Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Zbig objaśnia świat

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Waszyngtoński weteran Zbigniew Brzeziński napisał książkę utrzymaną w stylu "A nie mówiłem?!". Uświadamia w niej czytelnikowi, jak bardzo w ostatnich latach zmienił się globalny układ sił. Dowodzi też, że to dopiero początek wielkich przesunięć na strategicznej mapie świata.

Cofnijmy się na chwilę do lat 90. Ameryka (i cały Zachód) są u szczytu swojej potęgi. Upadł Związek Radziecki. Panuje powszechne przekonanie, że anglosaski kapitalizm i liberalna demokracja to najlepsze z możliwych systemów. Wiele regionów (jak choćby Europa Środkowo-Wschodnia) już weszły na drogę przemian. Reszta świata ma dołączyć wkrótce. Gwarantem ładu w nowym wspaniałym świecie są Stany Zjednoczone. To wizja, która urzekła wówczas wielu zachodnich intelektualistów. Wystarczy tylko wspomnieć słynną tezę Francisa Fukuyamy o końcu historii.

Brzeziński - były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji prezydenta Cartera - od początku miał wobec takiej wizji przyszłości świata wiele zastrzeżeń. W 1993 r. w książce "Out of Control: Global Turmoil on the Eve of the 21st Century" przestrzegał przed pogrążeniem się Ameryki w samozadowoleniu i niepohamowanej konsumpcji, co może na dłuższą metę podmyć fundamenty jej globalnego przywództwa. Jako jeden z pierwszych stawiał tam również tezę, że to nie Rosja, ale Chiny staną się najważniejszą przeciwwagą dla amerykańskiego supermocarstwa.

Od tamtej pory minęły dwie dekady i świat faktycznie wygląda w dużej mierze tak, jak przewidywał Brzeziński. Ameryka znacząco osłabła. Najpierw militarnie (nieudane operacje wojskowe w Afganistanie i Iraku), a ostatnio w wyniku kryzysu 2008 r. również gospodarczo. Z drugiej strony żadne z mocarstw wschodzących nie ma ani ambicji, ani odpowiedniego potencjału, by Stany Zjednoczone zdetronizować i samemu zająć pozycję supermocarstwa. Mamy więc świat z wieloma mocarstwami. Ma to wiele praktycznych konsekwencji. Wystarczy popatrzeć na Chiny, Indie albo Unię Europejską. Każdy z tych organizmów ma przecież zupełnie odmienne wyobrażenie o tym, jaki jest najlepszy system polityczny oraz gospodarczy. W ten oto sposób teza o końcu historii i triumfie anglosaskiego kapitalizmu oraz liberalnej demokracji okazała się zwykłą mrzonką.

Co dalej? Według Brzezińskiego nieunikniona jest postępująca fragmentaryzacja świata. Będzie coraz trudniej o międzymocarstwowy konsensus w sprawie różnych globalnych wyzwań (ekologia, broń nuklearna). Regionalne potęgi będą się mocniej niż dotychczas rozpychały w swoim najbliższym otoczeniu. Chiny na Dalekim Wschodzie kosztem Japonii, Brazylia w Ameryce Łacińskiej, Rosja w państwach byłego ZSRR. Częściej niż dotąd może też dochodzić do regionalnych konfliktów zbrojnych.

Czytając Brzezińskiego, trzeba oczywiście przyklasnąć jego dalekowzroczności. Jednocześnie trudno się oprzeć wrażeniu, że to jednak autor reprezentujący epokę powoli odchodzącą w przeszłość. Urodzony w 1928 r. w Warszawie politolog jest jednak dzieckiem zimnej wojny. To na czas międzyblokowej konfrontacji przypada jego najbardziej płodny zawodowo okres pracy w Białym Domu. Widać to doskonale w "Strategicznej wizji". Tutaj wszystko kręci się wokół takich terminów jak: "potęga", "mocarstwo" czy "hegemonia". Gospodarka, rynki, handel, problemy socjalne odgrywają u niego rolę drugorzędną. I to jest pewien niedosyt związany z lekturą Brzezińskiego.

@RY1@i02/2013/144/i02.2013.144.000002300.802.jpg@RY2@

Zbigniew Brzeziński, "Strategiczna wizja", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.