Ambasady dla kolegów
Nie musisz być zawodowym dyplomatą, by trafić na placówkę w przyjemnym zakątku świata. Wystarczy, że będziesz trzymał z wygranym, a podzieli się łupami
Brytyjski "The Guardian" wywołał burzę, gdy w lipcu opisał dziewięciu nowych amerykańskich ambasadorów, którzy posady dostali tylko dlatego, że współfinansowali kampanię wyborczą Baracka Obamy. Tyle że to klasyczny przykład burzy w szklance wody. Stanowiska dla kolegów i sponsorów to charakterystyczna cecha amerykańskiej dyplomacji jeszcze od XIX w. Zazwyczaj nie przeszkadza to jej w odnoszeniu sukcesów.
Matthew Barzun to na tle niektórych kolegów naprawdę doświadczony dyplomata. Ten nieco pucułowaty 42-latek był już ambasadorem USA w Szwecji, a 1 sierpnia objął placówkę w Londynie. Wielka Brytania to najważniejszy sojusznik Stanów Zjednoczonych w Europie, państwo dysponujące bronią jądrową, blisko współpracujące z Waszyngtonem także w ramach Pięciorga Oczu, anglosaskiej sieci agencji wywiadowczych. Wydawałoby się, że takie placówki otrzymują wyłącznie ludzie z długoletnim doświadczeniem w służbie dyplomatycznej.
Nic bardziej mylnego. Zanim w 2009 r. Barzun wsiadł do samolotu, który zawiózł go na pierwszą placówkę w Sztokholmie, był pracownikiem CNET, branżowego serwisu zajmującego się nowymi mediami, odpowiadającym za planowanie strategiczne firmy na dość wysokim stanowisku. Prezydent Barack Obama nie powierzył mu służby w dyplomacji ze względu na dogłębną znajomość internetu. Barzun po pracy był jednym z najważniejszych fundraiserów senatora z Chicago, tak przed pierwszymi, jak i drugimi wygranymi przez niego wyborami. W 2012 r. zebrał 720 mln dol., w dodatku skromne 2,3 mln dol. dorzucając od siebie. Yes, we can!
Sztokholm był nagrodą za pierwszy sukces, Londyn jest premią za drugi. Strach pomyśleć, dokąd Matthew Barzun by trafił, gdyby Obama miał prawo kandydować po raz trzeci. Być może przyszłoby mu rywalizować o nową placówkę z innym organizatorem kampanii albo wręcz z kimś, kto na jej cele sięgnął głębiej również do własnego portfela. Tak jak John Emerson, szef placówki w innym kluczowym państwie Starego Kontynentu, a mianowicie w Niemczech. Emerson to prawnik, który z Partią Demokratyczną związał się jeszcze w czasach college’u. Organizował w Kalifornii kampanie wyborcze Billa Clintona i Baracka Obamy, samemu również dorzucając się do ich kosztów.
Sponsora nie wyślesz do Libanu
Amerykańskie Stowarzyszenie Służby Zagranicznej (AFSA), grupujące zawodowych dyplomatów, wyliczyło, że na 303 nominacje ambasadorskie obecnego prezydenta aż 107, czyli 35 proc., to angaże dla ludzi spoza służby zagranicznej. Co dziesiąta placówka jest wręcz obsadzona przez osobę, która sama finansowała kampanię wyborczą obecnego prezydenta. Przeciwnicy widzą w tym zawoalowaną formę korupcji. Chodzi przy tym o atrakcyjne placówki w bezpiecznych krajach: poza wymienionymi rzecz dotyczy obecnych lub nowo nominowanych ambasadorów w Austrii, Belgii, we Francji czy w Singapurze.
Koledzy rzadko są bowiem wysyłani w mało atrakcyjne miejsca. Tak jest za Obamy, tak było za poprzednich prezydentów. Kumoterstwo na placówkach nie jest bowiem wynalazkiem obecnego szefa państwa. U George’a W. Busha było 30 proc. "politycznych" nominatów. U Billa Clintona - 27,8 proc. U George’a H.W. Busha - 31,3 proc. Obama ten odsetek zwiększył, ale nieprzesadnie.
AFSA przeanalizowało tysiące nominacji ambasadorskich dokonanych w czasie ostatnich 53 lat. Okazało się np., że ani jeden z 19 (!) ambasadorów w Irlandii po 1960 r. nie był zawodowym dyplomatą. Polityczni nominaci nieprzerwanie kierują też placówką przy Stolicy Apostolskiej. Mała odpowiedzialność, ciekawy turystycznie Rzym, świetna kuchnia. Żyć, nie umierać. Większą odpowiedzialność ponosi z pewnością ambasador w Wielkiej Brytanii. Mimo to tylko jeden na 16 szefów placówki nad Tamizą był zawodowym dyplomatą. To samo dotyczyło raptem dwóch na 21 ambasadorów w Szwajcarii. Ulubionym miejscem pracy politycznego nominata jest ciepła placówka na Karaibach lub mniej spokojna, ale za to ciekawa kulturalnie i turystycznie ambasada w Europie Zachodniej. 72 proc. pracujących w obu regionach ambasadorów dostało bilet ze względów politycznych.
Zajrzyjmy na drugi koniec tabeli. Ani razu nie zdarzyło się, by amerykański prezydent wysłał kolegę albo fundraisera do takich krajów, jak Albania, Białoruś, Jemen, Republika Środkowoafrykańska, Somalia. Ubogie, niekojarzące się z niczym czy niebezpieczne państwa nie są tym, co sponsorzy lubią najbardziej. Takie miejsca lepiej pozostawić zawodowcom. Oni i tak muszą służyć Ameryce. Rekordy pod tym względem biła placówka w Libanie, przez pewien czas ze względu na wojnę domową należąca do najniebezpieczniejszych na świecie. Ani jeden z 21 wysłanników nie wywodził się ze środowiska polityków. W Afryce i na Bliskim Wschodnie polityczni nominaci obsadzili jedynie 15 proc. posad.
Warszawa może być
Jak na tym tle wygląda Polska? Cóż, Warszawa musi być mało atrakcyjną placówką, porównywalną z Filipinami albo Paragwajem, skoro na 15 ambasadorów tylko czterech uznano za nominacje polityczne. Obecnie w gmachu w Al. Ujazdowskich urzęduje Stephen Mull, zawodowiec, który do służby dyplomatycznej wstąpił już w 1982 r., a zanim trafił do Warszawy, pracował na różnych szczeblach w placówkach USA na Bahamach, Litwie, w Indonezji i Republice Południowej Afryki. Ale już poprzednik Mulla, Victor Ashe (2004-2009), był typowym przykładem dyplomaty za zasługi dla p artii, tym razem Republikańskiej. Do Warszawy pojechał w zasadzie przez przypadek. Wcześniej pełnił raptem funkcję burmistrza miasteczka Knoxville w stanie Tennessee. Padło na Polskę, bo jako szef ratusza nawiązał relacje partnerskie z Chełmem. Poza tym u prezydenta George’a W. Busha mocno lobbował za nim ówczesny przywódca republikańskiej większości w Senacie Bill Frist.
Po upadku komunizmu tylko jednego amerykańskiego ambasadora w naszym kraju można by uznać za mianowanego z przyczyn politycznych. Był nim wielokrotny uczestnik kampanii wyborczych, współpracownik Zbigniewa Brzezińskiego Nicholas Rey, z zawodu bankier inwestycyjny, którego do Warszawy przysłał w 1993 r. prezydent Bill Clinton. Rey jest zarazem najlepszym dowodem na to, że sam brak doświadczenia w dyplomacji nie oznacza, by ambasador miał się na placówce nie sprawdzić. Zmarły przed czterema laty Rey jest do dziś ciepło wspominany przez dyplomatów, także dlatego, że nie ukrywał swojego przywiązania do Polski, a także pokrewieństwa z Mikołajem Rejem.
- Akurat w przypadku amerykańskiej dyplomacji brak doświadczenia ambasadora niekoniecznie musi się przekładać na poziom jej prac, przede wszystkim dzięki znakomitemu przygotowaniu pracowników niższego szczebla - mówi nam jeden z zachodnich dyplomatów. - To, co działa w przypadku USA, mogłoby się skończyć kompromitacją w przypadku Europy - zastrzega.
A jak to jest u nas? Całkiem nieźle. Jak wynika z analiz przeprowadzonych w minionych tygodniach przez DGP, wśród naszych ambasadorów dominują profesjonaliści. Nawet ludzie, którzy trafili do dyplomacji z polityki, najpierw musieli zazwyczaj przepracować kilka lat na niższych szczeblach, zanim dostali własną placówkę do poprowadzenia.
In minus zdecydowanie wyróżnia się właściwie tylko Tomasz Arabski. Kończył inżynierię dźwięku, nigdy nie miał nic wspólnego z dyplomacją, a mimo to wiosną objął placówkę w Hiszpanii, piątym najważniejszym państwie UE. To polityczna emerytura po tym, jak Arabski z kretesem przepadł w wyborach parlamentarnych 2011 r.
Dwoje innych najbardziej ewidentnie politycznych nominatów kończyło przynajmniej przydatne w dyplomacji studia. Przedstawiciel RP przy Radzie Europy Urszula Gacek była co prawda eurodeputowaną PO, ale kończyła ekonomię i nauki polityczne w Oksfordzie. Waldemar Dubaniowski (Singapur) był doradcą prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, ale i absolwentem prestiżowej Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, a także studiów podyplomowych z dziedziny handlu zagranicznego.
Z show-biznesu na Bahamy
Historia USA najlepiej dowodzi, że nawet wśród najwybitniejszych ambasadorów można znaleźć kandydatów politycznych. Jeden z najbardziej znanych lewicowych ekonomistów, John Kenneth Galbraith, był w czasach Johna Kennedy’ego ambasadorem w Indiach, intensywnie doradzając wieloletniemu premierowi tego kraju Jawaharlalowi Nehru w trudnej sztuce zarządzania gospodarką.
Nie znaczy to, że wszystko jest zawsze w porządku. Wewnętrzne dochodzenie Departamentu Stanu wykazało np. poważne problemy w funkcjonowaniu ambasad na Bahamach i w Luksemburgu. Pierwszą kierowała Nicole Avant, drugą - Cynthia Stroum. Obie wsparły swego czasu kampanię Obamy, obie trafiły do dyplomacji wprost z przemysłu rozrywkowego. Avant pracowała m.in. w A&M Records, wydawcy płyt Barry’ego White’a, grup Soundgarden czy Black Eyed Peas.
Zwłaszcza Stroum została zaś szybko znienawidzona przez personel. "Konfrontacyjny styl zarządzania ambasador i brak wyczucia kierunku prowadzonej polityki doprowadziły ambasadę w Luksemburgu do paraliżu. Morale wśród Amerykanów i lokalnej kadry jest bardzo niskie, a poziom stresu - wysoki. Większość pracowników opisuje ambasador jako agresywną, wrogą wobec personelu, obrażającą i zastraszającą go, co dało efekt w postaci wyjątkowo trudnej atmosfery pracy" - czytamy w raporcie z inspekcji, który wyciekł do mediów.
Stroum została odwołana, a na jej miejsce trafił inni polityczny nominat, biznesmen z doświadczeniem m.in. w branży deweloperskiej Robert Mandell, który od wczesnych lat 90. wspierał każdą kampanię Demokratów. Placówka na Bahamach jeszcze nie została obsadzona. Trudno jednak się spodziewać, by trafił na nią ktoś z Departamentu Stanu. Ambasadą w Nassau kierowało 11 politycznych i jeden zawodowy dyplomata.
AFSA wzywa do zmiany tego stanu rzeczy. Niebezinteresownie, stowarzyszenie jest bowiem uznawane za nieformalny związek zawodowy dyplomatów. "Prezydent Barack Obama (...) wezwał do wzmocnienia Departamentu Stanu jako głównej instytucji prowadzącej politykę zagraniczną (...). Trudno stwierdzić, w jaki sposób można osiągnąć ten cel, skoro większość kluczowych stanowisk dyplomatycznych w kraju i za granicą jest zarezerwowana dla politycznych nominatów. Tymczasem wszystkie dowództwa wojsk za granicą, misje USAID i placówki CIA są kierowane przez profesjonalistów wywodzących się z tych organizacji. Dyplomacja nie może być traktowana jako mniej ważne narzędzie naszego bezpieczeństwa narodowego" - czytamy w apelu wystosowanym niedawno przez AFSA.
Podział łupów
Akurat w Ameryce trudno jednak wykorzenić zwyczaj, który tradycją sięga XIX w. Aż do 1856 r. ambasadorowie nie dostawali żadnego wynagrodzenia za pełnioną funkcję. Na placówki jechali więc ci, którym taki urząd się opłacał, często byli to ludzie, którzy z państwem X robili interesy. Już w 1829 r. nowojorski senator William Marcy ukuł na podobne nominacje, dotyczące zresztą wówczas całej administracji, termin "spoils system" - system podziału łupów. - Podział łupów jest prawem zwycięzców - właśnie tymi słowy Marcy bronił personalnych decyzji nowo zaprzysiężonego prezydenta Andrew Jacksona. Pogrążona w izolacjonizmie Ameryka nie postrzegała dyplomacji jako czegoś istotnego. - Nie znam na świecie nic bardziej bezużytecznego niż służba dyplomatyczna - mówił deputowany Benjamin Stanton w 1859 r.
Stąd tendencja kolejnych prezydentów do wysyłania do obcych państw ludzi, którzy o dyplomacji nie mieli pojęcia. Pół biedy, gdy w ten sposób nagradzano wybitnych intelektualistów, jak historyk John Lothrop Motley, który w 1861 r. został ambasadorem w habsburskiej Austrii. Gorzej, gdy na placówkę jechał ktoś pokroju plantatora z Wirginii Johna Randolpha, potomka znanej z disnejowskiej kreskówki Indianki Pocahontas. Ekscentryczny polityk w 1830 r. na krótko został ambasadorem w carskiej Rosji. Zgodnie z przekazywaną z pokolenia na pokolenie legendą miał powitać Mikołaja I słowami: Jak się masz, cesarz" I jak się miewa małżonka? W prawdziwość anegdoty mało kto wierzy, ale Randolph był znany z demonstracyjnego ignorowania dworskiej etykiety, a także zamiłowania do alkoholu i opium.
Choć "spoils system" w całej służbie publicznej zaczął być ograniczany w latach 80. XIX w., dyplomacji to akurat dotyczyło w najmniejszym stopniu. Dlatego ponad sto lat później, w 1993 r., ówczesny szef AFSA Allen Harris pisał na łamach "Los Angeles Timesa": "Proces, w ramach którego nasi przywódcy wybierają kierowników placówek na świecie, jest jedną z ostatnich pozostałości XIX-wiecznego systemu łupów. Stanowiska te zbyt często służą nie państwu, ale politycznej potrzebie wynagrodzenia zwolenników za ciężką pracę lub hojność finansową". Przez te wszystkie dekady USA zniosły niewolnictwo, przetrwały wojnę domową, wygrały dwa konflikty światowe, wysłały człowieka na Księżyc i stały się największą potęgą na świecie. "Wiele się musi zmienić, by wszystko pozostało po staremu" - pisał Giuseppe Di Lampedusa. Przynajmniej w amerykańskiej dyplomacji.
@RY1@i02/2013/168/i02.2013.168.00000110a.802.jpg@RY2@
Pete Souza/The White House
John Emerson, szefujący ambasadzie w Berlinie, organizował w Kalifornii kampanie wyborcze Billa Clintona i Baracka Obamy, również dokładając się do ich kosztów. Matthew Barzun 1 sierpnia objął placówkę w Londynie. W 2012 r. zebrał dla Baracka Obamy 720 mln dol., od siebie dorzucając 2,3 mln dol.
@RY1@i02/2013/168/i02.2013.168.00000110a.103.jpg@RY2@
Kevin Lamarque/Reuters/Forum, ap, shutterstock
Michał Potocki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu