Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Eric Rohmer nie żyje

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Wczoraj w Paryżu zmarł jeden z najważniejszych reżyserów francuskiej Nowej Fali Eric Rohmer. W kwietniu skończyłby 90 lat. Mówił o sobie, że jest "intelektualistą, który stara się wizualnie wyrazić coś, co nie ma charakteru wizualnego."

"Nienawidzę kultury kinofilskiej. Ludzie tworzący filmy wyłącznie o kinie są mi głęboko obcy" - mówił, choć wydawałoby się, że właśnie do tworzenia takiego kina ma wszelkie dane. Jak większość nowofalowców zaczynał jako krytyk filmowy związany ze słynnym czasopismem "Cahiers du cinéma". W latach 1957 - 63 był jego szefem.

Urodził się jako Maurice Henri Joseph Schérer, zawodowy pseudonim wymyślił na cześć dwóch słynnych twórców: reżysera Ericha von Stroheima i pisarza Maksa Rohmera (twórcy cyklu kryminalnego o doktorze Fu Manchu). Bardzo długo używał zresztą pseudonimu wymiennie z nazwiskiem, unikał mediów, ukrywał swoje życie osobiste, nie pozwalał się fotografować, by nie stać się rozpoznawalną twarzą, i długo niewielu wiedziało, jak na prawdę wygląda. Kiedy w 1976 roku dostał Grand Prix za "Markizę dO..." w Cannes, nie pojawił się na ceremonii, by odebrać nagrodę. Oddzielał kino od siebie, zwykł mówić: "Nigdy nie myślę o sobie, konstruując historie, one nie są osobiste".

Wśród polskich widzów największą karierę zrobił ostatni cykl filmowy Rohmera - "Opowieści czterech pór roku" (1990 - 98). Zresztą od początku kariery francuski reżyser układał swoje obrazy w cykle: w latach 1962 - 72 stworzył sześć filmów, które złożyły się na "Opowieści moralne", a w latach 80. nakręcił "Komedie i przysłowia" (również 6 filmów).

Uważał, że kino to jest "kopiowanie" świata. "Rzeczywistość taka, jaka jest, będzie zawsze piękniejsza od mojego filmu. Ale zarazem tylko kino może dać wizję tej rzeczywistości takiej, jaka jest; oku się to nie uda" - powiedział kiedyś. Być może jest to najlepsza definicja Rohmerowskiego stylu. Jego obrazy w powolnym rytmie kontemplują rzeczywistość. Zawsze stawiał na efekt naturalności: kręcił bez sztucznego światła, starał się być jak najbliżej realiów, wykorzystywać naturalne wnętrza (kiedy powstawała "Moja noc u Maud", gdzie bohaterowie rozmawiają o Pascalu, pojechał kręcić w mieście filozofa - Clermont Ferrand). Zazwyczaj zatrudniał nieznanych aktorów, często przyjaciół i znajomych, pozwalał im improwizować na planie i nierzadko współtworzyć scenariusz. Ograniczał środki formalne - gardził zbliżeniami, które uważał za sztuczne - "nie tak ludzie widzą siebie nawzajem" - mawiał. Często tworzył film minimalnymi środkami, pracując na 16mm taśmie. "W istocie ja nie mówię, ja pokazuję. Pokazuję ludzi, którzy działają i mówią. To wszystko co umiem robić - na tym właśnie polega mój przekaz, reszta to literatura."

Ostatni obraz pokazał dwa lata temu na festiwalu w Wenecji. Jest nim "Romans Astrée i Céladona", wielki hołd złożony miłości, nad którą zastanawiał się w większości swoich filmów.

@RY1@i02/2010/007/i02.2010.007.000.016a.001.jpg@RY2@

Reżyser na planie filmu "Zimowa opowieść" (1992)

Fot. Forum

Magdalena Michalska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.