Świat się skomplikował
Wciąż wzdychamy, wspominając wysoką jakość kodeksu Makarewicza. Ale rzeczywistość się skomplikowała i powrót do aktu sprzed osiemdziesięciu lat, nawet najlepiej napisanego, jest niemożliwy
Wprowadzonych w naszym kraju dyskusjach i rozważaniach na temat tworzenia przepisów karnych, często spotkać się można z wyrazami podziwu dla pierwszego polskiego kodeksu karnego z 1932 r., zwanego też potocznie od nazwiska jego głównego twórcy kodeksem Makarewicza. Akt ten chwalony był za swoją jasność, zwięzłość i syntetyczność sformułowań zarówno przepisów części ogólnej, jak i części szczególnej. Te jego zalety widoczne były zwłaszcza gdy zestawiano go z jego poprzednikami, tj. kodeksami karnymi obowiązującymi jeszcze długo po odzyskaniu niepodległości w poszczególnych regionach II Rzeczpospolitej na ziemiach byłego zaboru austriackiego, pruskiego i rosyjskiego.
Zastanawiając się nad odpowiedzią na pytanie, czemu kodeks ten zawdzięczał swój znakomity poziom, na pewno warto zajrzeć do protokołów obrad Komisji Kodyfikacyjnej (Sekcji Prawa Karnego) z lat 20. ubiegłego wieku. Zwraca tam uwagę bardzo wysoki poziom dyskusji nad poszczególnymi zagadnieniami, solidne uzasadnianie przedstawianych propozycji, zwłaszcza przez prezentowanie zestawień prawnoporównawczych.
Wykorzystywanie informacji o uregulowaniach poszczególnych instytucji prawnokarnych w ustawodawstwach innych państw było, nawiasem mówiąc, czymś zupełnie naturalnym w ramach prac gremium opracowującego projekt jednolitego kodeksu karnego dla kraju, w którym przejściowo obowiązywało tych kodeksów kilka. Metoda prawnoporównawcza narzucała się więc sama ze względu na zastaną sytuację prawną. Ale członkowie komisji nie ograniczali się do jej stosowania w tak wąskim zakresie, lecz sięgali do danych o uregulowaniach prawnokarnych obowiązujących w innych państwach, zwłaszcza europejskich.
Od strony formalnej kodeks karny z 1932 r. nie był ustawą, lecz rozporządzeniem prezydenta RP z mocą ustawy. Nie przeszedł więc przez całą, przewidzianą dla ustaw, procedurę parlamentarną. Nie pracowano nad jego projektem w komisjach sejmowych ani senackich, nie zgłaszano poprawek. Nie głosowano też nad nim, oczywiście, na posiedzeniach plenarnych izb polskiego parlamentu. I nie zaszkodziło to jego jakości.
A przecież w teorii prawa karnego podkreśla się, że powinno być ono tworzone w formie ustaw, w sposób maksymalnie jawny, co umożliwia społeczną kontrolę nad samym procesem. Przede wszystkim zaś umożliwia wpływ szerszego grona osób, pochodzących z demokratycznych wyborów, na końcowy rezultat. Czyżby więc te zasady i postulaty dotyczące legislacji w zakresie prawa karnego były nietrafne? Może rację mają ci, którzy pół żartem, pół serio twierdzą, że cały ciężar przygotowania dobrego kodeksu karnego spoczywa najpierw na komisji kodyfikacyjnej, a następnie na ministrze sprawiedliwości, który musi czuwać nad tym, by posłowie i senatorowie tego projektu w trakcie prac legislacyjnych nie popsuli.
Osobiście sądzę, że jednak tak nie jest. To, że mimo mniej demokratycznego trybu powstania i wprowadzenia w życie kodeks karny z 1932 r. okazał się wybitnym dziełem legislacyjnym, nie znaczy przecież, że to właśnie taki tryb zapewniłby za każdym razem podobny sukces.
Powiedziałbym, że mieliśmy w tym przypadku trochę szczęścia. Przecież gdyby Sekcja Prawa Karnego Komisji Kodyfikacyjnej nie składała się z ludzi wybitnych w swojej dziedzinie, może jednak przygotowany przez nią projekt zyskałby na przepuszczeniu przez zwykły parlamentarny mechanizm tworzenia prawa.
To zresztą w pewnym stopniu zależy od tego, o jakiej części kodeksu karnego mówimy. Są w każdym kodeksie uregulowania dotyczące przede wszystkim zasad odpowiedzialności karnej (np. definicji zamiaru albo karalności form stadialnych), które powinny być zaprojektowane przez ekspertów. I chociaż mogą być zmieniane w drodze zgłaszanych w Sejmie lub w Senacie poprawek, to jednak jest to dosyć ryzykowne.
Inaczej jest w odniesieniu do tych zagadnień, przy których sam pomysł zmiany przepisu karnego, np. zaostrzenie lub złagodzenie zagrożenia karą czy wprowadzenie nowego typu przestępstwa, nie wymaga specjalnej wiedzy z zakresu prawa karnego (chociaż powinna mu towarzyszyć dokonana szczególnie starannie analiza). Dlatego tworzenie specjalnych podkomisji i komisji sejmowych zajmujących się zmianami w kodyfikacjach z pewnością jest trafnym podkreśleniem znaczenia takich działań.
