Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Samorząd terytorialny i finanse

Wszystkie nasze przedszkolaki kochane, choć drogie

Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Gminy dopłacają do przedszkoli niepublicznych niemałe kwoty. Nie mają jednak żadnego wpływu na jakość usług placówek ani wysokość czesnego. I dobrze - ripostują przedstawiciele niepublicznych

- Czekamy na nowelizację ustawy, która może sprawić, że dofinansowanie do placówek niepublicznych wynosiłoby 100 proc., czyli na jedno dziecko w takiej placówce płacilibyśmy tyle, ile kosztuje nas utrzymanie malca w naszym samorządowym przedszkolu - mówi wiceprezydent Gdyni Ewa Łowkiel. Zastanawia się jednak, czy takie rozwiązanie satysfakcjonowałoby organizatorów niepublicznych placówek.

Samorząd dopłaca

Zgodnie z obowiązującą dzisiaj ustawą o systemie oświaty z 7 listopada 1991 r. (t.j. Dz.U. z 2004 r. nr 256, poz. 2572 z późn. zm.) dotacja z gminy dla przedszkoli niepublicznych musi wynosić nie mniej niż 75 proc. kosztów utrzymania dziecka w placówce prowadzonej przez samorząd. Zwłaszcza w dużych miastach kwoty są niebagatelne.

- Warszawa dopłaca do 294 przedszkoli niepublicznych i 108 punktów przedszkolnych. Rocznie to wydatek ponad 120 mln zł. Kwota dopłat na jednego przedszkolaka w niepublicznej placówce to prawie 612 zł. W przypadku dziecka niepełnosprawnego może sięgać nawet 3,7 tys. zł - słyszymy w biurze prasowym miasta.

Podobnie procentowo kształtują się opłaty w większości miast i gmin.

- Stosujemy ustawową dopłatę, czyli 75 proc. tego, co wydajemy na dzieciaki w naszych trzech przedszkolach gminnych - potwierdza burmistrz Rabki Ewa Przybyło. Budżet gminy to 47 mln, a na trzy gminne przedszkola samorząd wydaje 2 mln złotych. - Ale nie ograniczamy tworzenia prywatnych placówek. Przeciwnie, zachęcamy do zakładania nowych. Są potrzebne - mówi burmistrz.

Jednymi z najwyższych dotacji na jedno dziecko w przedszkolu niepublicznym na Mazowszu chwali się Piaseczno.

- Miesięcznie na każde dziecko w placówce niepublicznej płacimy 666,5 zł. Co w skali budżetu na 2013 r. wynosi 23 mln zł i stanowi 9 proc. gminnych dochodów - informuje Krzysztof Kasprzycki, asystent burmistrza miasta zajmujący się m.in. sprawami edukacji w gminie. Dodaje, że liczba przedszkoli niepublicznych, które rejestrują się w piaseczyńskiej ewidencji, rośnie.

- Powstaje dużo nowych osiedli, jest coraz więcej dzieci, potrzeby przedszkolne są coraz większe - wylicza Kasprzycki. Teraz na terenie gminy jest 39 prywatnych przedszkoli i cztery punkty przedszkolne, które dostają ustawową dotację w kwocie równej 75 proc. kosztów utrzymania dziecka w placówce samorządowej.

Niektóre samorządy poszły jednak dalej i większymi kwotami wspierają niepubliczne przedszkola. Rada miasta w Krakowie podjęła dwa lata temu uchwałę, zgodnie z którą dotacja dla prywatnych placówek wynosi 85 proc. kosztów utrzymania dzieci w samorządowych placówkach.

- W ubiegłym roku był nawet projekt, by tę dotację jeszcze podnieść, ale z powodu kryzysu pomysł przepadł - mówi Katarzyna Fiedorowicz z biura prasowego urzędu miasta. Samorządowcy z Krakowa tłumaczą, że wszystkie dzieci są nasze. A ponieważ miejsc w krakowskich przedszkolach nigdy dość, wszystkie placówki powinny być traktowane jednakowo - przekonują radni. W Krakowie jest 118 przedszkoli gminnych i 128 placówek niepublicznych, które dostają dotacje od samorządu. Statystycznie do przedszkoli dostaje się ponad 80 proc. dzieci.

Nie mają zazwyczaj problemu z przedszkolami małe gminy. Nie muszą więc także wypłacać dotacji. Ale i budżet mają mniejszy.

- Przyjmujemy całą populację 3-, 4- i 5-latków. Sześciolatki chodzą zazwyczaj do szkoły - mówi wójt Przykony Mirosław Broniszewski. Dodaje, że w gminie jest jedno przedszkole samorządowe, które na razie wystarcza. Z analizy wynika, że zapotrzebowania na prywatne, ani nawet chętnych na ich założenie nie ma. - Ale już w sąsiednim, Turku są dwie takie niepubliczne placówki. Większy ośrodek, dzieci więcej, większe potrzeby. A może i od nas niektórzy rodzice tam właśnie dowożą dzieci - mówi wójt Broniszewski.

Pieniądze nie dla każdego

Na dotacje nie mogą jednak liczyć wszystkie niepubliczne placówki. Aby ją dostać, przedszkole czy punkt przedszkolny (ten działa zazwyczaj krócej albo czasami nie we wszystkie dni tygodnia) muszą być wpisane do gminnej ewidencji szkół i placówek niepublicznych. Wiąże się to ze spełnieniem m.in. wymogów sanepidu, kuratorium oświaty, straży pożarnej. Z dotacji nie mogą skorzystać tzw. klubiki.

Niektóre samorządy zachęcają właścicieli niepublicznych placówek, by postarały się o wpis do gminnej ewidencji.

- Siostry zakonne prowadziły u nas tzw. ochronkę. Podpowiedzieliśmy, by zgłosiły działalność do sanepidu, dopełniły innych formalności. I teraz mają już niepubliczne przedszkole, do którego gmina dopłaca - mówi burmistrz Rabki.

Wszystkie zarejestrowane placówki dostają takie same dotacje. Nie ma przywilejów dla tych, które powstają w miejscach, gdzie są wyjątkowo duże potrzeby, np. na warszawskiej Białołęce. Ale tutaj radzi sobie rynek. Niepubliczne placówki powstają jak grzyby po deszczu. Początkowo były to klubiki. Teraz coraz więcej jest pełnoprawnych, zarejestrowanych przedszkoli, które dostają dotacje z miasta.

Niezbędna kontrola

Dopłaty samorządów do niepublicznych placówek budzą kontrowersje - i to obu stron. - Miasto, wypłacając dotacje przedszkolom niepublicznym, nie ma wpływu na jakość świadczonych w nich usług. Takich uprawnień nie daje ustawa o systemie oświaty ani żaden inny akt prawny - słyszymy w stołecznym biurze prasowym. To sucha i spokojna informacja. Ale są samorządowcy, którzy bardziej się burzą.

- Dajemy gminne pieniądze, a nie mamy żadnego wpływu ani na to, co dzieje się w przedszkolu, ani na czesne, które placówka pobiera od rodziców - mówi wiceprezydent Gdyni Ewa Łowkiel. Twierdzi, że to dla niepublicznych placówek czysty biznes. Dostają pieniądze, a oprócz tego pobierają niemałe kwoty od rodziców. Dla przykładu w stolicy opłata za pobyt dziecka w niepublicznej placówce to np. 1,2-1,5 tys. zł.

- Ale w tym jest już wszystko: rytmika, plastyka, języki obce, zajęcia umuzykalniające, tańce i oczywiście posiłki z deserami - mówi mama trzylatki z jednego z warszawskich przedszkoli.

Szefowa Stowarzyszenia Przedszkoli Niepublicznych (dalej SPN) Marta Zbrzeska dodaje, że w samorządowych placówkach wszystkie te dodatkowe zajęcia są oddzielnie płatne. - Więc może te opłaty nie są zbyt wygórowane, jeśli policzyć je porównawczo - dodaje. Samorządowcy wysuwają jednak jeszcze jeden argument dotyczący profitów dla niepublicznych placówek. - Osoby nie są tam zatrudniane na podstawie karty nauczyciela, a to zdecydowanie obniża koszty utrzymania personelu - mówi Krzysztof Kasprzycki. - Ale publiczne placówki nie ponoszą kosztów wynajmu lokalu lub dzierżawy nieruchomości, które generują bardzo duże koszty - ripostuje prezes Zbrzeska.

Jak będą w przyszłości finansowane niepubliczne placówki, jeszcze nie wiadomo. Wiadomo jednak, że pomysł 100-procentowej dotacji w zamian za wyrównanie czesnego do poziomu placówek publicznych, nie wywołuje entuzjazmu u właścicieli przedszkoli prywatnych. W Krakowie był taki pomysł. Zgłosiły się do niego dwie niepubliczne placówki. Jedna z nich szybko się wycofała.

- To są przedsiębiorstwa, wszystko trzeba przeliczyć, trzeba się utrzymać, a jednocześnie zapewnić godziwą i wysokiej jakości opiekę nad dziećmi - mówi zakonnica prowadząca jedną z niepublicznych placówek na Mazowszu. Dodaje, że u niej czesne jest niskie, wynosi niespełna 500 zł. - Ale to przedszkole duże, takiemu łatwiej się utrzymać, łatwiej zbilansować koszty. A poza tym to także kwestia zakonnej misji. Trudno wyrokować o kondycji finansowej innych placówek dla maluchów.

Wiceprezydent Gdyni twierdzi wprost, że chętnych na nowe uzgodnienia dotyczące 100-proc. dotacji i zrównania czesnego nie będzie. - A szkoda, bo to, co dzieje się dzisiaj, to marnotrawienie państwowych pieniędzy - twierdzi Ewa Łowkiel. Szefowa SPN uważa natomiast, że gmina nie powinna mieć wglądu w niepubliczne przedszkola. - Mamy nadzór kuratorium, sanepidu, straży pożarnej. Po co jeszcze gmina? - pyta prezes Zbrzeska. I dodaje, że najlepiej, by ustawowych zapisów nie zmieniać. - Niech gmina wywiązuje się z ustawy i nie przeszkadza. Już teraz konkurencja w placówkach, i to nie tylko prywatnych, jest coraz większa. Więc ceny też będą coraz bardziej zróżnicowane, coraz niższe. To rodzice zdecydują, gdzie posłać malca. A konstytucja mówi o równości dzieci. Wszystkie są obywatelami, wszystkim należy się finansowe wsparcie - mówi Marta Zbrzeska. Stowarzyszenie wysłało właśnie apel do rządu i prezydenta w sprawie planowanej noweli do ustawy twierdząc m.in., że utrzymanie placówek niepublicznych jest paradoksalnie tańsze niż tych, które podlegają samorządom.

Monika Górecka-Czuryłło

monika.gorecka@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.