyzji o losach strefy euro

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Od początku kryzysu strefy euro polski rząd konsekwentnie unika angażowania się w ratowanie Wspólnoty. Dla Donalda Tuska najważniejsze jest, aby nasz kraj przeszedł przez kryzys suchą nogą i nie poniósł kosztów pomocy dla Grecji, Portugalii czy Włoch. Premier najwyraźniej uważa, że Polska, choć stała się już siódmą gospodarką zjednoczonej Europy, wciąż jest krajem na dorobku, który powinien martwić się przede wszystkim o nadrabianie zaległości cywilizacyjnych. I że nadal jest za słaby na to, by brać współodpowiedzialność za problemy wspólnoty walutowej. Taka strategia ma sporo zalet. Ale też i wadę: daje Francji i Niemcom poważny argument, aby opracować plan przełamania zapaści na szczytach zarezerwowanych dla krajów Eurolandu.

Tuż przed rozpoczęciem poniedziałkowego spotkania przywódców Unii w Brukseli minister finansów Jacek Rostowski z oburzeniem "zdementował" oświadczenie przewodniczącego europarlamentu Martina Schultza, jakoby nasz kraj chciał zastąpić złotego wspólną walutą w 2015 roku. Trudno o mocniejszy sygnał, że Warszawa nie wierzy w trwałość unii walutowej. Inną strategię przyjęły Estonia, która w środku kryzysu przystąpiła do Eurolandu, oraz pozostałe republiki bałtyckie, które chcą pójść jej śladem.

Polska, choć ma duże rezerwy walutowe i mocne finanse, nie uczestniczy też w unijnych pakietach pomocowych dla "peryferyjnych" krajów Europy. Pożyczka, jaką udzieliliśmy dla wzmocnienia kapitału MFW, to co innego: chodzi o całkiem zyskowną i pewną lokatę, a nie darowiznę. Nasze banki nie muszą także darować połowy wartości posiadanych greckich obligacji, a nasz rząd nie zasili w kapitał nowego europejskiego mechanizmu stabilizacyjnego.

Polska nie jest jedynym krajem, który przyjął taką strategię. Zrobiły to także państwa od nas bogatsze: Wielka Brytania, Szwecja, Dania czy Czechy. Jednak żaden z nich tak mocno nie protestował przeciwko usankcjonowaniu odrębnych szczytów dla przywódców Eurolandu. Bo nie można stać okrakiem na barykadzie: nie ponosić ryzyka posiadania euro i jednocześnie decydować o jego losie.

Polscy dyplomaci ostrzegają, że strefa euro może stopniowo przekształcić się w odrębną Wspólnotę, pozostawiając nasz kraj na marginesie integracji. To chyba nie jest wynik racjonalnej analizy, ale echo kompleksów historycznych. Nawet pobieżna lektura paktu fiskalnego pokazuje, że "17" nie tylko nie ma zamiaru budować odrębnego klubu, ale w ogóle nie zamierza pchnąć integracji naprzód. Dokument zawiera wiele luk, dzięki którym kraje, które będą miały nadmierny deficyt budżetowy i dług publiczny, bez trudu unikną kar. W zgodnej opinii ekspertów nie wnosi on wiele nowego do wcześniejszych zapisów prawa europejskiego, jak pakt o stabilności i rozwoju sprzed 13 lat czy "sześciopak" z jesieni ubiegłego roku. Posądzana nieraz w Polsce o niecne zamiary Francja zadbała o to, by brukselscy biurokraci nie decydowali o kształcie budżetu, który uchwalili demokratycznie wybrani parlamentarzyści. W Paryżu, przynajmniej w równym stopniu co w Warszawie, poczucie suwerenności narodowej ma kluczowe znaczenie. Gdyby było inaczej, Francja mogłaby od kilkunastu lat zbudować odrębny klub w Europie, bo na to pozwalają zapisy o wzmocnionej współpracy wprowadzone już do traktatu z Nicei.

Układ, w którym do unii walutowej należy 17 krajów, jest zresztą dość przypadkowy. Wynika ze stanu finansów publicznych państw UE w danym momencie. Gdyby przed trzema laty inflacja na Litwie była o 0,2 punktu procentowego niższa, dziś kraj ten miałby euro, a nie lita, a unia walutowa liczyłaby 18, a nie 17 członków. Podobnie polski rząd może w każdej chwili opracować wiarygodny plan przystąpienia w ciągu trzech lat do strefy euro i uczestniczyć we wszystkich możliwych szczytach Wspólnoty.

Jednak otoczenie premiera jest zgodne: to gra niewarta świeczki. Nawet gdybyśmy byli dziś w Eurolandzie, wpływ naszego kraju na strategię jego zmiany byłby niewielki. Podobnie jak niewiele mają w tej sprawie do powiedzenia przywódcy Włoch o gospodarce czterokrotnie większej od Polski czy Hiszpanii, gdzie gospodarka przewyższa polską trzykrotnie.

Plan Sarkozyego usankcjonowania odrębnych szczytów dla strefy euro ma charakter przede wszystkim symboliczny i jest w znacznej mierze pomyślany na użytek wewnętrzny. Wielu Francuzów za swoje kłopoty gospodarcze obwinia poszerzenie Unii na wschód. W ich ocenie przyjęcie do Wspólnoty Polski i jej sąsiadów doprowadziło do delokalizacji produkcji, nieuczciwej konkurencji. Pomysł osobnych spotkań przywódców unii walutowej ma stworzyć złudzenie cofnięcia zegara historii. Czy Francuzi się na to nabiorą, zobaczymy za trzy miesiące. Ale w Polsce pomysł Sarkozyego potraktowano poważnie już teraz.

Nie da się odrzucać ryzyka posiadania euro, a jednocześnie decydować o jego losie

Jędrzej Bielecki

dziennikarz działu życie gospodarcze świat

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.