Dziennik Gazeta Prawana logo

Polityczne gry wokół czarnomorskiej rury

30 czerwca 2018

Ogłoszone w poniedziałkowy wieczór zamrożenie projektu South Stream jest zarazem potwierdzeniem, że sankcje wymierzone w Rosję działają klinem, który Kreml usiłuje wbić między państwa UE w kwestii relacji z Moskwą. Oraz kolejnym dowodem na to, że przyłączenie Krymu było z punktu widzenia rachunku ekonomicznego posunięciem nieprzemyślanym.

Przyjrzyjmy się po kolei każdemu z tych punktów. Informacja o zamknięciu projektu omijającego Ukrainę pod dnem Morza Czarnego gazociągu zbiegła się z korektą prognoz na temat rozwoju gospodarczego Rosji w przyszłym roku. Ministerstwo gospodarki przewiduje obecnie, że w 2014 r. średnia cena dolara wyniesie 49 rubli (mniej więcej tyle, co obecnie), nieznacznie, bo do 80 dolarów za baryłkę, zdrożeje także ropa. To w równym stopniu wynik sankcji, jak i sprzężonego z nimi czynnika w postaci pogarszającego się wizerunku Rosji na arenie międzynarodowej oraz w oczach inwestorów.

Patrząc na trendy ostatnich tygodni, także najnowsze dane należałoby uznać za całkiem optymistyczne z punktu widzenia Kremla. A mimo to - twierdzi wiceszef resortu gospodarki Aleksiej Wiediew - Rosjan czeka w tym roku 9-proc. inflacja, która z kolei doprowadzi do niemal 3-proc. spadku realnych dochodów mieszkańców. Ze względu na pogarszającą się sytuację gospodarczą Rosja ma stracić od 50 mld do nawet 90 mld rubli (3,2 mld - 5,8 mld złotych, przynajmniej po obecnym kursie). Tymczasem według ostatnich szacunków na położenie rury trzeba by wydać 23,5 mld euro.

Oficjalna linia Kremla jest następująca: rezygnacja z South Stream to przede wszystkim problem Europy. - Skutki powinny zostać przeliczone przez tych, którzy faktycznie pogrzebali ten projekt. To oni powinni się nad tym zastanowić - mówił wczoraj przedstawiciel rosyjskiego MSZ Aleksandr Łukaszewicz. - Nie możemy przecież rozpocząć prac morskich, dopóki nie będziemy mieli zgody Bułgarii. Mielibyśmy podejść do bułgarskiego brzegu, by się na nim zatrzymać? - pytał retorycznie Władimir Putin podczas wizyty w Turcji. Zamiast tego Rosja chciałaby położyć gazociąg lądowy przez turecką Anatolię.

W ten sposób dochodzimy do punktu numer dwa. Według Rosjan europejskie firmy ze względu na zamrożenie projektu stracą 2,8 mld euro. Włosi z Saipem nie dostaną 2 mld euro za położenie rur, niemiecki Europipe - 500 mln euro za ich wyprodukowanie. Z punktu widzenia Austrii, Bułgarii i Włoch, państw i tak nieszczególnie przywiązanych do sankcji wobec Rosji, decyzja Kremla może być pretekstem do większej aktywności lobbingowej na rzecz ich zniesienia. W myśl tezy, że wojna w Zagłębiu Donieckim została przecież zawieszona, a losy Krymu - jak powiedział wczoraj premier Słowacji Robert Fico - i tak zostały już rozstrzygnięte.

Sama Sofia dotychczas dość ambiwalentnie podchodziła do projektu. Najlepiej wyraziła to wczoraj minister energetyki Bułgarii Temenużka Petkowa, która przyznała, że South Stream był dla jej kraju szansą na dywersyfikację dostaw gazu, powstanie nowych miejsc pracy i stałe zyski z tranzytu, a z drugiej strony - powodem do sporu z Brukselą na tle łamania przez Gazprom III Pakietu Energetycznego. To charakterystyczne słowa; dywersyfikacja dostaw jest rozumiana przez Sofię nie jako znalezienie nowego dostawcy gazu, ale alternatywnego szlaku tranzytowego. Zgodnie z linią Kremla, według której to Ukraina jako kraj niestabilny zagraża ciągłości dostaw.

Trzeci wniosek dotyczy Krymu. Aneksja półwyspu w marcu 2014 roku poza nacjonalistycznymi hasłami o powrocie odwiecznie (czyli raptem od końca XVIII wieku) rosyjskiego półwyspu do macierzy miała swój kontekst gospodarczy. Dzięki okupacji ukraińskiej autonomii Rosjanie mogliby teoretycznie wyprostować trasę gazociągu po dnie Morza Czarnego albo nawet położyć go częściowo po krymskim lądzie. Dotychczas musieliby zaś ominąć ukraińskie wody terytorialne. Rezygnacja z budowy South Stream sprawia, że przynajmniej z tego punktu widzenia "krymnasz" okazał się bezużyteczny.

Co to wszystko oznacza dla Polski? Teoretycznie nas to nie dotyczy, ponieważ surowiec z gazociągu południowego i tak nie trafiałby nad Wisłę. W praktyce jednak należy oczekiwać wzrostu presji na budowę przez Polskę tzw. pieriemyczki, czyli gazociągu łączącego przez nasze terytorium Białoruś ze Słowacją. To polityczna pułapka, ponieważ umożliwi Moskwie zwiększenie presji na Ukrainę, przez którą obecnie na Zachód trafia 65 proc. rosyjskiego gazu dla Europy. Ominięcie Ukrainy przez Białoruś z jednej i Turcję z drugiej strony - to pierwsze możliwe tylko przy współpracy z Warszawą - wprost zagrozi suwerenności i bezpieczeństwu energetycznemu Kijowa. A to już stanowiłoby bezpośrednie zagrożenie dla podstaw naszej polityki zagranicznej.

Zawieszenie South Stream dla Polski oznacza presję na budowę pieremyczki

@RY1@i02/2014/234/i02.2014.234.000000600.803.jpg@RY2@

Michał Potocki zastępca szefa Dziennika

Michał Potocki

zastępca szefa Dziennika

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.