Wiemy, że musimy się zmienić
Popieramy grecki plan naprawy finansów publicznych - ogłosiła wczoraj Komisja Europejska.
To reakcja na złożoną przez premiera Jeoriosa Papandreu obietnicę zmniejszenia deficytu budżetowego z 12,5 do 3 proc. PKB w ciągu zaledwie dwóch lat. DGP podobnie jak cała biznesowa Europa z uwagą obserwuje zmagania Greków o finansowe przetrwanie. Wczoraj pisaliśmy o tym, jak głęboko Bruksela może ingerować w ekonomiczną suwerenność Aten. Dziś pytamy, czy grecki rząd będzie w stanie przekonać do zaciskania pasa własnych obywateli.
rw
To może brzmieć paradoksalne, ale powiem, że tak. Doszliśmy do punktu, w którym nie widać już alternatywy wobec rozpoczęcia ostrej kuracji oszczędnościowej. Taki punkt widzenia podziela dziś przeważająca część greckiego społeczeństwa. Lansujący program cięć budżetowych socjalistyczny rząd Jeoriosa Papandreu jest u władzy dopiero od kilku miesięcy i dysponuje kapitałem zaufania, którego nie miał od dawna żaden z jego poprzedników. Na dodatek na jego telewizyjny apel o wsparcie pozytywnie odpowiedział lider centroprawicowej opozycji Antonis Samaras. Oznacza to, że plan oszczędnościowy może dziś liczyć na poparcie ok. 80 proc. greckiego elektoratu.
Tamte niepokoje społeczne były wyrazem zniecierpliwienia wobec polityki ówczesnego centroprawicowego rządu Kostasa Karamanlisa, który ukrywał przed społeczeństwem fatalne dane gospodarcze i nieudolnie reagował na zamieszki wywołane zastrzeleniem przez policjanta młodego demonstranta. Wtedy rzeczywiście sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Niepokoje i chaos wygasły jednak po przedterminowych wyborach we wrześniu ubiegłego roku.
Grecy nie są szaleńcami. Poprzedni gabinet powtarzał im wprawdzie, że wszystko jest OK, ale ludzie widzieli, że Grecja nie kwitnie, eksperci ostrzegali, że żyjemy ponad stan, a Unia wytykała nas palcem od miesięcy.
Już dziś widać, że kuracja odchudzająca potrwa kilka lat. Rząd uzgodnił z Komisją Europejską, że do 2012 roku musimy zmniejszyć deficyt z 12,5 do 3 proc. PKB. Nikt w Grecji nie powinien się łudzić, że teraz nastąpią taktyczne cięcia, ale za rok, dwa wrócimy do dzisiejszego stanu. Tak nie będzie. Ten kraj będzie musiał nauczyć się żyć skromniej. Rząd nie powinien twierdzić, że jest inaczej.
Raczej nie. Grecy są świadomi, że członkostwo w UE ciągnie ich w górę. Z opublikowanych właśnie badań Eurobarometru wynika np., że ledwie 10 proc. Greków lubi własne instytucje państwowe. Innymi słowy: nie wierzymy, że bez Europy bylibyśmy dziś w lepszej sytuacji. Wręcz przeciwnie.Powiem brutalnie. Grecy są świadomi, że muszą zmienić swój styl życia. Wiedzą, że Unia Europejska ma rację.
Podstawowym powodem naszych kłopotów jest niska wydajność ekonomiczna. Nie ma wiele przesady w greckim powiedzeniu, że jesteśmy ostatnią komunistyczną gospodarką Starego Kontynentu. Nasza siła robocza jest droga i niewydajna. Nasz sektor publiczny, w którym pracuje ok. 40 proc. Greków, jest zbyt duży. Istnieją badania dowodzące, że w wielu państwowych instytucjach bez większego uszczerbku dla jakości pracy te same zadania może spokojnie wykonywać nie 100, ale 20 osób. Ten stan rzeczy musi się zmienić.
Na pewien czas tak. To nieuchronne. Jednak należy pamiętać, że grecki rynek pracy jest specyficzny. Istnieje u nas ogromna szara strefa. Duża część urzędników na ciepłych posadach prowadzi jednocześnie sklep czy knajpkę zarejestrowaną na nazwisko matki czy babki. To świetnie, że Grecy są tak rzutcy, ale szara strefa oznacza realne straty dla budżetu państwa. Bez tak daleko idących zmian Grecy nie ruszą z miejsca.
@RY1@i02/2010/024/i02.2010.024.000.010a.101.jpg@RY2@
Fot. materiały prasowe
Tanos Veremis, wykłada historię najnowszą i nauki polityczne na Uniwersytecie Ateńskim
wykłada historię najnowszą i nauki polityczne na Uniwersytecie Ateńskim
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu