Dziennik Gazeta Prawana logo

Upadek Sócratesa

26 czerwca 2018

Były portugalski premier José Sócrates trafił do więzienia. Dla jego rodaków to sygnał, że kończą się czasy, kiedy skorumpowani politycy mogli liczyć na pobłażliwość sądów

21 listopada 57-letni José Sócrates, długoletni szef portugalskiej Partii Socjalistycznej i premier Portugalii w latach 2005-2011, wracał z Paryża. Wylądował w Lizbonie i nie mógł się spodziewać, że ten dzień skończy się dla niego tak fatalnie. Zatrzymano go jeszcze na lotnisku. Był zaskoczony, ale nadal nie wierzył w to, że nie wróci na noc do domu. Wieczorne wydania wiadomości pokazywały jego uśmiechniętą twarz, choć siedział już w policyjnym samochodzie.

Szybko okazało się, że został zatrzymany pod zarzutami przestępstw podatkowych i prania brudnych pieniędzy. Równie szybko dołączyły do niego kolejne osoby: Carlos Santos Silva, przedsiębiorca i jego bliski przyjaciel, kierowca Sócratesa i adwokat Silvy. Minęły trzy dni i na wniosek sędziego śledczego Carlosa Alexandrea zastosowano wobec byłego premiera najostrzejszy w tych okolicznościach środek - areszt prewencyjny.

W reakcji na to odezwały się nieśmiałe głosy krytyki. Adwokat Artur Marques, specjalizujący się w sprawach o korupcję, przypomniał w telewizji publicznej, że wstępne przesłuchanie i związane z tym pozbawienie wolności powinny zgodnie z prawem trwać maksymalnie krótko, szczególnie jeśli nie ma ryzyka ucieczki podejrzanego. Jednak Alexandre, wyrastający na nowy symbol portugalskiego wymiaru sprawiedliwości, pozostał nieugięty. Według kolegów po fachu Alexandre, szef Ticao, Centralnego Trybunału Karnego, właśnie tak chce być postrzegany. Za główny cel stawia sobie podobno ściganie wysoko postawionych oszustów. Przykładowo latem wyznaczył gigantyczną jak na Portugalię kaucję w wysokości 3 mln euro, którą musiał zapłacić potentat portugalskiej bankowości Ricardo Salgado (z Banku Ducha Świętego, Banco Espírito Santo) za przywilej odpowiadania na stawiane mu zarzuty z wolnej stopy. Alexandre jest już więc znany z tego, że nie ulega naciskom.

Tuż po aresztowaniu Sócratesa André Macedo, redaktor naczelny gazety "Diário de Notícias", napisał, że sprawa byłego premiera jest dla Portugalczyków swoistym katharsis: "Dotąd obserwowali kolejne afery korupcyjne z poczuciem bolesnej bezradności i dopiero zatrzymanie Sócratesa jest sygnałem, że państwo jednak może poradzić sobie z oplatającymi je mafijnymi układami". Jego zdanie podziela znany publicysta Miguel Pinheiro. - Ta sprawa ma wagę 6-tonowego słonia, który siedzi na środku naszego salonu. Już nikt nie może ignorować jego obecności, a szczególnie politycy - powiedział DGP. Według Pinheiro w Portugalii na oczach milionów obywateli borykających się od kilku lat z kryzysową biedą i bezrobociem rozgrywa się niezwykle potrzebny dramat. Dlaczego? Ponieważ potężny niegdyś polityk jest traktowany jak zwykły obywatel. Pinheiro jest więc przekonany, że bez względu na rozwój wypadków Portugalczycy już zyskali, bo każdy następny dzień aresztu Sócratesa przekonuje ich, że w Portugalii nie ma świętych krów.

Na paryskim bruku

W 2010 r. kryzys euro nie schodził z pierwszych stron gazet. Choć zaczęło się od Grecji, to na celowniku rynków finansowych i agencji ratingowych szybko znalazła się Portugalia. Ówczesny premier José Sócrates nie chciał jednak zwrócić się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Europejskiego Banku Centralnego, bo wiązałoby się to z programem drakońskich oszczędności. Od początku wolał wprowadzić własny plan reform, tzw. PEC4. - Przekonałem nawet kanclerz Merkel i całą Komisję Europejską. Pomagał mi w tym zresztą Barroso (ówczesny szef Komisji Europejskiej - aut.) - wspominał w 2013 r. w rozmowie z dziennikarką Clarą Ferreira Alves. - Pamiętam, że kiedy wydawało się, że sprawa jest załatwiona, okazało się, że prawica (obecnie współrządząca Portugalią PSD - aut.) będzie chciała odrzucić w parlamencie PEC4.

Tak się stało i Sócrates został zmuszony do poproszenia MFW o pomoc finansową, po czym podał się do dymisji. Od tego momentu nie przestał oskarżać prawicy o to, że zmusiła go do podpisania memorandum pomocowego. Choć trzeba przypomnieć, że minister finansów w jego rządzie Teixeira Santos uznał wtedy zagraniczną pomoc, podobnie jak oszczędności, za niezbędne. W tej sytuacji wynik przedterminowych wyborów był przesądzony. Partia Socjalistyczna, której szefował Sócrates, przegrała, a rządy w Portugalii przejęła prawica. Były premier miał już jednak wtedy zupełnie nowy plan na życie. Zerwał z polityką i wyjechał do Paryża. Tam miał zamiar studiować politologię (z wykształcenia jest inżynierem).

Możliwe, że gdyby nie te dwa następne lata ostentacyjnie luksusowego życia w stolicy Francji, nikt nigdy nie zacząłby się interesować jego finansami. Ale były premier zamieszkał w XVI-wiecznej, najelegantszej i najdroższej dzielnicy Paryża. I choć dawał do zrozumienia, że studia i życie w Paryżu finansuje z pożyczki w wysokości 120 tys. euro zaciągniętej przed wyjazdem w portugalskim banku, trudno było w to uwierzyć. Bo wynajmował m.in. 4-pokojowy luksusowy apartament (dziś można go kupić za 4 mln euro), a takie lokum kosztuje w tej dzielnicy minimum 4 tys. euro miesięcznie.

Mimo to przez pewien czas nikt w walczącej z kryzysem gospodarczym Portugalii nie interesował się luksusowym stylem życia byłego polityka. Cisza wokół Sócratesa skończyła się wraz z publikacją w magazynie "Revista", w którym ze szczegółami opisano jego paryskie studia.

Interesy z przyjacielem

Media zaczęły mnożyć pytania m.in. o to, kto finansuje pobyt Sócratesa w Paryżu, jak dostał się na uczelnię, gdzie podobno trzykrotnie odrzucono jego podanie (słabo zna francuski, ale upiera się, że napisał w tym języku, w paryskiej Ecole de Sciences Politiques, pracę magisterską na temat - cóż za wyczucie czasu - tortur w demokracji, z przedmową byłego prezydenta Brazylii Inacio Luli da Silvy). Wreszcie zaczęto się zastanawiać, skąd miał pieniądze na zakup luksusowego mercedesa S250, wartego 95 tys. euro. Dopiero wtedy Sócrates zrozumiał, że przeholował, i zaczął zachowywać się nieco ostrożniej. Na przykład w 2013 r. do studia telewizyjnego przyjechał wynajętym VW golfem, a nie własnym autem. Było już jednak za późno. Media zaczęły węszyć z jeszcze większą zaciętością. Podliczyły, że Sócrates musiał wydawać co najmniej 15 tys. euro miesięcznie, wliczając w tę sumę czesne za studia swoje oraz syna, drogie restauracje i kosztowne wina, za którymi przepada. Rachunek okazał się prosty: pożyczka w wysokości 120 tys. euro nie wystarczyłaby na dwa lata takiego życia.

Dziennikarze szybko przypomnieli sobie też wszystkie wcześniejsze zarzuty stawiane Sócratesowi: domniemany udział w aferze Freeport - zatrudniania przyjaciół na lukratywnych stanowiskach (choćby Carlosa Martinsa, długoletniego powiernika, który podobno zna wszystkie tajemnice początków kariery byłego premiera i choć ukończył tylko kilka klas szkoły podstawowej, został rządowym doradcą), udział w aferze związanej z zakupem astronomicznie drogich łodzi podwodnych i wreszcie ułatwianie życia firmom znajomych.

A już po zatrzymaniu byłego premiera w mediach pojawiły się nowe zarzuty. Pisano, że paryski apartament może być własnością samego Sócratesa, choć nominalnie kupił go za 2,8 mln euro jego przyjaciel Carlos Santos Silva, prezes firmy Grupo Lena, który razem z byłym premierem został aresztowany pod zarzutem prania brudnych pieniędzy. Podejrzewa się, że przy pomocy Silvy były premier przetransferował na szwajcarskie konto 20 mln euro. Zaraz po przegranych wyborach matka Sócratesa sprzedała też Silvie kilka lizbońskich nieruchomości, m.in. mieszkanie w ekskluzywnym apartamentowcu Heron Castilho, a pieniądze, prawie 800 tys. euro, chciała przekazać synowi. Właśnie te transakcje przeprowadzane na portugalskim koncie Sócratesa przykuły uwagę śledczych. Zgodnie z ustanowionym, o ironio, za rządów Sócratesa prawem, bank musiał bowiem zawiadomić o przelewach powyżej 200 tys. euro prokuraturę. I tak to się zaczęło.

W międzyczasie dziennikarze śledczy doszli też do tego, że Santos Silva wypłacał Sócratesowi miesięczne pensje w wysokości 20 tys. euro. Pieniądze przelewali z zagranicznych kont pośrednicy zatrudnieni w jednej z zależnych od Grupo Lena firm. W 2013 r., kiedy Sócrates stał się nieco ostrożniejszy, zatrudniła go już oficjalnie Octapharma, kolejna firma powiązana z Grupo Lena, zarejestrowana w Szwajcarii. Były premier został konsultantem w jej południowoamerykańskiej filii za 12 tys. euro miesięcznie. Nagabywany w tej sprawie przez media tłumaczył, że potrzebował jakiegoś zatrudnienia i spośród wielu propozycji wybrał firmę szwajcarską, ponieważ mógł dzięki temu pracować w Ameryce Łacińskiej, a nie w Portugalii, gdzie wzbudzałby niepotrzebne podejrzenia.

Król wolframu

Na razie nie wiadomo, jak Sócrates zamierza się bronić. Prócz dwóch listów, które wysłał z więzienia, do mediów nie docierają żadne jego wyjaśnienia. Jednak wczytując się w jego wcześniejsze wypowiedzi, można się z grubsza domyślać, jaką strategię wybierze.

Po pierwsze, będzie przekonywać, że nie musiał kraść, bo pochodzi z zamożnej rodziny. Tym zawsze zresztą tłumaczył swoje upodobanie do wygodnego życia, garniturów od Armaniego i braku jakichkolwiek problemów finansowych. Jego matka Maria Adelaide Sousa odziedziczyła po swoim ojcu prawdziwą fortunę. To zresztą naprawdę ciekawa historia. Portugalia była w czasie II wojny państwem neutralnym, a na jej terenie znajdowały się spore złoża wolframu niezbędnego w produkcji broni. Dzięki wydobyciu wolframu, który sprzedawano zarówno Brytyjczykom, jak i Niemcom, środkowa i północna Portugalia, gdzie znajdowało się najwięcej kopalni, przeżywały swój złoty wiek. Pamiętający te czasy mieszkańcy mówią, że najbogatsi zapalali wtedy cygara zwitkami banknotów.

Do grona najbogatszych należał również dziadek Sócratesa - Júlio César Monteiro. Zarobione na wolframie pieniądze lokował w nieruchomościach. Jeszcze przed końcem wojny kupił 10 mieszkań przy prestiżowej ulicy w Lizbonie. Potem je sprzedawał i nabywał ziemię w Setúbal. W latach 60. miał już kilka sporych działek w tym mieście. Zmarł na początku lat 80. Nie żyją już także brat i siostra Sócratesa. Razem z matką są więc jedynymi dziedzicami wolframowej fortuny. Część majątku matka zamieniła na gotówkę sporo wcześniej. Tego życzył sobie według autorki biografii Sócratesa ("O Menino de Ouro do PS") Eduardy Maio sam były premier. Tak więc dzięki pomocy matki było go stać na wygodne życie, kupno mieszkania i dobre samochody. Ale czy wielkość rodzinnego majątku wystarczy, by potwierdzić niewinność byłego premiera? Śledczy z pewnością będą chcieli tę sprawę wyjaśnić.

Trudniej będzie im zweryfikować inny argument Sócratesa, którego będzie prawdopodobnie chciał użyć w swojej obronie. Już w wywiadzie z 2013 r. dla dziennika "Expresso" Sócrates wspominał, że od dawna czuje się ofiarą nagonki inspirowanej przez prawicę. W styczniu 2009 r. przed zbliżającymi się wyborami oskarżono go o korupcję w aferze Freeport. Sócrates uważa, iż próbowano go zniszczyć i nie dopuścić do wygranej, ale, jak mówi, już w czerwcu jego przeciwnicy przekonali się, że nic konkretnego nie mogą mu zarzucić, i zrezygnowali. Jego partia PS ostatecznie wygrała tamte wybory.

Czy tym razem też chodzi o pułapkę zastawioną przez politycznych przeciwników? Tak sądzi António Marino Pinto, eurodeputowany wybrany z niezwiązanej ze środowiskiem Sócratesa partii chłopskiej MPT. Pinto, na łamach gazety "Correio de Manha", sugeruje, że Sócrates mógł się w czasie swoich rządów narazić wielu wysokim rangą urzędnikom. Bo zabronił np. łączenia emerytury z wynagrodzeniem prezydenckim, co bezpośrednio dotknęło obecnego prezydenta Portugalii Cavaco Silvę. Jednak Miguel Pinheiro, publicysta, który od lat śledzi życie polityczne na Półwyspie Iberyjskim, studzi emocje obrońców byłego premiera. - Nikt odpowiedzialny nie może mówić o prześladowaniu politycznym byłego premiera. Przecież Sócrates będzie miał okazję się bronić i jeśli udowodni swoją niewinność, jego polityczna pozycja tylko się wzmocni - przekonuje.

Zresztą były premier nie zamierza się poddawać. W liście przesłanym z więzienia do telewizji RTP napisał, że choć został zamknięty, to z pewnością nie da się uciszyć.

@RY1@i02/2014/246/i02.2014.246.00000120a.803.jpg@RY2@

afp/east news

José Sócrates był nazywany cudownym dzieckim portugalskiej polityki. Teraz odpowie za przestępstwa podatkowe i pranie brudnych pieniędzy

@RY1@i02/2014/246/i02.2014.246.00000120a.804.jpg@RY2@

ap

Anna Gwozdowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.