Sztafeta bez znieczulenia. Polki na piątym miejscu
Biegi narciarskie
To była orka na ugorze. Potworny wysiłek. Biegniesz na nartach 1,3 km - w tym wypadku techniką klasyczną - z pełną mocą. Dobiegasz na zmianę, klepiesz koleżankę z drużyny i masz trzy minuty na odpoczynek przed powrotem na trasę. W sumie zaliczasz sześć rund: trzy w eliminacjach, trzy w finale.
- Szłam ponad limit. Bolało bardzo, czułam to w całym ciele. Nogi i ręce w mgnieniu oka puchły. Najgorzej było na tej długiej prostej przed metą, kiedy trzeba było jeszcze dołożyć. I inni dokładali, a człowiek pływał w skrajnym zmęczeniu - opowiadała Jaśkowiec.
Mówiła, że czuła zapach medalu, ale... - Było blisko. Ludzie krzyczą, podają różne informacje, to się czuje. Ale kiedy odcina ci prąd, to nie jesteś w stanie nic zrobić. W momencie kiedy człowiek nie może wyrwać do przodu i ma świadomość, że te cenne sekundy uciekają, to jest to trudne. Ale ja z tego piątego miejsca bardzo się cieszę. To są igrzyska, tutaj startują najlepsi na świecie - podkreślała.
Kowalczyk robiła, co mogła. W eliminacjach na swoich zmianach jak szalona odrabiała straty, ostatecznie przybiegła na drugim miejscu. W finale też stawała na głowie, ale nawet ona nie może wszystkiego. - Dały mi te zawody bardzo mocno w kość. Na ostatnim podbiegu, gdy zobaczyłam, że nie ma szans na medal - nie biegłam przecież z juniorkami - to może nie odpuściłam, ale przestałam biec na 140 procent. Zresztą gdyby zsumować moje czasy, to nad drugą zawodniczką miałabym pół minuty przewagi - stwierdziła narciarka z Kasiny.
Wczoraj znów testowała granice swojej wytrzymałości. W eliminacjach pobiegła bez środków przeciwbólowych, które pozwalają jej biegać ze złamaną kością stopy. Pobiegła, jak się wyraziła, na żywca, choć doktor Stanisław Szymanik sugerował inne rozwiązanie. Kiedy schodziła z trasy na półmetku zawodów, lekarz spytał, czy wszystko w porządku. Kiwnęła potakująco głową, on się znacząco uśmiechnął.
- A ja potem usiadłam, ściągnęłam buty i już nie mogłam wstać. I trzeba było wziąć znieczulenie. Lekarze jednak zawsze mają rację - śmiała się później Justyna.
Sprinterska sztafeta to była dla naszych zawodniczek nowość. Dla Jaśkowiec tym większa, że ona specjalizuje się w technice łyżwowej. O swoim klasyku nie ma najlepszego zdania.
- A ja muszę ją pochwalić. O ile w eliminacjach była troszkę spięta, o tyle w finale dawała radę - mówiła Kowalczyk. - Trener Hudac i Sylwia mieli obawy, czy uda się awansować do finału, a my tutaj zostawiłyśmy z tyłu wielkie tuzy sprintu.
Przed nimi też były gwiazdy. Wygrały ze sporą przewagą Norweżki z Marit Bjoergen (drugie złoto w Soczi), przed Finkami i Szwedkami. W zawodach nie wystartowały Ukrainki, spekulowano, że z powodu sytuacji w ich kraju. Powód był jednak bardziej prozaiczny - jedna z nich tuż przed startem nabawiła się kontuzji.
- Rozmawiałam z Walą Szewczenko (ukraińska narciarka - red.), ale nie mówiła nic na temat wydarzeń na Ukrainie - powiedziała Kowalczyk. - My jesteśmy od sportu i nasze przesłanie życia jest takie, żeby nie było walk.
Przed nią jeszcze tylko jeden start na tych igrzyskach. W sobotę pobiegnie na 30 km techniką dowolną.
@RY1@i02/2014/035/i02.2014.035.00000160b.802.jpg@RY2@
AP
Justyna Kowalczyk znów testowała granice swojej wytrzymałości
Przemysław Franczak
Soczi
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu