Dziennik Gazeta Prawana logo

Doktor Viktor, mister Orbán

30 czerwca 2018

Przez Unię traktowany jest jak parias. Kraj stoi za nim murem. Kim jest prezydent Węgier? Faszystą? Wizjonerem? Czy po prostu skutecznym politykiem?

Jest jak Mr. Hide i doktor Jekyll. Zwolennicy mają go za zbawcę Węgier, który wywiódł je z socjalistycznej niewoli i przeprowadził przez morze kryzysu. Przeciwnicy oskarżają o kryptofaszyzm i dążenie do zbudowania państwa na wzór autorytarnej Rosji. Jeśli usunąć absurdalną niekiedy retorykę, obie strony przedstawiają część prawdy. Viktor Orbán tymczasem w niedzielę - wszystko na to wskazuje - przekonująco wygra drugie z rzędu wybory.

Koalicyjna lista Fideszu i niewielkiej partii chadeckiej (relacja niczym SLD z dawną Unią Pracy) według marcowych sondaży może liczyć na 48-59 proc. głosów. W wyborach z 2010 r. partie te otrzymały 52,7 proc. głosów. Prawdopodobny wzrost poparcia do spółki z przepisaną dla własnej korzyści ordynacją wyborczą sprawiają jednak, że w nowym, 199-osobowym parlamencie Fidesz może mieć jeszcze większą przewagę niż dotychczas. Obecnie orbanowcy mają 2/3 mandatów.

Wszystko dla naszych

Węgierscy wyborcy okazują się więc głusi na wszechogarniającą krytykę premiera. Częściowo ze względu na umiejętną politykę informacyjną. Przed przejęciem władzy prawicowcy zbudowali własne media, później przejęli też kontrolę nad mediami publicznymi. Ustawa medialna należała do najbardziej krytykowanych decyzji węgierskiego rządu. Na papierze wszystko było jak najbardziej demokratycznie. Nowa rada ds. mediów (NMHH) jest powoływana przez parlament większością 2/3 głosów, choć w wielu krajach UE członków analogicznych ciał wprost wybiera rząd (np. w Belgii, Holandii, Szwecji i Wielkiej Brytanii). Tyle że Fidesz skorzystał z okazji i nie dopuścił do rady opozycji, a na jej czele postawił byłą posłankę własnej partii Annamárię Szalai (zmarła w 2013 r.).

W efekcie jednak dzięki kontroli nad mediami dużo łatwiej jest mu zbudować i utrwalić ciąg skojarzeń: skompromitowani własnymi rządami poprzednicy - zachodni krytycy Orbána - Zachód się uwziął i staje po stronie skorumpowanej opozycji. A ponieważ krytyka jest zdecydowanie przesadzona, Fidesz w prosty sposób może ją obrócić na swoją korzyść. Elektoratowi Orbána trudno jest bowiem pojąć, dlaczego ich lider miałby być gorszy niż np. lider Koalicji Demokratycznej Ferenc Gyurcsány, premier w latach 2004-2009, do dziś pamiętany z nagrania z zamkniętego posiedzenia swojego klubu parlamentarnego w Balatonőszöd, na którym wyznaje, że "żaden europejski kraj nie postępował tak głupio jak my, kłamiący przez ostatnie półtora do dwóch lat". Taśmy Gyurcsánya wyciekły do mediów i rozpoczęły coś, co 11 kwietnia 2010 r. zakończyło się rewolucją przy urnach, jak to nazywają Węgrzy.

Rada ds. mediów jest dobrą ilustracją jeszcze jednej charakterystycznej cechy rządów Orbána. Jej przewodniczący jest powoływany na dziewięcioletnią kadencję. Innymi słowy, nawet gdyby Fidesz przegrał niedzielne wybory, opozycja nie zdołałaby na powrót przejąć mediów publicznych co najmniej do 2022 r., gdy upłynie dziewięć lat od chwili powołania obecnej szefowej NMHH. W podobny sposób rozciągano kadencje prezesom innych opanowywanych przez Fidesz instytucji. W przypadku sądu konstytucyjnego zwiększono liczbę sędziów z 11 do 15, przedłużono ich kadencje do 12 lat i obniżono wiek emerytalny. Już teraz ośmiu sędziów zostało powołanych przez obecną większość. A jeśli władzę np. w 2018 r. przejmie opozycja, będzie musiała nadal uzgadniać kandydatury z Fideszem, bo powtórzenie wyniku Orbána w postaci 2/3 mandatów wymaganych do powołania sędziego będzie w przypadku lewicy mało prawdopodobne.

Sama zasada, że szefów ważnych urzędów powołuje się na długie kadencje bez możliwości reelekcji, nie jest niczym nagannym. W ten sposób dojrzałe demokracje gwarantują ich niezależność - ktoś, kto wie, że i tak nie zostanie na stanowisku na kolejne lata, nie musi się obawiać nacisków politycznych. A długotrwałość kadencji wszystkich członków gremium, jeśli są oni wybierani oddzielnie, gwarantuje równowagę polityczną. W przypadku Węgier o równowadze politycznej w nowo tworzonych lub nowo przekształcanych instytucjach trudno jednak mówić. Zmiany mają wszelkie znamiona gwarancji, że następcy Fideszu nie będą w stanie cofnąć Węgier na poprzednie tory.

Dodatkowe gwarancje dla Fideszu miała także dać nowa ordynacja wyborcza, którą dzięki mechanizmom kompensacyjnym zmieniono w ten sposób, by już poparcie rzędu 35 proc. głosów przekładało się na konstytucyjną większość w parlamencie (przypomnijmy, że Fidesz w tych wyborach ma szansę na nieco ponad połowę głosów). Ponadto znacznie ułatwiono zdobycie praw wyborczych Węgrom mieszkającym za granicą, będącym tradycyjnie raczej zwolennikami prawicy. A także twórczo przerysowano granice okręgów wyborczych, by rozwadniać wyborców lewicowych w prawicowej większości.

Wszystko to sprawia, że zachodnią (i wewnętrzną) krytykę można by uznać za uzasadnioną. Gdyby nie to, że krytycy często przekraczają granicę absurdu. Jak wtedy, gdy podejrzewano Orbána, że zamierza zlikwidować republikański system rządów, skoro w nowej konstytucji oficjalną nazwą państwa są Węgry, a nie Republika Węgierska. Zapominając, że słowo "republika" nie występuje w oficjalnej nazwie dwóch sąsiadów tego kraju (Rumunii i Ukrainy), a także np. w nazwie Stanów Zjednoczonych Ameryki, kwintesencji współczesnego republikanizmu.

Albo wtedy, gdy tę samą konstytucję z 2011 r. oskarżano o klerykalizm, bo jej preambuła rozpoczynała się od invocatio Dei. Tyle że fraza "Boże, błogosław Węgrów" ("Isten, áldd meg a Magyart") to zarazem pierwsze słowa hymnu narodowego, obowiązującego nawet w czasach komunistycznych. To tak, jakby polska konstytucja rozpoczynała się od słów "Jeszcze Polska nie zginęła". Z kolei politycy niemieccy krytykowali Orbána za rozwiązania ustrojowe, które ten zaczerpnął... z przepisów niemieckich. Na przykład zasadę, że prezesa i wiceprezesów banku centralnego powołuje prezydent na wniosek premiera, choć w RFN prezes i wiceprezes są mianowani bezpośrednio przez rząd.

Liberalny socjalista

Także dlatego Orbánowi łatwo było przedstawić podobne ataki jako zemstę finansowego zachodniego lobby bankowego za niekorzystną dla niego politykę gospodarczą. Na tym polu tradycyjnie krytykowany lider Fideszu może się zaś pochwalić realnymi sukcesami, które Węgrzy odczuli także we własnej kieszeni. O ile bowiem w przypadku czystej polityki głównym celem Orbána wydaje się umocnienie własnego obozu i gwarancja trwałości konserwatywnej rewolucji, o tyle w gospodarce rząd może się pochwalić trudniejszymi do zakwestionowania sukcesami.

A te były możliwe częściowo dlatego, że władze całkowicie odeszły od jakiegokolwiek dogmatyzmu. W polityce rządu Orbána zostały zawarte zarówno elementy czysto wolnorynkowe, jak i kojarzące się raczej z keynesizmem i rooseveltowskim Nowym Ładem. "Polityka jest słaba, ponieważ trzyma się skostniałych dogmatów i przebrzmiałych tabu. Państwo węgierskie jest słabe, ponieważ dogmatyczna polityka nie opiera się na sile ludzi" - pisał Orbán w 2007 r. w wydanym także w Polsce manifeście programowym pt. "Ojczyzna jest jedna". Jego pierwszy minister gospodarki narodowej György Matolcsy (obecnie prezes banku centralnego) nazwał własne działania "nieortodoksyjną polityką gospodarczą".

Liberalizm? Proszę bardzo - Orbán zaczął od wprowadzenia czołowego postulatu klasycznych liberałów w postaci podatku liniowego od osób fizycznych na poziomie 16 proc. oraz drastycznego obniżenia podatków od małych i średnich przedsiębiorstw (najmniejsze z nich oddają jedynie 10 proc. dochodu). Mimo protestu związków zawodowych wprowadzono zmiany w kodeksie pracy, czyniąc go jednym z najbardziej elastycznych w Europie. Zmniejszono wysokość odpraw, wynagrodzenia za nadgodziny, zlikwidowano wcześniejsze emerytury. Socjalizm? W ramach walki z bezrobociem Orbán sięgnął po rzadko dziś stosowane masowe roboty publiczne, w które w szczytowym okresie zaangażowano 5 proc. aktywnej zawodowo populacji. Przyjęto przy tym zasadę, że wynagrodzenie za roboty jest niższe niż płaca minimalna, ale za to wyższe niż zasiłek dla bezrobotnych.

Orbán nie wahał się też, mimo światowego kryzysu, stanąć do walki z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i zachodnimi bankami. Współpraca z MFW najpierw została zawieszona, a następnie władze sztucznie przeciągały rozmowy, by ostatecznie - gdy sytuacja w Europie się uspokoiła - spłacić rok przed czasem całe zadłużenie i zamknąć biuro MFW w Budapeszcie. Orbán uznał bowiem, że wymagania funduszu są sprzeczne z węgierskimi interesami. MFW sugerował Węgrom np. podwyższenie podatków, choć obciążenia na obywatela były już nad Balatonem najwyższe w UE poza Belgią. - Warunki, w jakich żyją Węgrzy, uniemożliwiają nam prowadzenie restrykcyjnej polityki wobec obywateli. Musieliśmy znaleźć inne sposoby konsolidacji budżetu - tłumaczył DGP wicepremier Tibor Navracsics.

MFW chciał też, by Węgry zdecydowanie obcięły wydatki rządowe przekraczające wartość 50 proc. PKB. Orbán nie miał zamiaru tego robić, ponieważ potrzebował pieniędzy na politykę prorodzinną. Największe preferencje otrzymali rodzice trojga i więcej dzieci, którzy na każde dziecko od 2011 r. mogą odpisać od podstawy opodatkowania 206 tys. forintów (2,8 tys. zł) miesięcznie. W praktyce większość rodzin wielodzietnych w ogóle nie płaci podatków. Efekt? W 2010 r., przed wprowadzeniem zmian, współczynnik dzietności kobiet wynosił 1,25 i był najniższy w Unii. W 2012 r. na jedną kobietę przypadało już 1,34 dziecka. Węgry wyprzedziły tym samym cztery kraje UE, w tym Polskę.

Elementem polityki sprzeciwu wobec dogmatu o wyższości Zachodu było też przejęcie środków otwartych funduszy emerytalnych, ale także wprowadzenie podatku bankowego, podatku obrotowego od supermarketów (przede wszystkim zachodnich) czy wymuszenie na bankach przyjmowania spłat kredytów mieszkaniowych po odgórnie ustalonym, korzystniejszym dla kredytobiorców kursie franka. Ten ostatni krok realnie pomógł setkom tysięcy posiadaczy kredytów we frankach, którzy mieli trudności z ich spłatą. Problem ten był nad Balatonem znacznie poważniejszy niż w Polsce, ponieważ aż 53 proc. pożyczek hipotecznych było denominowanych w helweckiej walucie.

Orbán niejednokrotnie dawał do zrozumienia, że banki również powinny odczuć na sobie skutki kryzysu. - Chcemy zakończyć erę bankierów. To oni wywołali kryzys - dowodził w rozmowie z hirTV. Nie chodziło jednak o ślepą zemstę, która mogłaby na dobre dobić systemy bankowe. Gdy zapadła decyzja o kredytach frankowych, rząd zdecydował, że nie będzie wliczał do podstawy podatku bankowego aktywów denominowanych w szwajcarskiej walucie. Dzięki temu banki zaoszczędziły 100 mld forintów (1,4 mld zł).

Rząd nie cofał się przy tym przed populizmem. Tak było, gdy wprowadzono zakwestionowany potem przez sąd konstytucyjny 98-proc. podatek od odpraw w budżetówce. Albo gdy Orbán lansował hasła debiurokratyzacyjne. Pokazowo zmniejszono liczbę ministerstw do zaledwie ośmiu. Nie przełożyło się to jednak na efekty w trzecim szeregu: według Eurostatu w latach 2008-2012 liczba urzędników nad Balatonem wzrosła o 18,6 proc.

Węgry powoli jednak wychodzą na prostą. Maleje dług publiczny, inflacja pozostała w ryzach, gospodarka wyszła z recesji, okiełznano deficyt budżetowy, kraj odzyskuje zaufanie rynków finansowych, a Węgierki chętniej myślą o rodzeniu dzieci. W sferze gospodarczej sukcesy Orbána są zarazem sukcesem państwa. W sferze politycznej interpretacja jego skuteczności zależy od podejścia do wizji świata, którą prezentuje premier. I którą wciąż podziela połowa Węgrów.

Krytycy przekraczają granicę absurdu. Jak wtedy, gdy podejrzewano Orbána, że zamierza zlikwidować republikański system rządów, skoro w nowej konstytucji oficjalną nazwą państwa są Węgry, a nie Republika Węgierska

@RY1@i02/2014/066/i02.2014.066.000001400.101.jpg@RY2@

Laszlo Balogh/Reuters/Forum

Viktor Orbán

Michał Potocki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.