Łukaszenka nie dotrzymuje obietnic. Czasami to dobrze
Białorusko-rosyjski spór w potasowej rodzinie pokazuje, jak bardzo niewygodnym partnerem dla Moskwy jest Aleksander Łukaszenka. Niedotrzymywanie zobowiązań w relacjach obu stron to już norma.
Biełaruśkalij to najważniejsze przedsiębiorstwo kontrolowane przez białoruskie władze. Jeden z największych na świecie wydobywców soli potasowych w ubiegłym roku wpłacił do budżetu 2,7 mld dol. To kwota niemal równa wielkości zobowiązań Mińska wynikających z konieczności obsługi zadłużenia. Eksportem w imieniu Biełaruśkalija zajmowała się spółka BKK, kontrolowana wspólnie z rosyjskim potasowym gigantem, firmą Urałkalij.
Tydzień temu Urałkalij zerwał współpracę z Białorusinami. Kurs akcji rosyjskiego giganta spadł o 24 proc. Taka reakcja rynków była przewidywalna, zatem szefostwo koncernu musiało wkalkulować ją w swoje działania. Rosjanie oskarżają Białorusinów, że wbrew umowie część własnych produktów sprzedawali z pominięciem BKK. - Skoro tak, jesteśmy zmuszeni przekierować eksport na własną spółkę - oświadczył szef Urałkalija Władisław Baumgiertnier.
Niesnaski w potasowej rodzinie pojawiły się już w ubiegłym roku, gdy na świecie zaczął spadać popyt na sole potasowe. Obaj partnerzy sprzedający produkty za pośrednictwem BKK, która w sumie miała 43 proc. światowego eksportu chlorku potasu, coraz silniej postrzegali się wzajemnie jako konkurencję. Nic nie wyszło z planów przerejestrowania BKK do Szwajcarii, co miało pomóc uciec od potencjalnie możliwych sankcji ekonomicznych na białoruski potas. Nie mówiąc o pomysłach prywatyzacji Biełaruśkaliju, na co od lat naciskali Rosjanie.
Władze w Mińsku ustaliły jednak cenę zaporową: 30-35 mld dol. To równowartość rocznego PKB Serbii. Łukaszenka wspominał nawet, że w zamian za zgodę na sprzedaż pakietu kontrolnego jeden z rosyjskich oligarchów, najpewniej Michaił Gucerijew, proponował mu łapówkę. - Misza, nie założę ci kajdanek, ale więcej z takimi pomysłami nie przychodź - miał mu odpowiedzieć prezydent, przynajmniej według własnej relacji.
Białoruś broni się jak może przed sprzedażą kluczowych aktywów Rosji, choć do systematycznej prywatyzacji majątku zobowiązała się na piśmie, gdy w 2011 r. pozyskiwała kredyt od kontrolowanego przez Moskwę Funduszu Antykryzysowego Euroazjatyckiej Współpracy Gospodarczej. Słowo dane przez Łukaszenkę nic nie znaczy, przekonuje się o tym ustawicznie zarówno Europa, jak i Rosja. Gdy białoruski prezydent uznaje, że jego dotrzymanie będzie go kosztować utratę samodzielności, wycofuje się przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Oczywiście taka postawa ma też swoje zalety. Dzięki niej budowa stałej rosyjskiej bazy wojskowej na Białorusi nie jest jeszcze wcale przesądzona, cokolwiek by mówili wojskowi z Moskwy. Z drugiej strony z identyczną postawą musi się liczyć także Unia Europejska. Gdy Łukaszenka coś obiecuje, to tylko obiecuje. Dopiero realizacja obietnicy jest czymś więcej niż tylko oznaką gry w kotka i myszkę.
@RY1@i02/2013/150/i02.2013.150.00000060b.802.jpg@RY2@
Michał Potocki dziennikarz działu życie gospodarcze świat
Michał Potocki
dziennikarz działu życie gospodarcze świat
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu