MKOl narzeka na brak atmosfery, ale kibice bawią się świetnie
Po tygodniu spędzonych na igrzyskach w Soczi najwyższy czas wybrać się do, hm... Soczi. Centrum największego letniego kurortu Rosji dzieli od serca imprezy 50 minut jazdy pociągiem.
Na stacji skanery, bramki, czujniki mierzące temperaturę i wykrywające materiały radioaktywne. Kilkanaście stanowisk, kilkadziesiąt osób ochrony. Bramka nie pisnęła, ale ochroniarz i tak każe rozłożyć ręce i sprawdza, czy w rękawach, nogawkach, pod paskiem nie wnosisz czegoś podejrzanego. - Wsio w pariadkie.
Wychodzimy na lśniący nowością peron.Wsiadamy do "Łastoczki", czyli jaskółki. Kursuje po wybudowanej na igrzyska trasie, łączącej centrum Soczi z olimpijskim parkiem i Krasną Polaną. W założeniach miała jeździć szybciej, 100 km/h, ale nie przekracza 70 km/h. Chwilami snuje się jak się polskie podmiejskie pociągi. - Podobno w pośpiechu źle ułożono tory - uśmiecha się siedzący obok Oleg, wolontariusz.
Wysiadamy. W słońcu gorąco. Trudno uwierzyć, że to miejsce jest gospodarzem zimowych igrzysk. Mijamy strefę kibica i największy oficjalny olimpijski sklep. Pustki. Soczi robi wrażenie miasta igrzysk bez igrzysk. W Londynie też był zamknięty olimpijski park, ale wiele konkurencji przeprowadzanych było w centrum miasta, pojawiały się na nich tłumy. Soczi wyeksportowało igrzyska z centrum i na razie traci na tym dwa razy. I tu, i tam. Inna sprawa, że mogły decydować o tym względy bezpieczeństwa. Na zamkniętym terenie, przy mniejszym rozproszeniu zawodów, łatwiej wszystko kontrolować.
Przy dworcu wije się długa kolejka po bilety, ale nie kolejowe, tylko po wejściówki na zawody. Z nimi transport do parku olimpijskiego jest za darmo. Frekwencja nie jest jednak zadowalająca. Na zjeździe mężczyzn, jednej z najbardziej prestiżowych konkurencji igrzysk, na trybunach było sporo wolnych miejsc.
Ale też kibice nie mają łatwo. Nie tylko ze we względu na odległości (z centrum Soczi na Krasną Polanę, gdzie rozgrywane są m.in. skoki, trzeba jechać półtorej godziny, a potem jeszcze dotrzeć na miejsce zawodów). I nie wystarczy bilet. Trzeba wyrobić sobie specjalny identyfikator ze zdjęciem, skanowany przy każdej kontroli. - W specjalnym punkcie staliśmy po nie w kolejce przez dwie godziny - opowiada Jerzy Socała z Warszawy, który przyjechał do Rosji z całą grupą ludzi. Akurat wychodzili z parku olimpijskiego i spieszyli się na zawody na Krasną Polanę.
Na szyjach mają zawieszone identyfikatory ze zdjęciem. - Będzie pamiątka - mówią wszyscy.
Te olimpijskie paszporty, jak nazywają je Rosjanie, to nowość na igrzyskach. Wcześniej nikt takich nie stosował. Wiadomo, bezpieczeństwo przede wszystkim.
Procedury są sztywne. Z perspektywy dziennikarza wygląda to tak: najpierw gruntowna kontrola przy wejściu do biura prasowego. Gdy wsiadasz do autobusu, który ma cię zawieźć na dowolne zawody, twoja akredytacja sprawdzana jest za pomocą specjalnego czytnika. Okien nie można otwierać, wszystkie zaklejone są banderolami. Przed odjazdem pieczętuje się nimi także drzwi, po to, żeby na punkcie kontrolnym przy wjeździe na miejsce zawodów widać było, że po drodze do wozu nie wsiadł nikt niepowołany. Ale i tak wszyscy są znowu sczytywani, a podwozie i dach autobusu sprawdzany lusterkami na wysięgnikach. I tak za każdym razem.
- Kontrole są na każdych igrzyskach, więc tego można było się spodziewać. Dzięki temu czujemy się bezpiecznie, a to dla nas jest najważniejsze - podkreśla Kamil Stoch. Sportowców te procedury także obowiązują.
Przemysław Franczak,
Soczi
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu