My chcemy nudy
Wybory w USA nie były manichejskim starciem dobra ze złem. Nominowany dwa razy do nagrody Emmy i doskonale poruszający się we współczesnych mediach Donald Trump nie jest kąpiącym się w kiczu prostakiem, który wieczorami nakłada na głowę uszyty przez Melanię kaptur Ku Klux Klanu. Była szefowa Departamentu Stanu Hillary Clinton nie jest z kolei doświadczonym w dyplomacji światowcem, który miłuje pałacowe intrygi i wie, jak skutecznie sprawować władzę. Byliśmy raczej świadkami starcia świata Walta Kowalskiego z "Gran Torino" w reżyserii Clinta Eastwooda z wielkomiejskim światkiem Penelope Longstreet z "Rzezi" Romana Polańskiego. Dwóch Ameryk, które mówią ze swoim charakterystycznym akcentem. Mają swoje trupy w szafie. Wady i przywary. Z tych dwóch światów dla nas lepsza jest mieszczańska Ameryka zakłamania i póz opisana przez Polańskiego. Czyli Stany Clinton. Takie USA są w swojej nudzie przewidywalne. W nich największym dramatem może być wrzucenie w gniewie służbowego smartfona do wazonu z wodą. "Gran Torino" kończy się znacznie bardziej tragicznie.
Polska jako peryferyjna widownia potrzebuje przewidywalności. Brakuje nam jeszcze co najmniej kilku prezydenckich kadencji, w których Biały Dom zajmuje ktoś sztampowy. Taki jak Clinton właśnie. Polityk, która co prawda stoi za pierwszym resetem w stosunkach USA z Rosją. Ale też ktoś, kto daje przynajmniej częściową gwarancję, że porozumienia przyjęte na lipcowym szczycie NATO w Warszawie nie zostaną pod byle pretekstem wypowiedziane.
Trump nie reprezentuje gorszej Ameryki. Ale sam w sobie jest kimś, komu nie sposób ufać. To człowiek, który niemal stale mija się z prawdą. Jak wyliczył dziennik "Washington Post", tylko od 28 października do 3 listopada skłamał łącznie 185 razy. Clinton też nie grzeszy szczerością, ale jej rating pod tym względem był daleko w tyle za kandydatem republikanów.
Trump swoją kampanię traktował niemal jak występ w reality show "The Apprentice", który kiedyś z powodzeniem prowadził w telewizji NBC. Zachowywał się jak prestidigitator polityki, a nie prawdziwy polityk. Clinton gwarantuje pod tym względem standard. Najpewniej nie otworzy drzwi do awansu społecznego dla sfrustrowanych mieszkańców Pasa Rdzy położonego między Wschodnim Wybrzeżem, Wielkimi Jeziorami i Appalachami. Jednak jej zblatowanie z elitami finansowymi Wall Street i wiedza o mechanizmach władzy w Waszyngtonie są optymistyczną zapowiedzią nudy.
Jak komentuje magazyn "Foreign Affairs", Trump oferuje swoim wyborcom mit Ameryki upadłej. Takiej, która musi się skupić sama na sobie. Wstać z kolan. Bez oglądania się na darmozjadów, którzy wiecznie czekają na jej wsparcie. Dla państw takich jak Polska ta logika jest zabójcza. Izolacjonizm w czasach słabej Unii Europejskiej, zatomizowanego Bliskiego Wschodu, rosnących ambicji zdolnej do prowadzenia wojen daleko poza swoimi granicami Rosji jest jak igranie z ogniem. Świat zbyt wyraźnie zbliża się do przesilenia, by fundować mu Trumpowską postdyplomację, której głównym narzędziem są półprawdy.
W tym sensie każda, nawet najmniej rozsądna decyzja Hillary Clinton może się jawić jako szczyt umiaru. ⒸⓅ
@RY1@i02/2016/217/i02.2016.217.00000010c.801.jpg@RY2@
fot. Robert Law/EyeEm/Getty Images
Zbigniew Parafianowicz
Michał Potocki
A2-7
Wyniki wyborów w USA, komentarze i wszystkie aktualności na bieżąco na
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu