W samorządowej polityce niezależność to przeżytek
SYSTEM LICZENIA GŁOSÓW sprawia, że inicjatywy obywatelskie nie mają szans w starciu z ugrupowaniami. Aby mieć wpływ na lokalną politykę, trzeba wpisać się na listę partyjną
Niezależne komitety wyborcze przegrywają walkę z partiami politycznymi. W każdych kolejnych wyborach jest ich coraz mniej. W 2002 r. PKW zarejestrowała ich 26 tys., w tym tylko 12 tys. po zmianie ordynacji wyborczej w 2002 r. Samorządowcy przekonali się, że komitety niezależne od najsilniejszych ugrupowań politycznych nie są w stanie odgrywać poważnej roli w lokalnej polityce. System liczenia głosów metodą d’Hondta, który promuje duże komitety, spowodował, że niezależni kandydaci dołączają do partii politycznych.
Jaskrawo przedstawiają to liczby. W tegorocznych wyborach PKW zarejestrowała 12 565 komitetów. To najniższy wynik od 2002 r., gdy było ich 27 074.
Stała pozostaje tylko liczba komitetów partyjnych. W tym roku do PKW zgłosiło się ich 25 - tylko o 4 więcej niż w poprzednich wyborach i o 1 więcej niż w 2002 r.
O tym, jak partyjne machiny pożerają niezależnych radnych, świadczy przykład z Opola. Pod koniec zeszłego roku w tamtejszej radzie miasta dwie niezależne radne: Marzena Kawałko i Halina Ligwińska-Talik, przeszły do klubu PO, zaś ich trzech kolegów - m.in. Paweł Jaki - do PiS. Stało się to po tym, jak rozpadł się klub Stop Korupcji, do którego wszyscy należeli.
- O przejściu do PiS zadecydowała zbieżność poglądowa, wywodzimy się z Młodych Konserwatystów - tłumaczy Paweł Jaki.
Podobnie było dwa lata temu w Gorzowie Wielkopolskim, kiedy z hukiem rozpadła się sejmikowa koalicja PO-PiS-PSL. Sojusz Platformy i ludowców nie miał w sejmiku większości, więc zaczął przyciągać radnych niezależnych - wcześniej związanych z Samoobroną. W efekcie Ireneusz Ganczar, Lech Kowsz i Maciej Nawrocki, którzy wcześniej nosili biało-czerwone krawaty, szybko zrezygnowali z niezależności i zgłosili się po legitymacje członkowskie PO.
Inną niezależną inicjatywę zawiązało siedmioro poznańskich strażaków. Założyli oni grupę "Koniec lania wody", która domaga się poprawy sytuacji służb ratowniczych. Mieli wystartować samodzielnie, ale większe szanse na wejście do rady miejskiej dała im lista partyjna. Z przyjemnością przygarnął ich SLD.
Paweł Jaki przyznaje, że w miastach nie opłaca się być niezależnym.
- Wyborcy zwracają tam uwagę na barwy polityczne, a niekoniecznie na konkretnych kandydatów - mówi.
Zgadza się z nim socjolog dr Krzysztof Łęcki. - Małe komitety wyborcze wiedzą, że nieobecni nie mają racji, stąd taka podatność na pokusy partii - przyznaje.
Zdaniem prof. Michała Kuleszy, autora reformy samorządowej, jedynym sposobem odpartyjnienia samorządów jest wprowadzenie większościowego systemu liczenia głosów.
- Dawałby on szanse mniejszym komitetom - uważa profesor.
@RY1@i02/2010/207/i02.2010.207.000.007a.001.jpg@RY2@
Fot. Radek Pasterski/Fotorzepa
Prof. Kulesza: Konieczna jest ordynacja większościowa
Tomasz Żółciak
tomasz.zolciak@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu