Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Jak żyć i przetrwać w Rio de Janeiro

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Mundial dopiero się rozkręca. Jeśli masz urlop i pieniądze, nie wahaj się i wskakuj do samolotu

- Copacabana jest demokratyczna - zapewnia mnie Mateus Paz, młody Brazylijczyk, którego spotykam na słynnej plaży Rio de Janeiro. - Tutaj każdy może przyjść i się rozsiąść. Carioca z faweli wie, że ma takie samo prawo położyć się na piasku jak mieszkaniec luksusowej dzielnicy. Właśnie dlatego wszystkim tutaj żyje się dobrze - dodaje.

Carioca - tym mianem mieszkańcy Rio de Janeiro określają samych siebie. I są dumni z tego, że tu żyją. Mateus Paz przyjechał, by studiować ekonomię, i już został. - Spodobało mi się. Dzisiaj czuję się tak, jakbym tu mieszkał od urodzenia - przyznaje.

Co takiego mogło mu się spodobać? Słońce przez cały rok, ocean, piękne plaże, bajeczne górskie krajobrazy, skąpo ubrane, za to bardzo otwarte dziewczyny - to wiadomo. Ale przyjrzyjmy się, jak wygląda zapisywana przez prawdziwe życie druga strona widokówki z Rio.

Autobus to loteria

Opuszczam Copacabanę i kieruję się w labirynt niezliczonych ulic ogromnej metropolii. Mogę wsiąść do jednej z tysięcy kręcących się tam i z powrotem żółtych taksówek, ale przecież przeciętny mieszkaniec Rio wybiera znacznie tańsze metro. Albo autobus, którym poruszanie się po mieście wydaje się swoistą drogą przez mękę. Na przystankach nie ma rozkładów jazdy, ba, nie ma nawet zaznaczonych tras i numerów linii, których są tu setki. Jeśli nie zdążysz machnąć ręką, pędzący na złamanie karku kierowca nawet nie zwolni, bo każdy przystanek jest na żądanie.

Pytam jedną z kobiet czekających pod wiatą, jakim autobusem dostanę się do najbliższej stacji metra. Długo naradza się z przyjaciółką, w końcu doradza, by wsiąść do właśnie nadjeżdżającego pojazdu. I w środku zaczynam rozumieć, dlaczego rozkłady jazdy nie obowiązują. By zająć miejsce, trzeba przejść przez kołowrotek, a by go przejść, trzeba zapłacić bileterowi siedzącemu za kierowcą. Jest niedziela, dochodzi 18, spieszę się na Maracanę, gdzie o 19 odbędzie się pierwszy w Rio mecz mistrzostw świata. Ale na przystanku czekało ponad 20 osób i teraz utworzyły długą kolejkę. Każdy musi wyjąć pieniądze, poczekać na wydanie reszty, a ponieważ kołowrotek przekręca się z trudem, a przeciśnięcie się przez niego z większą torbą jest sporym wysiłkiem, stoimy i czekamy. Nikt nikogo nie pogania, nikt się nie spieszy. Wreszcie po ośmiu minutach ruszamy, ale tylko po to, by przejechać 300 metrów i zabrać kolejnych pasażerów. Z których każdy płaci przy wejściu...

W związku z tym zawód kanara w Rio nie istnieje. W autobusie nie oszukasz, a bilet do metra to plastikowa karta, którą automat przy kołowrotku połyka i już nie oddaje. Kontrolerzy nie mieliby więc nawet czego sprawdzać.

Trzymając się za kieszeń

Jeżdżenie metrem to kolejna atrakcja. W godzinach popołudniowych na stacji początkowej Brazylijczycy walczą o miejsce siedzące, jak w poprzednim systemie Polacy wpychający się na wyścigi do wakacyjnego pociągu relacji Kraków - Kołobrzeg. Wkrótce wiem dlaczego. W kolejce linii zielonej prowadzącej w kierunku faweli położonych w północnej części miasta na każdej kolejnej stacji do stłoczonego towarzystwa dopychają się setki osób. Wreszcie tłum w wagonach urasta do niewyobrażalnych rozmiarów. Ale o wiele bardziej zaskakujące jest to, jak reagują miejscowi. Otóż im jest tłoczniej, tym bardziej ich to bawi. Jest mnóstwo śmiechu i żartów, nikt nie narzeka. Może z wyjątkiem coraz bardziej przerażonych obcokrajowców.

Jadę z głową pełną przestróg. Pamiętaj, żeby plecak nosić przed, a nie za sobą. Pamiętaj, by trzymać się za kieszeń. Pamiętaj... Ten tłok z pewnością nie jest sztuczny, ale czy to znaczy, że mam się czuć bezpieczniej? Spoglądam na innych i widzę, że każdy ma swój sposób na przetrwanie. Jedni czują się bardzo swobodnie, lecz inni rozglądają się badawczo i widać, że czytali te same poradniki co ja. Jestem tu zaledwie od tygodnia, kradzieże znam tylko z opowieści. Ale pamiętam, że na wakacjach w Rzymie kieszonkowcy dobrali się do mnie, zanim zdążyłem zająć miejsce w pierwszym miejskim autobusie...

Etanol tani jak barszcz

Życie w brazylijskim metrze toczy się jak w każdym innym na całym świecie. Gdy w wagonie jest większa swoboda, a są pory dnia, gdy jest bardzo luźno, ludzie słuchają muzyki ze smartfonów, czytają książki, przysypiają, wertują gazety, wyznają sobie miłość, śpiewają, zbierają na piwo, rozmawiają albo milczą.

- Zamożniejsi jeżdżą samochodami. Większość ludzi z Rio nie stać na auto - tłumaczy mi Leonardo Brito, pracujący dla wytwórni Sony Music Brazil, którego poznałem w drodze na Maracanę. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, jak byłyby zakorkowane ulice, gdyby ich było stać. Tym bardziej że litr etanolu, który na tutejszych stacjach leją do baków częściej niż benzynę, kosztuje zaledwie 1,7 reala (2,5 zł), czyli połowę mniej niż jeden przejazd autobusem czy metrem.

W Brazylii jest jeszcze jeden bardzo powszechny środek komunikacji - samolot. Z Sao Paulo do Rio de Janeiro jest niespełna 500 km, tyle samo dzieli Rio i Belo Horizonte. Te odległości można jeszcze bez trudu pokonać autostradą, ale już wyprawa do oddalonego o 1800 km Recife, nie mówiąc już o Manaus w stanie Amazonas, trwa kilkadziesiąt godzin.

Dlatego samoloty startują jeden po drugim, nierzadko w rozkładzie jest ich na jednej trasie nawet kilkanaście w ciągu dnia. Co nie znaczy, że wszystkie podrywają się w powietrze. To standard, że pasażerów przerzuca się z jednego lotu na drugi bez uprzedzenia.

Kult ciała, cachaca i futbol

Mieszkać w mieście pisarza Paula Coelho i architekta Oscara Niemeyera nie oznacza od razu: zrozumieć je. Mój budynek w dzielnicy Flamengo otoczony jest wysokim ogrodzeniem, a na klatce schodowej przez całą dobę czuwa portier. Tylko on ma prawo otwierać bramę wejściową, żaden z mieszkańców nawet nie nosi klucza. Na klatce i w windach śledzi nas mnóstwo kamer, podobnie jak w sąsiednich blokach. Tymczasem na rogu ulicy stoi restauracja serwująca modne obecnie w Brazylii jedzenie na wagę, której kasa jest usytuowana niemal na chodniku. Kasjerka przez cały dzień przyjmuje pieniądze dosłownie wśród przechodniów i w żaden sposób nie czuje się zagrożona. Tak samo jak bileterzy w autobusach, którzy jeżdżą po całym mieście z gotówką bez jakiejkolwiek ochrony.

Miasto jest ogromne, liczy z przyległościami 12 mln osób, ale na ulicach panuje porządek, jest czysto. Brazylijczycy mają wręcz obsesję na tym punkcie. Dbają o otoczenie i własny wygląd, katując się bieganiem po plażach i w parkach albo ćwicząc w przeszklonych siłowniach.

Wieczorem życie przenosi się do lokali, gdzie leje się caipirinha i cachaca. Wódka z soku trzcinowego to popularny, ale niekonieczny dodatek do muzyki i tańca, które są tu równie ważne jak futbol. Choć teraz futbol jest odrobinę ważniejszy.

- Nie lubię piłki, mecze oglądam tylko wtedy, gdy gra nasza reprezentacja. Byłam sceptyczna, ale teraz, gdy widzę na ulicach tylu radosnych i bawiących się ludzi z całego świata, cieszę się, że mamy mistrzostwa - mówi Andressa Souza, nauczycielka angielskiego ze słynącej z nocnego życia dzielnicy Lapa. I nieoczekiwanie dodaje: - Przyjdź jutro wieczorem do Irish Pubu przy rua Evaristo da Veiga, gdzie pracuję. Na pewno ci się spodoba.

@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.000002800.802.jpg@RY2@

SHUTTERSTOCK\

Krzysztof Kawa

 Rio de Janeiro

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.