Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo karne i wykroczeniowe

Człowiek - ale kto to jest?

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 32 minuty

W praktyce to ludzie decydują o tym, kogo i w którym momencie uznać za jednego z nich

Gdy zimą 1950 r. Douglas Templemore, dziennikarz brytyjskiego czasopisma "Horizon", został włączony do ekipy paleontologów wybierających się na wyprawę badawczą na Nową Gwineę (będącą wówczas pod administracją australijską), nie przyszło mu do głowy, że skończy się to dla niego procesem o morderstwo. Początkowo nic tego nie zapowiadało. Cała historia zaczęła się od tego, że znany i ceniony w świecie naukowym niemiecki paleontolog prof. Kreps odnalazł w czasie wykopalisk prowadzonych na Nowej Gwinei szczękę człowieka z trzema typowo małpimi zębami trzonowymi. Było to dla świata nauki wydarzenie sensacyjne, porównywalne z odnalezieniem wcześniej czaszek pitekantropusa, sinantropusa i australopiteka. Nic więc dziwnego, że zorganizowano wyprawę naukową mającą na celu odnalezienie całej czaszki i ewentualnie szkieletu stworzenia (małpy?, człowieka?), do którego należała znaleziona szczęka.

W tej wyprawie w poszukiwaniu brakującego ogniwa ewolucji wzięli udział: prof. Cuthbert Greame, jego młoda żona i asystentka Sybil Greame, prof. Kreps, zajmujący się antropologią irlandzki benedyktyn ojciec Dilligham i wspomniany Douglas Templemore, który miał prowadzić dziennik wyprawy. Niespodziewanie dla siebie poszukiwacze odnaleźli w głębi dżungli nie brakujące szczątki, lecz żywe plemię człekokształtnych, którzy na początek obrzucili ich namioty kamieniami, najwyraźniej poddanymi uprzednio obróbce. Uczeni poszukiwacze nadali tubylcom nazwę Paranthropus erectus, jako że poruszali się oni na dwóch nogach. Między sobą używali jednak dla oznaczenia osobników należących do plemienia, które przy bliższym poznaniu okazało się mniej nieprzyjaźnie nastawione, zdrobnieniem "tropi".

Tropi nie tylko tworzyli proste narzędzia, ale również rozpalali ogień, grzebali swoich zmarłych współplemieńców (nie wiadomo było jednak, czy był to swego rodzaju rytuał, czy też działanie instynktowne) i porozumiewali się swego rodzaju językiem, chociaż nie było jasne, czy wydawane przez nich dźwięki (dało się ich wyodrębnić około stu) są słowami, czy też okrzykami, jakie wydają przecież również zwierzęta. Mieli nieproporcjonalnie długie ręce i byli owłosieni na całym ciele, chociaż kobiety (samice?) nieco mniej.

Dla wszystkich uczestników wyprawy było od początku oczywiste, że należy spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy tropi należą do gatunku ludzkiego, czy też są wysoko rozwiniętymi małpami. Dla uczonych była to kwestia naukowa, która jednak nie mogła być rozstrzygnięta bez uprzedniego stworzenia definicji człowieka. Ojciec Dilligham bił się natomiast z myślami, czy próbować tropich ochrzcić, bo przecież jeśli są ludźmi i umrą bez tego sakramentu, to, jako obciążeni grzechem pierworodnym, cierpieć będą męki piekielne.

Na domiar złego pojawiła się kwestia bardzo przyziemna. Otóż okazało się, że teren zamieszkiwany przez tropich jest własnością zarejestrowanej w Australii spółki akcyjnej Stowarzyszenie Farmerów, a znaczną część akcji kupił znany rekin biznesu Vancruysen. Vancruysen od razu wymyślił koncepcję zarobienia na tropich dużych pieniędzy. Jeśli są zwierzętami, twierdził, to należą do właściciela terenu. Można je więc, po odpowiedniej tresurze, zatrudnić w stworzonych w tym celu zakładach przeróbki wełny australijskiej, zamiast sprzedawać ją tanio w stanie surowym do Anglii. Obrońcy zwierząt nie będą mogli tego zakwestionować, bo tropim stworzy się bardzo dobre warunki bytu i opieki weterynaryjnej, tyle że nie trzeba będzie im płacić. A to zapewni konkurencyjność australijskich wyrobów na rynku światowym, rujnując przy okazji brytyjskie tkalnie. Osobniki męskie tropich w większości podda się kastracji, żeby były spokojne i pracowite jak konie pociągowe lub woły.

Uczestnicy wyprawy byli w rozterce. Prawdę mówiąc, przywiązali się już do tropich, część z nich w jakimś stopniu udomowili, szukali więc sposobu, by zostali oni uznani za ludzi. W końcu postanowili przeprowadzić eksperyment naukowy, polegający na próbie zapłodnienia (sztucznego, rzecz jasna) kilku żeńskich osobników plemienia tropi nasieniem Douglasa Templemorea.

Ojciec Dilligham protestował przeciwko temu ostro, ale bezskutecznie. Eksperyment się udał. Kilka kobiet ludu tropi zaszło w ciążę. Następnie, dzięki fałszywym papierom, przetransportowano kilkanaścioro tropich do Wielkiej Brytanii. Tam zaś jedną z ciężarnych, której nadano imię Derry, umieszczono razem z Templemore''em i jego żoną w ufundowanej przez Królewskie Towarzystwo Antropologiczne willi, pozostałych zaś w londyńskim zoo. Gdy Derry urodziła dziecko płci męskiej, Templemore, pokonując liczne przeszkody, załatwił ochrzczenie go i zapisanie w księgach stanu cywilnego pod nazwiskiem Garry Ralph Templemore. Następnie Douglas Templemore, dążąc do uznania tropich za ludzi, z premedytacją zabił swoje dziecko z Derry. Chciał w ten sposób doprowadzić do skazania siebie za morderstwo (groziła wtedy za to w Anglii kara śmierci), co oczywiście możliwe było tylko przy uznaniu przez sąd, że jego synek był człowiekiem.

Do procesu takiego rzeczywiście doszło. Przed sądem biegli lekarze, psycholodzy i antropolodzy przedstawili ciekawe wywody na temat istoty człowieczeństwa, ale nie usunęło to wątpliwości przysięgłych, którzy naciskali na sędziego, by wskazał im definicję człowieka, a nie doczekawszy się tego (sędzia przewodniczący powiedział im, że definicji takiej nie ma nigdzie na świecie, nawet we Francji, gdzie prawo rozstrzyga, do kogo należy jajko zniesione przez kurę na gruncie sąsiada), oświadczyli, że nią są w stanie orzec, czy oskarżony jest winien morderstwa.

W tej sytuacji rząd brytyjski postanowił doprowadzić do uchwalenia definicji człowieka w Izbie Gmin. Długie i skomplikowane debaty, zarówno w ramach specjalnej komisji parlamentarnej, jak i na posiedzeniu plenarnym, doprowadziły (pamiętajmy, że stawką w grze był upadek rodzimego przemysłu włókienniczego) do uchwalenia ustawowej definicji. Składała się ona z trzech artykułów. W pierwszym stwierdzano, że: "Człowiek różni się od zwierzęcia przez swój duch religijny". Artykuł II określał, że: "Głównymi oznakami ducha religijnego są w porządku malejącym: wiara w Boga, Nauka, Sztuka i wszelkie ich przejawy; różnorodne religie i filozofie oraz wszelkie ich przejawy; kult fetyszy, totemów i tabu, magia, wiara w czary i wszelkie ich demonstrowanie; ludożerstwo rytualne i jego przejawy". Według artykułu III, "Każda żywa istota, która okazuje choćby jedną z oznak wymienionych w art. II, zostaje przyjęta do społeczności ludzi, a jej osobie zapewnia się na całym terytorium Brytyjskiej Wspólnoty Narodów wszelkie prawa figurujące w ostatniej Deklaracji Praw Człowieka".

Na podstawie tej definicji komitet działający pod egidą Królewskiego Towarzystwa Antropologicznego wyraził opinię, że tropi powinni być odtąd uważani za ludzi, ponieważ praktykowali prymitywny rytuał adoracji ognia jako zjawiska oczyszczającego.

W drugim procesie przeciwko Templemore''owi dziennikarza uniewinniono jednak od zarzutu morderstwa, ponieważ skazanie go byłoby naruszeniem zasady lex retro non agit, skoro w chwili czynu ani Derry, ani jej dziecko nie byli jeszcze przyjęci do społeczności ludzkiej. W ten sposób nie doszło do powieszenia Douglasa Templemore''a, no i brytyjski przemysł włókienniczy nie doznał uszczerbku.

I to już koniec całej historii, oczywiście nieprawdziwej, bo zaczerpniętej z powieści science fiction francuskiego pisarza Jeana Marcela Brullera (piszącego pod pseudonimem Vercors) "Zwierzęta niezwierzęta". Była ona swego czasu bardzo popularna. Przerobiono ją nawet na sztukę teatralną, którą jako student oglądałem w warszawskim Teatrze Polskim.

Vercors w swojej, zawartej w książce, tezie filozoficznej podkreśla głównie, że to ostatecznie ludzie decydują o tym, kogo uznają za człowieka, działając tak, jak decydujący o przyjęciu do swego grona członkowie elitarnego klubu.

Czy tę jego tezę można zastosować także do innych sytuacji stwarzających problemy prawne związane z pojęciem "człowieka", np. rozstrzygając, kiedy płód ludzki zaczyna być człowiekiem w rozumieniu kodeksu karnego? Tak chyba w praktyce jest, a przykładem może być uchwała Sądu Najwyższego z 26 października 2006 r. w sprawie o sygnaturze I KZP 18/06. Stwierdzono w niej, że chodzi o moment rozpoczęcia porodu (wystąpienia skurczów macicy, dających postęp porodu), a w wypadku operacyjnego zabiegu cesarskiego cięcia kończącego ciążę - od podjęcia czynności zmierzających do przeprowadzenia tego zabiegu. Pogląd ten został doprecyzowany w postanowieniu Sądu Najwyższego z 30 października 2008 r. w sprawie o sygnaturze I KZP 13/08. Stwierdzono w nim, że pełna prawnokarna ochrona życia i zdrowia przysługuje dziecku nienarodzonemu od:

wrozpoczęcia porodu (naturalnego),

ww wypadku operacyjnego zabiegu cesarskiego cięcia kończącego ciążę na żądanie kobiety ciężarnej - od chwili podjęcia pierwszej czynności medycznej bezpośrednio zmierzającej do przeprowadzenia takiego zabiegu,

ww wypadku konieczności medycznej przeprowadzenia zabiegu cięcia cesarskiego lub innego alternatywnego zakończenia ciąży - od zaistnienia medycznych przesłanek takiej konieczności.

Oczywiście, stwierdzenie, że to ludzie decydują o tym, kogo uznać za człowieka, nie rozwiązuje wszystkich problemów. Zawsze będą spory o to, kto konkretnie (tzn. jaki organ państwowy, a może wszyscy dorośli obywatele?) jest uprawniony do podjęcia tak ważnej decyzji i jakie kryteria stosować, by uniknąć zarzutu arbitralności. O tym zawsze warto dyskutować. Tylko proszę nie mówić, że nauki medyczne już to ustaliły (bo to nie ich kompetencja) ani że to wynika z prawa naturalnego - bo wtedy zawsze zapytam: a kto ustala, co wynika z prawa naturalnego?

W książce "Zwierzęta niezwierzęta" francuski pisarz Jean Marcel Bruller (piszący pod pseudonimem Vercors) stawia tezę, że ludzie, określając definicję pojęcia "człowiek", postępują niczym członkowie elitarnego klubu, którzy przyjmują nowego członka

@RY1@i02/2014/006/i02.2014.006.070000400.804.jpg@RY2@

FOT. SHUTTERSTOCK

@RY1@i02/2014/006/i02.2014.006.070000400.805.jpg@RY2@

prof. Lech Gardocki pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010

prof. Lech Gardocki

pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.