Ale wróćmy do kodeksu karnego z 1932 r. Gdy w latach 90. ubiegłego wieku prowadzono prace nad obecnie obowiązującym kodeksem karnym, usłyszałem w rozmowie z jednym z kolegów profesorów prawa karnego propozycję: "A może po prostu przywróćmy moc obowiązującą przedwojennego kodeksu karnego, skoro go tak zawsze chwalimy?". Ten pomysł nie był nigdy zgłoszony publicznie i nie wywołał żadnej dyskusji. Mój rozmówca też chyba nie upierałby się, że to propozycja przemyślana. Po prostu świat się przez te sześćdziesiąt lat bardzo zmienił. I, jak mówili już starożytni filozofowie, nie można wstąpić po raz drugi do tej samej rzeki.
Widać to od razu, gdy zajrzymy do tekstu kodeksu Makarewicza i zauważymy, że np. nie ma w nim przepisu o przestępstwie spowodowania wypadku komunikacyjnego. A w aktualnym kodeksie karnym mamy cały obszerny rozdział zatytułowany "Przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu w komunikacji". Przedwojenny kodeks nie zawierał też żadnych przepisów o przestępstwach przeciwko środowisku, zajmujących tak wiele miejsca w aktualnie obowiązującym akcie. Profesor Makarewicz i jego koledzy nie uważali, że bezpieczeństwo w komunikacji, zwłaszcza drogowej, wymaga zamieszczenia w kodeksie karnym wielu precyzyjnie sformułowanych przepisów nastawionych na jego ochronę. Pojęcia "ochrona środowiska naturalnego" w ogóle nie znali, i nie widzieli takiego problemu, zapewne dlatego, że go jeszcze nie było.
Te przykłady są łatwe, rzucające się w oczy, i mogły być użyte jako argumenty przeciwko prostemu przejęciu starego kodeksu już dwadzieścia lat temu. Ale można się zastanawiać nad tym zagadnieniem z perspektywy aktualnego stanu prawnego w prawie karnym. Czytając obowiązujący tekst kodeksu karnego z 1997 r., nietrudno zauważyć, że zakres czynów karalnych jest dziś znacznie większy niż w 1932 r. i niż w 1998 r., kiedy to przywołane regulacje weszły w życie. To rozszerzenie szczególnie rzuca się w oczy w dziedzinie seksualnej i w sferze wolności. Jeśli spojrzymy na przepisy dotyczące zjawiska pedofilii w szerokim znaczeniu tego pojęcia, zobaczymy, że obejmują one grupę czynów , których prawnicy układający kodeks karny z 1932 r. nawet nie próbowali kryminalizować. Porównajmy przepisy tego kodeksu w tej sferze z przepisami obecnie obowiązującymi. Różnica jest uderzająca.
Można zapytać, czy inna była rzeczywistość, pedofilia nie była zjawiskiem tak groźnym jak teraz, czy też po prostu ani profesor Juliusz Makarewicz, senator Rzeczpospolitej Polskiej z ramienia Chrześcijańskiej Demokracji, ani profesor Emil Stanisław Rappaport ( którego stosunku do spraw religii nie znam, ale raczej obstawiałbym, że nie był chadekiem) tak wysokiego stopnia niebezpieczeństwa tego zjawiska po prostu nie zauważyli.
Myślę, że znaczenie miały obydwa te czynniki. Chyba jesteśmy dziś bardziej uwrażliwieni na ewentualną krzywdę dzieci, a z drugiej strony w erze internetu możliwości wyrządzenia dziecku szkody w sferze seksualnej są niepomiernie większe. W porównaniu z kodeksem karnym z 1932 r. szersze zakresowo i bardziej skomplikowane są także aktualne przepisy karne chroniące wolność jednostki, np. art. 190a kodeksu karnego o uporczywym nękaniu. Oczywiście uporczywie nękać inną osobę można było również w latach 30. ubiegłego wieku. Ale współczesne możliwości techniczne, związane z istnieniem internetu i telefonii komórkowej, ułatwiają takie nękanie w stopniu dawniej niewyobrażalnym. To samo można powiedzieć o przestępstwie z art. 191a k.k. (utrwalanie lub rozpowszechnianie wizerunku nagiej osoby bez jej zgody).
Rzeczywistość jest po prostu bardziej skomplikowana i powrót do kodeksu karnego sprzed osiemdziesięciu lat, nawet najlepiej napisanego, jest niemożliwy.
Może rację mają ci, którzy pół żartem, pół serio twierdzą, że cały ciężar przygotowania dobrego kodeksu karnego spoczywa najpierw na komisji kodyfikacyjnej, a następnie na ministrze sprawiedliwości, który musi czuwać nad tym, by posłowie i senatorowie projektu nie popsuli
@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.07000040a.801.jpg@RY2@
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Kodeks karny z 1932 r. zyskał potoczne miano od nazwiska głównego twórcy, prof. Juliusza Makarewicza
@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.07000040a.802.jpg@RY2@
prof. Lech Gardocki pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010
prof. Lech Gardocki
pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu