Ammann zmienił historię
Szwajcarski skoczek, zanim został czterokrotnym mistrzem olimpijskim, długo walczył z depresją
Szwajcar po igrzyskach wzbogacił się o 203 tys. dol. A przecież każdy z ważących około 500 g medali wart jest zaledwie około 250 franków szwajcarskich. Mimo to są to jego najcenniejsze zdobycze, które znajdą się w specjalnej skrytce bankowej, obok tych, które 28-latek z Grabs wywalczył przed ośmioma laty w Salt Lake City. - Nie mam jeszcze własnego domu ani sejfu, w którym mógłbym je trzymać, więc tak muszę dbać o ich bezpieczeństwo - zdradził Ammann.
- Ludzie z FIS powiedzieli, że powinienem mieć nie tylko skocznię swojego imienia, ale też własny konkurs - mówił Szwajcar, który wygrywając w sobotę konkurs na dużej skoczni, został najbardziej utytułowanym skoczkiem narciarskim w historii, wyrównał bowiem rekord Mattiego Nykaenena. Sławny Fin jeden z medali zdobył w rywalizacji drużynowej, Szwajcar wszystkie w konkursach indywidualnych.
Tajemnica? Magiczne wiązania, różnica w wielkości uszu, jak to insynuowała jedna ze szwajcarskich bulwarówek? - To ta magiczna siła, która tutaj jest, sprawia, że moje skoki są tak dalekie. Inaczej nie potrafię tego wyjaśnić - tłumaczył Ammann, który po zwycięstwach w Salt Lake City w 2002 r. zyskał przydomek Harry Potter, od bohatera serii powieści dla młodzieży opowiadającej o czarodziejach angielskiej pisarki J.K. Rowling.
Faktycznie przed ośmioma laty Szwajcar nosił okulary korekcyjne z okrągłymi oprawkami. Dziś nie ma po nich śladu, zastąpiły je przeciwsłoneczne pilotki z lustrzanymi szkiełkami. - To bardzo fajnie, że Harry Potter jest znany na całym świecie. Dzięki temu w Ameryce ja też cieszyłem ogromną popularnością. Ale moja historia to nie fantazja, to nie jest bajka - mówił Ammann, któremu powrót do rzeczywistości po sukcesach zabrał całe cztery lata. Wielki mistrz, który w konkursach Pucharu Świata zadebiutował w wieku 16 lat podczas Turnieju Czterech Skoczni, na swoim koncie poza czterema tytułami mistrza olimpijskiego, ma trzy, każdy w innym kolorze, medale mistrzostw świata, trzynaście wygranych konkursów Pucharu Świata oraz wygraną w cyklu Letniej Grand Prix (2009).
Czemu tak niewiele?
Po sukcesie w Salt Lake City Ammann był na ustach wszystkich. Skoczek, który nigdy nie wygrał konkursu Pucharu Świata, a na igrzyskach w Nagano nie mieścił się nawet w finale (35. i 39. miejsce), zagrał na nosie faworytom - Adamowi Małyszowi i Svenowi Hannawaldowi. Złośliwi twierdzili, że wszystko dzięki upadkowi w Willingen, po którym musiał być hospitalizowany z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu. Jego fani twierdzili, że narodził się nowy mistrz. - Może ja też jestem wybrańcem - miał powiedzieć Szwajcar.
Niestety szybko trzeba było weryfikować twierdzenia. Ammann zamiast w sport, rzucił się w szpony show-biznesu. Zawsze skłonny do żartów 21-latek był gościem w programie Davida Lettermana "David Lettermann Show", został sportowcem roku w Szwajcarii. Świętowanie trwało ponad rok, aż do grudnia 2003 r., gdy trener kadry narodowej zagroził mu, że jeśli nie weźmie się w końcu do roboty, straci miejsce w składzie. - Jeśli nie będę mógł więcej skakać, będę się musiał nauczyć żyć bez tego - powiedział Ammann, którego pod naciskiem opinii publicznej dopuszczono do ekipy.
Smutny show trwał jednak dalej. W 2005 r. podczas ceremonii wręczania nagród dla najlepszego sportowca mijającego roku wbiegł na scenę w koszulce założonej na głowę, jak to czynią piłkarze po strzeleniu bramki. Żart się nie udał - rozpędzony Szwajcar wpadł na kamerzystę i w efekcie mocno się potłukł.
W Turynie Ammann niczego wielkiego nie zwojował. 15. miejsce na dużej skoczni, 38. na normalnej ostatecznie pozbawiły go blichtru gwiazdy. Przełom nastąpił w kolejnym sezonie. Wygrana w Lillehammer (na drugim miejscu uplasował się jego kolega z ekipy Andreas Kuettel) i koszulka lidera Pucharu Świata, miejsca na podium w Engelbergu i na koniec Turnieju Czterech Skoczni (3. miejsce). Z mistrzostw świata w Nagano wywiózł złoto na dużej skoczni i srebro ze średniego obiektu, po twardych bojach, które stoczył z Małyszem. W Libercu przed rokiem dorzucił tylko brąz. W tym sezonie prowadzi w Pucharze Świata, wygrał pięć konkursów i te dwa najważniejsze - w Vancouver. - W 2002 r. pomogło mi szczęście, ale teraz wygrałem jako sportowiec w pełni świadomy tego, co robię. Mieliśmy idealny plan przygotowań, w którym nasze nowe wiązania wcale nie były najważniejsze. Były istotne, bo skakało mi się na nich dobrze, ale moc była przede wszystkim w nogach i w głowie. Wszyscy testowali te wiązania, nie tylko ja, Austriacy też. Mogli z nich skorzystać, gdyby chcieli - tłumaczył Ammann.
Czego się nauczył? Pokory. - Wiem, że nic nie trwa wiecznie, że jednego dnia możesz być na piedestale, by następnego znaleźć się na samym dnie - mówił Szwajcar i dodał. - Na tytuł sportowca roku w Szwajcarii nie mam szans, bo Roger Federer jest niesamowicie regularny, konsekwentny, a ja wybucham formą raz na jakiś czas, kiedy są ważne zawody. Z Federerem to można porównać Adama Małysza i Janne Ahonena - tłumaczył czterokrotny mistrz olimpijski.
Szwajcar nie wyklucza, że to mogły być jego ostatnie igrzyska. - Jeśli w przyszłym roku też będę tak dobrze skakał, zastanowię się, czy wówczas nie zakończyć kariery. Na razie jednak skakanie przynosi mi mnóstwo frajdy - powiedział Szwajcar. I to druga nauczka: już nigdy nie popaść w zapomnienie z powodu złych wyników. Jak odchodzić - to tylko w chwale!
@RY1@i02/2010/037/i02.2010.037.000.020a.001.jpg@RY2@
Fot. PAP/EPA
Świętowanie sukcesu Simona Ammanna w wiosce olimpijskiej trwało do późnych godzin nocnych
Marta Pytkowska
marta.pytkowska@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu