Komu szkodzi nieznajomość prawa?
Od czasów starożytnych trochę złagodnieliśmy, ale wciąż warto, by obywatele wiedzieli, za co może im grozić odpowiedzialność karna
Na pytanie, czy nieznajomość prawa szkodzi, jak to głosi zasada, którą w postaci łacińskiej paremii (Ignorantia iuris nocet ) można znaleźć już w prawie rzymskim, usłyszałem kiedyś z ust jednego z moich kolegów akademickich odpowiedź, że na pewno szkodzi studentom prawa na egzaminie.
Ta dowcipna uwaga przypomina mi się zawsze, gdy w czasie egzaminu z prawa karnego natrafiam na studenta, który jest wyraźnie nieprzygotowany, ale gorączkowo usiłuje coś wymyślić. I robi to na podstawie potocznego znaczenia pewnych wyrazów, np. na pytanie o obronę konieczną mówi mi bardzo ogólnie, że chodzi o sytuację, kiedy jeden człowiek zostanie napadnięty przez drugiego i się broni. A przestępstwo fałszywych zeznań polega na tym, że ktoś kłamie przed sądem, natomiast z dezercją mamy do czynienia wtedy, gdy żołnierz ucieka z wojska. Krótko mówiąc udziela odpowiedzi, której udzielić mógłby również student matematyki albo moja dozorczyni.
Z mojej praktyki egzaminacyjnej za rekordzistę na tym polu uważam studenta, który zapytany o pojęcie niepoczytalności w prawie karnym, wyraźnie nie znał poprawnej odpowiedzi, ale walczył do końca, mówiąc z poważną miną, że "niepoczytalny...niepoczytalny, to jest, wie pan, no to jest po prostu wariat!". Na to nie mogłem inaczej zareagować jak poinformować go, że to jest po prostu odpowiedź na dwójkę, więc egzamin jest oblany, bo jak wiadomo, na studiach (odmiennie niż w szkole) jedynek się nie stawia.
Kwestia intuicji
Ale zostawmy ten świat anegdot egzaminacyjnych i przejdźmy do spraw poważniejszych, tzn. do pytania, jak to jest z tą nieznajomością prawa w kontekście ewentualnej odpowiedzialności karnej. Tu najpierw warto się zastanowić, jak to jest w Polsce generalnie ze znajomością prawa. Każdy normalny obywatel wie, rzecz jasna, że przestępstwem są zabójstwo, kradzież, rozbój, zgwałcenie, czyli od wieków znane przestępstwa pospolite. Wie też, że odpowiedzialność karna grozi za spowodowanie wypadku drogowego, ale już nie każdy wie, czy wypadek drogowy traktowany jest jako przestępstwo także wtedy, gdy jego skutkiem jest tylko poważna szkoda w cudzym mieniu (tak było w kodeksie karnym z 1969 r. ), czy też w takim przypadku grozi tylko odpowiedzialność za wykroczenie albo, czy sprawcą przestępstwa spowodowania wypadku może być tylko kierowca pojazdu, czy także pieszy przechodzący przez jezdnię.
Podobnie jest przy przestępstwach gospodarczych. Sądzę, że większość obywateli nie ma pojęcia o istnieniu art. 306 kodeksu karnego, który zabrania pod groźbą kary usuwania, podrabiania lub przerabiania znaków identyfikacyjnych, daty produkcji lub daty przydatności towaru lub urządzenia. To znaczy, pewnie prawie każdy zapytany o to odpowiedziałby, że karalne jest przerobienie przez właściciela sklepu daty produkcji na przeznaczonej do sprzedaży lodówce albo daty przydatności do spożycia na opakowaniu jakiegoś artykułu spożywczego. Łatwo jest bowiem dojść do takiego wniosku posługując się po prostu intuicją.
Trudniej jest już domyślić się, że według orzecznictwa Sądu Najwyższego (mam tu na myśli uchwałę SN z 26 września 2002 r., I KZP 25/02, OSNKW 2002/11-12, poz. 94) "podmiotem przestępstwa określonego w art. 306 k.k. może być każdy, kto usuwa, podrabia lub przerabia znak identyfikacyjny, datę produkcji lub datę przydatności towaru lub urządzenia". Wynika z tego, że np. przestępstwa dopuszcza się także normalny konsument, który ze swojej pralki (której nie zamierza sprzedać innej osobie) usunie tabliczkę z datą produkcji lub przerobi na niej tę datę albo zmieni datę przydatności przechowywanego w tej lodówce opakowania z twarożkiem.
Przepis strzela poza cel
Jeden z moich studentów, gdy dyskutowaliśmy na seminarium nad wspomnianą uchwałą, zapytał: "Jak to, to jeśli ja, przed zjedzeniem na śniadanie jogurtu, przerobię na plastikowym pojemniczku datę przydatności do spożycia z 13 na 18 kwietnia, to naruszę art. 306 k.k.?". W burzliwej dyskusji przeważyło zdanie, że w świetle orzecznictwa SN odpowiedź brzmi: "Tak, i to nawet, gdyby prawidłowa data była 18 kwietnia, a ty byś ją przerobił na 13 kwietnia. Bo art. 306 k.k. nie określa kierunku zmiany daty przydatności. Wprawdzie w komentarzach do tego przepisu niektórzy profesorowie prawa karnego twierdzą, że art. 306 k.k. dotyczy tylko sytuacji, kiedy to towar lub urządzenie jest przeznaczony do sprzedaży lub do przekazania konsumentom w innej formie, ale sąd pewnie wolałby się oprzeć na uchwale Sądu Najwyższego".
Oczywiście padło we wspomnianej dyskusji także stwierdzenie, że przecież w praktyce nikt nie zdecyduje się na wszczęcie postępowania karnego w takim przypadku, a jeśli już wszczął, to umorzy, bo przecież mamy tu do czynienia ze znikomym stopniem społecznej szkodliwości konkretnego czynu. A nawet, żeby być precyzyjnym, z czynem, który nie jest społecznie szkodliwy w żadnym stopniu. Tak, rzeczywiście ta ogólna klauzula o znikomym stopniu społecznej szkodliwości ("przepis-wytrych", jak go niektórzy nazywają) zawsze pozostaje gotowa do użycia, gdy zwykłe metody wykładni, konsekwentnie stosowane prowadzą nas do krainy absurdu. Przepis art. 306 k.k. jest po prostu źle napisany i, jak mawiał o takich przepisach prof. Władysław Wolter, "strzela poza cel".
Niektóre przypadki nieświadomości bezprawności czynu są tak typowe i często zdarzają się w codziennym życiu, że chyba każdy z nas się z nimi spotkał. Ja w każdym razie pamiętam kilka takich sytuacji, gdy pracownik firmy kurierskiej, dostarczający przesyłkę zaadresowaną do któregoś z moich domowników, nakłaniał mnie do pokwitowania odbioru podpisem adresata. Sądzę, że po prostu nie miał pojęcia, że byłoby to przestępstwo sfałszowania dokumentu. Jak bardzo powszechna jest taka niewiedza, świadczy przykład sprzed kilku lat, kiedy to prawie połowie mieszkańców pewnej wsi przedstawiono zarzut popełnienia tego przestępstwa, ponieważ, wypełniając druczek o wyborze lekarza rodzinnego i podpisując go, przy okazji podpisywali też kolejne druczki imieniem i nazwiskiem żon, mężów lub innych członków rodziny. W tych sprawach postępowanie, jeśli dobrze pamiętam, umorzono.
Kiedyś jednak nie zawsze się to tak dobrze kończyło. Pamiętam głośną sprawę z lat 80. dotyczącą grupy robotników przygotowujących wykop pod fundamenty. Znaleźli oni skarb w postaci dużej ilości złotych monet. Uszczęśliwieni, podzielili je między siebie i poszli do domu, żeby spokojnie pomyśleć, co zrobić z takim bogactwem. Nie wiedzieli, że właśnie przywłaszczyli sobie mienie wielkiej wartości, bo każdy skarb z mocy ustawy jest własnością państwa. Obowiązujące wówczas przepisy o przestępstwach przeciwko własności społecznej były bardzo surowe, więc przy takiej wartości znalezionych monet groziła im kara od 5 lat pozbawienia wolności. Sprawa była więc dużo poważniejsza od poprzednio przytoczonych przykładów.
Klapsy i gra w oczko
Częstą przyczyną nieznajomości prawa, a dokładniej takiej nieznajomości, która powoduje, że popełniający jakiś czyn jest nieświadomy jego bezprawności, jest to, że chodzi o przepis nowy, zakazujący czegoś co nie było dotąd zabronione. I tak np. fizyczne karcenie dzieci przez rodziców w celu wychowawczym traktowane było w Polsce do niedawna jako dozwolone, jeżeli było zwykłym naruszeniem jego nietykalności cielesnej (art. 217 k.k.), nie przybierając postaci znęcania się nad małoletnim (art. 207 k.k.). Ustawa z 10 czerwca 2010 r. o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. nr 125, poz. 842) przyniosła w tej kwestii radykalną zmianę, mianowicie wprowadziła do kodeksu rodzinnego i opiekuńczego nowy art. 961 w brzmieniu: "Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych".
Nie wiem, jaki procent Polaków zna ten zakaz. Wprawdzie w tym przypadku zrobiono, i nadal się robi dużo, by ideę zakazu bicia dzieci rozpropagować, ale mimo wszystko można mieć wątpliwości, czy wiedza o zmianie prawa w tym zakresie dotarła do wszystkich.
Czasami trudno jest odróżnić błędne mniemanie, że działa się legalnie od czynnego kwestionowania sensowności przepisu karnego. Kilka lat temu, w trybie nagłym, powiedziałbym nawet w "ustawodawczym afekcie", zaostrzono przepisy dotyczące hazardu, m.in. w odniesieniu do określonych gier karcianych. W skrócie można nową sytuację prawną przedstawić następująco: do hazardowych gier w karty ustawodawca zaliczył trzy gry: black jacka, pokera i baccarata. Urządzanie tych gier jest dozwolone tylko w kasynach. Naruszenie tego zakazu jest zagrożone karą w kodeksie karnym skarbowym. Co więcej, karalne jest także samo uczestniczenie w takiej nielegalnej grze, przy czym mówiący o tym art. 109 k.k.s. jest tak ujęty, że obejmuje również zwyczajną grę w gronie kolegów na małe stawki lub w ogóle nie na pieniądze. Sądzę jednak, że ci, którzy przed zmianą przepisów grywali sobie towarzysko w pokera - robią to nadal. Zapewne niektórzy grają też sobie nielegalnie w black jacka, chociaż właściwie o tym nie wiedzą i nazywają tę grę swojską nazwą "oczko". Czy są świadomi zakazu wynikającego z k.k.s.? Czy może po prostu uważają go za absurdalny oraz niepotrzebnie wkraczający w sferę ich wolności i liczą na to, że nikt się o ich grze nie dowie?
A wracając do pytania postawionego w tytule tego felietonu, można skonkludować, że dla powołania się na nieznajomość prawa dobrze jest jednak trochę to prawo znać, w szczególności art. 30 k.k. i art. 10 k.k.s., których treść wskazuje, że od czasów starożytnych trochę złagodnieliśmy, i ignorantia iuris nie zawsze nocet.
Kurier dostarczający przesyłkę dla innego domownika nakłaniał mnie do pokwitowania odbioru podpisem adresata. Sądzę, że po prostu nie miał pojęcia, że byłoby to przestępstwo sfałszowania dokumentu
Przestępstwa dopuszcza się także zwykły konsument, który ze swojej pralki usunie tabliczkę z datą produkcji lub zmieni datę przydatności przechowywanego w lodówce opakowania z twarożkiem
@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.070000400.805.jpg@RY2@
FOT. SHUTTERSTOCK
@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.070000400.806.jpg@RY2@
prof. Lech Gardocki pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010
prof. Lech Gardocki
pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu