Dla miasta 10 lat to naprawdę niewiele
Im dalej od polityki krajowej, tym lepiej dla jakości życia mieszkańców - uważa Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni
Samorządami w ostatnim roku zajęła się wielka polityka... Jak ma zmienić się ustrój samorządów i jak Pan ocenia te zmiany?
Wielka polityka zajmuje się samorządami od dawna i niestety samorządom rzadko to służy. Od wielu lat z niepokojem, a czasem i z niesmakiem, obserwuję postępującą tendencję centralizacji państwa. Aksjologicznie oceniam to negatywnie - jako sprzeczne z podstawową zasadą pomocniczości oraz idei samodzielności i niezależności samorządów opisanymi tak zarówno w polskiej konstytucji, jak i w prawie europejskim. Jeszcze gorzej widzę to w ujęciu praktycznym.
Od niedawna natomiast obserwuję w wielkiej polityce nie tylko silną intensyfikację procesu, o którym mówiłem przed chwilą, lecz ponadto groźne w skutkach - nie tylko dla samych gmin, powiatów czy województw, ale w ogóle dla życia publicznego i kondycji społeczeństwa obywatelskiego - zjawisko podrywania zaufania społeczeństwa do samorządu i personalnie do samorządowców. W wojnach partyjnych umykają ważkie problemy mieszkańców oraz zaburzona zostaje ocena wielu zdarzeń. Dla mieszkańców zaś im dalej od polityki krajowej, tym lepiej dla jakości życia.
Spory niepokój wywołały zmiany w kadencji (zarówno dwukadencyjność, jak i wydłużenie kadencji). Zaczną obowiązywać de facto za 10 lat, ale dla samorządu to chyba nie jest bardzo długa perspektywa. Jak dwukadencyjność wpłynie na strategię i zarządzanie lokalnymi sprawami?
Słuszna teza. 10 lat w myśleniu strategicznym o rozwoju miasta to naprawdę krótko. Dlatego wydłużenie kadencji nie jest złe, ale już ograniczenie liczby kadencji to kiepski pomysł. Nie mówię tego na podstawie własnego, subiektywnego osądu, ale czerpiąc wiedzę z opisanych doświadczeń innych narodów, w tym znanych z pragmatyzmu Amerykanów, którzy pod wpływem negatywnych zjawisk zrezygnowali z tego rozwiązania. Zaobserwowali, że w takim systemie pierwsza kadencja służyła głównie głoszeniu wśród fajerwerków pomysłów na dobry wynik wyborczy w kolejnych wyborach, a druga była już raczej czasem na... szukanie dobrej pracy po zakończeniu urzędowania. Tyle pragmatyka, wystarczająco przekonująca. Pozostają jeszcze argumenty filozoficzno-prawne, które trudno mi ignorować, biorąc pod uwagę moje wykształcenie oraz doświadczenia opozycyjne i z czasu transformacji ustrojowej. Zastanawiam się, dlaczego rządzący chcą ograniczać wolność wyborców.
A kwestia pieniędzy? Czy samorządy mają wystarczające wsparcie finansowe "centrali", żeby móc wykonywać scedowane na nie zadania? Jak sobie radzą?
W tej sprawie mamy problem na wielu poziomach. Od lat finansowanie zadań zleconych jest niewystarczające, poniżej kosztów ich realizacji. Ustrój dochodów własnych jest z kolei nieadekwatny do struktury zadań własnych. Wreszcie, nawet gdyby było wystarczająco dużo pieniędzy, wiążą nas bardzo ścisłe rygory ich wydawania. Mam na myśli nie tylko dyscyplinę finansów publicznych, lecz również mało elastyczne formy wydatkowania tych środków. Kto powiedział, że najefektywniej zagospodarujemy środki dla bezrobotnych tylko w PUP-ach, a dla potrzebujących koniecznie w MOPS-ach? Takie przykłady można mnożyć. Koronnym jest oczywiście edukacja, ze świecą szukać samorządu, który do niej nie dokłada. Gdy wiele lat temu samorządom nakazano dostarczać lokale socjalne eksmitowanym, nikt nie zastanowił się, z czego to sfinansują - a to grube miliony. Na zadania zlecone dostajemy od wojewodów mniej, niż kosztuje ich obsługa, choćby na wydawanie dowodów osobistych. Nie wyobrażamy sobie jednak, że moglibyśmy obniżyć poziom serwisu i rozczarować mieszkańców.
@RY1@i02/2018/108/i02.2018.108.21400020b.801.jpg@RY2@
fot. Mat. prasowe
Rozmawiał Maciej Weryński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu