Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Unijne propozycje wzburzyły internautów. Wyjdą na ulice. Ale w czyim interesie?

28 czerwca 2018

Cenzura sieci czy walka o wydawców i autorów

Nowe przepisy o prawach autorskich wymagają poprawek, ale nawet w zaproponowanej wersji nie doprowadziłyby do ograniczenia wolności internautów. Porównywanie unijnej propozycji do ACTA to nieporozumienie

„Druga ACTA”, „Cenzura internetu faktem”, „Będzie zakaz tworzenia memów” – to tylko kilka z krążących w ostatnich tygodniach w sieci internetowej wypowiedzi na temat dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, nad którą obecnie pracują unijni decydenci. Stanowisko w tej sprawie 20 czerwca 2018 r. przyjęła komisja prawna Parlamentu Europejskiego.

Czy rzeczywiście jest się czego obawiać? Po co Unia Europejska pracuje nad regulacjami rzekomo ograniczającymi wolność setek milionów swoich obywateli?

– Mówienie o cenzurze internetu to nieporozumienie. Nic takiego nie ma ani nie będzie miało miejsca – zapewnia Tadeusz Zwiefka, europoseł i członek europarlamentarnej komisji prawnej, który jest zwolennikiem nowych regulacji. – Rosnące zjawisko naruszeń praw własności intelektualnej w internecie, czyli ujmując krótko piractwo, wymaga skutecznej reakcji, która pozwoli na uczciwe wynagradzanie twórców za ich dzieła. Każdy, kto ma ulubionego piosenkarza, autora książek czy reżysera filmowego, chciałby, aby otrzymywali oni odpowiednią płacę za ich pracę, która cieszy nas na co dzień, dostarcza rozrywki i buduje naszą polską i europejską tożsamość kulturową – przekonuje europarlamentarzysta.

Kontrowersje wzbudzają dwa projektowane artykuły dyrektywy, tj. art. 11 i 13.

Prawa pokrewne też pod ochroną…

Artykuł 11 dyrektywy przewiduje przyznanie praw pokrewnych wydawcom prasowym. Co to oznacza?

Prawa pokrewne to – w największym uproszczeniu – siostrzane uprawnienia do tych wynikających z praw autorskich. Ich celem jest ochrona nakładów ponoszonych przez producenta w związku z powstaniem utworu. Tak jak prawo autorskie chroni sam utwór i wymusza zapłatę za jego wykorzystywanie, tak prawo pokrewne chroni podmioty, dzięki którym utwory są rozpowszechniane. Ochronie majątkowej podlegają koszty ponoszone przez wydawcę (czyli przede wszystkim wynagrodzenia dziennikarzy, fotografów, grafików i redaktorów, a także inwestycje w redakcję).

Europarlamentarna propozycja sprowadza się do tego, że prawa pokrewne przyznane wydawcom przeciwdziałać będą agregowaniu treści objętych ochroną w celach zarobkowych, bez dzielenia się odpowiednią częścią zysku z posiadaczem praw autorskich. A dzisiaj często tak się dzieje. Wiele portali żyje z tego, że zamieszcza fragmenty lub nawet całe teksty skopiowane ze stron innych portali internetowych, dzienników, a nawet blogów – w efekcie bywa tak, że czytelnik nie wchodzi już nawet na oryginalną stronę, bo i tak wszystkiego się dowiedział ze strony portalu agregującego treści.

Przykład, jak nowe regulacje zadziałałyby w praktyce? Portal agregujący treści, np. Wykop.pl, musiałby płacić wydawcom za to, że na swoich stronach przytacza fragmenty tekstów, do których praw nie ma ani Wykop.pl, ani jego użytkownicy. Inaczej mówiąc, mógłby publikować je tak, jak to robi obecnie, ale musiałby zapłacić należne wynagrodzenie właścicielom praw.

Ramka

ACTA – czyli co?

ACTA (ang. Anti-Counterfeiting Trade Agreement) to umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi. Pomysł zawarcia międzynarodowego porozumienia powstał w USA w 2006 r. W styczniu 2012 r. Unia Europejska postanowiła podpisać umowę. Mimo to kilka miesięcy później się z tej deklaracji za pośrednictwem Parlamentu Europejskiego wycofała. To efekt ogromnych protestów pod hasłem „precz z cenzurą internetu”. Uczestnikom wielotysięcznych manifestacji nie podobało się to, że umowa była negocjowana w sposób tajny. Zawarte w niej postanowienia zaś groziły ograniczeniami dla internautów. Regulacje były też wyraźnie korzystne dla największych sieciowych przedsiębiorców, niekorzystne zaś dla małych i średnich firm. ©

opinia eksperta

Wyimaginowane konsekwencje, PR-owskie frazy

Paweł Lewandowski wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego

Ztym, że obieg informacji będzie utrudniony, się nie zgadzam. Generalnie uważamy, że to nie od długości informacji powinna zależeć jej ochrona, tylko od jej oryginalności. Tak jest zapisane w obecnym kształcie dyrektywy w wersji przyjętej przez Radę Unii Europejskiej. I dopóki ten zapis będzie utrzymany, Polska będzie tę dyrektywę popierać. Jeżeli zostanie zlikwidowany, automatycznie wycofamy poparcie dla dyrektywy. Kryterium oryginalności spełniają np. esej, felieton, analiza czy komentarz, ale prosta informacja prasowa już taką treścią oryginalną nie jest. Oznacza to, że nie trzeba uzyskiwać licencji na wykorzystanie treści, która jest informacją prasową, np. opisującą, że coś się wydarzyło. Ale już na analizy, które są zawarte w tych informacjach, lub całe utwory literackie, takie jak eseje – tak. (…). Byłem zdziwiony, kiedy pierwszy raz usłyszałem o „podatku od linków”, szczerze mówiąc, traktuję tę frazę jako element PR-u. Nic podobnego nie będzie miało miejsca, będzie można udostępniać linki na swoich timeline’ach czy „wallach”. Jest bardzo dużo artykułów w internecie, które odnoszą się do projektu dyrektywy i straszą użytkowników tego typu wyimaginowanymi konsekwencjami. Chcę zauważyć, że najczęściej odnoszą się one do projektu dyrektywy przedstawionego pierwotnie przez Komisję Europejską, a nie do tego, co już zostało wypracowane – na obecnym etapie w Radzie UE. Zachęcamy wszystkich tych, którzy krytycznie na to patrzą, żeby zanim zaczną krytykować, zapoznali się z ostateczną wersją. Źródło: Wywiad udzielony PAP, 24.06.2018

Fragment uchwały walnego zgromadzenia członków Izby Wydawców Prasy z 13 czerwca 2018 r.

Krajowy rynek prasy, radia i TV, oparty na zmianach technologicznych, ustalonym łańcuchu wartości i utrwalonych modelach biznesowych, przekształcił się we fragment nieograniczonego rynku globalnego. Dzięki nowym technologiom, użytkownicy wspomnianych mediów i reklamodawcy mogą poszukiwać interesujących ich treści poza platformami i treściami dostarczanymi przez polskie media.

Powyższe zmiany inspirowane są głównie przez globalne firmy technologiczne, takie jak Facebook, Google, Netflix czy Apple. Doprowadziły one do rozbicia ustalonego łańcucha wartości – produkcja treści pozostała przy wydawcach i producentach, natomiast dystrybucja i interakcja z użytkownikami przejęta została przez ww. firmy.

Mechanizm Internetu, mającego zasadniczy wpływ na przychody reklamowe i przez to szczególny wpływ na działalność wydawnictw prasowych, związany jest z obrotem informacjami oraz z tworzonymi przez profesjonalne zespoły dziennikarskie atrakcyjnymi treściami, przyciągającymi czytelników i użytkowników, którzy z kolei przyciągają reklamodawców. W Internet został wbudowany czynnik ekonomiczny, decydujący o zbieraniu i udostępnianiu publikacji prasowych przez platformy sieciowe.

Platformy te wybierają, łączą i pokazują w sieci wycinki (fragmenty) publikacji prasowych, przez co w dużej części zaspokajają zapotrzebowanie użytkowników na informacje. Zazwyczaj połowa użytkowników takich platform, co pokazują dane statystyczne, jedynie przegląda i czyta wycinki materiałów informacyjnych zamieszczonych na tych stronach internetowych i nie przechodzi na strony źródłowe. W ten sposób wywołuje się znaczący efekt substytutu. Wydawcy prasy tracą czytelników, a co za tym idzie przychody z tytułu reklam i opłat subskrypcyjnych.

Fragment stanowiska stowarzyszenia Kreatywna Polska z 19 czerwca 2018 r.

Środowiskom twórczym i sektorowi kreatywnemu znane są obawy sygnalizowane ostatnio przez niektóre organizacje reprezentujące konsumentów czy działające na rzecz wolności słowa w internecie. Pamiętać jednak należy, że UE w pierwszej kolejności powinna zapewnić równowagę pomiędzy interesami konsumentów i właścicieli praw. Powszechne poszanowanie prawa własności – w tym praw autorskich – jest fundamentem, od którego rozpoczynać powinno się jakąkolwiek dyskusję na temat wolności w internecie. W obecnym stanie prawnym ta równowaga jest bardzo mocno zachwiana, faworyzując nie tyle konsumentów– użytkowników sieci, ale w rzeczywistości platformy cyfrowe, czerpiące olbrzymie dochody z nieetycznych modeli biznesowych opartych na bezprawnej eksploatacji treści prawnoautorskich.

Pod stanowiskiem podpisały się m.in. Izba Wydawców Prasy, Krajowa Izba Producentów Audiowizualnych, Polska Izba Książki, Stowarzyszenie Autorów i Wydawców COPYRIGHT Polska, Stowarzyszenie Autorów ZAiKS, Stowarzyszenie Dystrybutorów Filmowych, Związek Producentów Audio-Video ZPAV, Stworzyszenie Sygnał, Stowarzyszenie Filmowców Polskich, Stowarzyszenie Fotoreporterów, Stowarzyszenie Wydawców Repropol oraz Związek Kompozytorów Polskich

WAŻNE Wbrew hasłom, które rozpowszechniają przeciwnicy dyrektywy, projektowane przepisy wcale nie znoszą zasady dozwolonego użytku. Co więc istotne: nadal możliwe będzie robienie autorskich opracowań tekstów, obowiązywać będzie prawo cytatu, dopuszczalne będą karykatura, parodia i pastisz.

W założeniu europarlamentarzystów praktyczne konsekwencje wprowadzenia art. 11 sprowadziłyby się do tego, że operatorzy platform internetowych zawieraliby z wydawcami umowy, np. licencyjne, w których zobowiązywaliby się do przekazania ustalonej części zysku. Możliwe też byłoby nieodpłatne udzielenie licencji, gdyby wydawca uznał, że nawet darmowe wykorzystywanie jego treści przez operatora platformy jest dla niego z różnych przyczyn (najczęściej wizerunkowych lub marketingowych) opłacalne.

Podatek od linków, czyli ani podatek, ani od linków

Projektowany art. 11 dyrektywy został potocznie nazwany podatkiem od linków. Pojęcie to stworzyli przeciwnicy regulacji, sugerując, że internauci będą musieli płacić dużym wydawcom nawet za wrzucenie linku do artykułu, np. na swoją tablicę na Facebooku.

– To nie jest żaden podatek od linków. Użytkownik prywatny będzie mógł nadal udostępniać w serwisach społecznościach artykuły prasowe, które uzna za interesujące. Chodzi tutaj o ochronę interesów z jednej strony wydawcy, który zainwestował w powstanie artykułu lub reportażu, a z drugiej dziennikarza, który go stworzył. W internecie pojawiają się bowiem strony, które używając publikacji prasowych, generują ruch na swojej stronie, zarabiają na reklamie i zbieraniu danych użytkowników, bez żadnych licencji i bez obowiązku dzielenia się zyskiem z wydawcą – przekonuje Tadeusz Zwiefka.

Analiza przepisu w obecnej wersji prowadzi do wniosku, że rzeczywiście nie ma żadnego zagrożenia dla linkowania w sieci. Komisja prawna europarlamentu w przyjętym sprawozdaniu wyraźnie podkreśla, że spod zakresu praw pokrewnych wyłączone jest linkowanie. Nowe regulacje nie będą też w ogóle dotyczyły użytku prywatnego. Projektowany przepis wyraźni wskazuje, że zobowiązane do zapłaty z tytułu wykorzystywania treści objętych prawami wydawców będą jedynie podmioty prowadzące działalność zarobkową. Przy czym określenie "działalność zarobkowa" może być rozumiane dość szeroko. Chodzi bowiem nie tylko o czerpanie zysków z samego dostępu do serwisu (abonament), lecz także o wyświetlanie reklam przy treściach pochodzących od wydawców, a nawet odnoszenie korzyści w postaci zbierania informacji o użytkownikach w celach zarobkowych.

Zwolennicy propozycji (przede wszystkim wydawcy prasowi) podkreślają, że zmiany technologiczne, które nastąpiły w ostatnich latach, przełożyły się na wzrost intelektualnego pasożytnictwa. Brak reakcji o charakterze prawnym, pozostawienie obecnej sytuacji samej sobie, doprowadzi zaś do tego, że powstawać będzie coraz mniej oryginalnych treści. (patrz stanowiska).

Giganci biją się o swój interes

Przedstawiając swoje racje, operatorzy platform internetowych przekonują, że projektowane przepisy to tak naprawdę obrażanie się na współczesne sposoby korzystania z treści. Ich zdaniem mówienie, że bez wydawców wyszukiwarki czy portale agregujące treści nie miałyby nic do zaoferowania odbiorcom, jest nieprawdziwe. Raczej – zdaniem operatorów platform – patrząc po zainteresowaniu użytkowników, jest odwrotnie. Dlatego, jak przekonują, wydawcy powinni się cieszyć z darmowej reklamy ich treści.

Jednak operatorzy platform nie poprzestają na lobbingu w unijnych kuluarach. Aktywnie mobilizują internatów, przekonując ich, że to nie platformy, ale ich użytkownicy stracą najwięcej. Wytaczają przy tym coraz cięższe działa. Już nie tylko straszą, że zbliża się cenzura w internecie czy też nowe ACTA II. „4 lipca 2018 r. Internet jaki znasz może przestać istnieć!” – takim hasłem epatuje serwis Wykop.pl. I zaprasza przy tym do udziału protestach. W najbliższy weekend 29 czerwca ‒ 1 lipca odbyć się one mają w kilkunastu miastach Polski, m.in. w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, we Wrocławiu. Podobne wezwanie wystosowano na facebookowym profilu Stopacta2 czy też na stronie www.art13.eu.

Prewencyjna czy ochrona praw

Równie duże kontrowersje wzbudza projektowany art. 13 dyrektywy. Przewiduje on, że operatorzy platform internetowych będą zobowiązani do oceny, czy użytkownicy je wykorzystujący nie umieszczają na serwerach plików objętych prawami autorskimi. Mówiąc obrazowo: właściciel serwisu streamingowego powinien ocenić, jeszcze przed publikacją, czy np. wrzucany film nie narusza czyichś praw.

Zdaniem przeciwników regulacji będzie to cenzura prewencyjna. Zwolennicy z kolei przekonują, że to tak naprawdę powtórzenie tego, co jest już teraz. Obecnie bowiem przecież też nie wolno naruszać praw autorskich. Ich zdaniem więc art. 13 dyrektywy ma charakter techniczny.

Zmieni się jednak istotnie sposób kontroli. Dziś obowiązuje zasada notice and takedown, którą można sprowadzić do tego, że portal bezpośrednio po dowiedzeniu się o naruszeniu, kasuje dane, którego do tego doprowadzają. Reaguje więc następczo. Po wejściu w życie art. 13 powinien zaś reagować prewencyjnie, czyli nie dopuścić do publikacji materiału naruszającego prawa autorskie osób trzecich.

Wejście w życie art. 13 w obecnym brzmieniu spowoduje, że większość dostawców usług internetowych stanie przed wyborem: czy skorzystać z systemu automatycznego filtrowania, czy robić to ręcznie?

Oba warianty mają swoje mankamenty. Ten drugi przede wszystkim będzie dostępny tylko dla najmniejszych przedsiębiorców. Tak jak można sobie wyobrazić, że stronę lokalnego portalu, na który wchodzi kilka tysięcy osób miesięcznie, moderuje jedna osoba, tak ręczne akceptowanie treści byłoby już w przypadku chociażby wyżej wspomnianego serwisu Wykop.pl niemożliwe.

Potrzebne więc będzie zastosowanie technologii rozpoznawania treści, bazujące na algorytmach. A to budzi wątpliwości nawet w samym Parlamencie Europejskim.

– Obowiązek przestrzegania praw autorskich to nie cenzura. Brak jednoznacznego określenia statusu niektórych platform cyfrowych umożliwił ich właścicielom zbudowanie przynoszących olbrzymie zyski modeli biznesowych bazujących na treściach generowanych przez użytkowników tych platform i opartych na eksploatacji nagrań muzycznych, przy jednoczesnym pogwałceniu prawa do stosownego wynagrodzenia należnego twórcom, producentom i innym właścicielom praw. Skala naruszeń praw autorskich jest olbrzymia, dlatego tak ważne jest stworzenie mechanizmów ochrony, które z jednej strony będą chronić twórców, a z drugiej zapewnią swobodę użytkownikom platform – przekonuje Tadeusz Zwiefka.

Jednak wątpliwości co do zaproponowanego przepisu ma nawet jego partyjny kolega i były minister cyfryzacji europoseł Michał Boni. Uważa on, że technologia rozpoznawania treści, czyli w praktyce algorytmy, dostępne będą bez trudu dla bogatych, dużych platform, staną się zaś ogromnym obciążeniem ekonomicznym dla małych podmiotów. Jego zdaniem tak jak sam art. 13 nie oznacza żadnej cenzury internetu, tak może rzeczywiście wywołać efekt mrożący u samych dostawców usług. Wielu z nich, nie będąc w stanie oceniać na bieżąco, czy materiały wrzucane przez internautów naruszają prawa autorskie, zdecyduje się ich po prostu nie zamieszczać. W praktyce więc powstałoby coś na kształt cenzury prewencyjnej – tyle że niewynikającej bezpośrednio z przepisu, lecz z obaw przedsiębiorców, którzy nie potrafiliby sprostać postawionym wymogom, o konsekwencje.

Ocena, czy materiał narusza prawa autorskie, czy nie, nie będzie prosta. Przykład? Wyobraźmy sobie, dwa zdjęcia wieży Eiffla. Zdjęcie pierwsze zostało zrobione przez użytkownika A. Postanawia je wrzucić na portal umożliwiający dzielenie się zdjęciami z innymi fotografami. Bez wątpienia ma do tego prawo. Drugie zdjęcie to z kolei fragment okładki „National Geographic”. Zdjęcie z okładki NG jest niemal identyczne jak to wykonane przez użytkownika A. Wątpliwe zaś, by algorytmy, nawet posiadane przez największych graczy internetowych, były nieomylne i nie doszło na tym tle do nieporozumienia, np. zablokowania zdjęcia użytkownika A. Widać to już teraz po serwisie YouTube, który korzysta z automatycznego systemu kontroli. Z jednej strony przemykają materiały naruszające prawa autorskie, a z drugiej – niepublikowane lub usuwane są te, które niczyich praw nie naruszały.

Kontrowersje wokół artykułu 11

Przeciwnicy zmian próbują zaangażować w obronie swoich interesów społeczność internetową. Używają przy tym różnego rodzaju argumentów. Co jest faktem, a co mitem?

1„To nowy podatek dla operatorów platform internetowych, w tym wyszukiwarek i portali agregujących treści”.

MIT Pomimo że nazywanie art. 11 podatkiem od linków się przyjęło nawet wśród zwolenników nowych regulacji, to nie może być mowy o żadnym podatku. Chodzi bowiem o zobowiązanie jednych przedsiębiorców (operatorów platform) do zawierania umów licencyjnych z drugimi przedsiębiorcami (posiadaczami praw). Nie będzie też obowiązku płacenia za cokolwiek, jeśli operatorzy platform nie będą wykorzystywali treści chronionych prawami autorskimi i pokrewnymi, lecz będą sami umieszczali treści oryginalne, np. profesjonalnie przygotowane omówienia i komentarze.

2„Użytkownicy internetu narażają się na obowiązek zapłaty wydawcom za wrzucanie fragmentów tekstów”.

MIT To najczęściej powielany mit na temat nowych przepisów. W ogóle nie będą one dotyczyły użytku osobistego. Przeciętny internauta, udostępniający linki wraz z fragmentami tekstów, nie będzie zobowiązany ani do zapłaty, ani do zawarcia umowy licencyjnej. Wydawcy wręcz się cieszą z tego, że ich materiały są polecane przez zainteresowane osoby innym.

3„Nowe prawo ochroni największych wydawców, a uderzy w małe firmy”.

MIT  Powinno być odwrotnie. W większości przypadków operatorzy platform internetowych, którzy czerpią zyski dzięki materiałom wydawców prasowych, mają mocniejszą pozycję ekonomiczną od tychże wydawców. Nowe regulacje powinny zaś najbardziej pomóc najmniejszym wydawcom, głównie tym lokalnym, których ruch w internecie jest zjadany przez duże portale. Często jest bowiem tak, że lokalny portal opublikuje ciekawy, ważny artykuł, a najwięksi rynkowi gracze o nim informują, bazując na informacjach tego wydawcy. Internauci zaś nawet nie odwiedzają strony internetowej tego małego wydawcy, w efekcie czego on ponosi jedynie koszty stworzenia materiału, zyski (np. z reklam) przypadają zaś największym portalom internetowym.

4„Może zostać ograniczony bezpłatny dostęp do treści”.

fakt  Nie musi tak być, ale może. Założeniem unijnego prawodawcy jest to, by operatorzy platform technologicznych płacili wydawcom, a jeśli tak się nie stanie, by korzyści z publikacji czerpali sami wydawcy – jeśli operator platformy nie zapłaci, to internauci będą mieli dostęp do tekstu na stronie wydawcy. Tyle że coraz więcej wydawców swoje treści w internecie sprzedaje, a nie udostępnia za darmo. Jeśli więc operatorzy platform nie chcieliby zawierać umów licencyjnych, to istnieje ryzyko, że dostęp do niektórych treści zostanie ograniczony i będą do niego miały dostęp jedynie te osoby, które zapłacą.

5„Mniejsze platformy ucierpią, a najwięksi sobie i tak poradzą”.

fakt  Próby wdrożenia przepisów podobnych do proponowanych przez decydentów UE miały już miejsce w Hiszpanii i Niemczech. Wydawcom najbardziej przeszkadzały praktyki Google’a. Wiele osób korzystało z serwisu Google News, który opiera się na linkach i kilkuzdaniowych fragmentach z tekstów. Doświadczenie pokazuje, że nawet połowa internautów zadowala się tymi skrótami i nie wchodzi w ogóle na strony posiadaczy praw.

Tyle że Google wydawcom płacić nie chciał. Wolał usunąć treści, niż zapłacić. Szybko okazało się, że technologiczny gigant na tym nie ucierpiał, a ruch na stronach wydawców – owszem. W efekcie skończyło się na tym, że Google uzyskał zgodę na bezpłatne wykorzystywanie treści (choć sprawa czeka jeszcze na rozstrzygnięcia sądowe). Może być więc tak, że nowe przepisy unijne pogłębią dysproporcje pomiędzy największymi platformami internetowymi (którym wydawcy udzielaliby nieodpłatnej licencji) a tymi mniejszymi (od których już wydawcy żądaliby pieniędzy). ©

agp

Dozwolony użytek

Projektowane przepisy nie znoszą wyjątków w zakresie ochrony praw autorskich, czyli zasady dozwolonego użytku. Co więc istotne, nadal możliwe będzie robienie autorskich opracowań tekstów, obowiązywać będzie prawo cytatu, dopuszczalne będą karykatura, parodia i pastisz.

Przykładowo więc nie będzie stanowiło naruszenia praw autorskich – a co za tym idzie, dostęp do treści nie powinien być ograniczony – np. prowadzenie kanału w portalu streamingowym, na którym recenzowane będą filmy; choćby krótkie fragmenty filmów były wyświetlane.

Nadal też będzie można publikować memy – na tej samej zasadzie, co teraz. Choć jednocześnie obawy operatorów platform mogą być większe, gdyż teraz wielu twórców memów wykracza poza granice dozwolonego użytku (patrz rozmowa z Jakubem Kralką).

Gra się dopiero zaczyna…

Prace nad dyrektywą w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym są w ramach Unii Europejskiej zaawansowane, ale treść przepisów nie jest jeszcze przesądzona. Świadczy o tym choćby to, że inną propozycję miała Rada Europejska, a inna powstała w Parlamencie Europejskim. W samym Parlamencie zaś 20 czerwca 2018 r. swoje stanowisko przyjęła komisja prawna, ale już wiadomo, że niektórzy członkowie komisji ds. wolności i sprawiedliwości mają do niego zastrzeżenia. Treść przepisów dopiero się więc kształtuje, a dyrektywa zostanie ostatecznie przyjęta zapewne w przyszłym roku.

To jednak nadal będzie dopiero początek wprowadzania nowych regulacji. Jak nam bowiem tłumaczy Tadeusz Zwiefka, świadomie wybrano formę dyrektywy, a nie rozporządzenia. To zaś oznacza, że szczegółowe zasady działania określić będą musiały państwa członkowskie.

Część ekspertów podkreśla, że tak naprawdę trudno na razie jednoznacznie stwierdzić, co znajdzie się w przepisach. „Głównym problemem dyrektywy jest jej ogólność i niejasność, które powodują, że kluczowe okaże się jej wdrażanie – a za nie odpowiadać będzie osobno każde z państw członkowskich” – spostrzega na łamach NowaKonfederacja.pl prawnik Patryk Gorgol. Podkreśla, że o ile rozporządzenie stosowane jest bezpośrednio w każdym państwie członkowskim i nie trzeba go implementować, o tyle dyrektywa wymaga odpowiedniego wdrożenia i pozostawia do decyzji państwa członkowskiego, jakimi środkami to uczyni.

„W przypadku dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym należy zatem pamiętać, że Polska będzie sama w pewnym zakresie interpretowała tę dyrektywę i to od polskiego ustawodawcy zależeć będzie sposób działania tego mechanizmu” – podkreśla Patryk Gorgol.

Polski rząd na forum unijnym poparł projektowane rozwiązania. Wypowiedzi przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości pokazują jednak, że... wspólnego stanowiska nie ma. W ostatnich dniach politycy opcji rządzącej, w tym europosłowie, mówią publicznie, że nie będzie zgody w Polsce na cenzurę internetu. Przykładowo w TVP Info Ryszard Czarnecki, były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, stwierdził, że propozycja nowych przepisów „to ACTA 2.0” i że będzie występował przeciw cenzurze. ©

 

Ramka

Prasa wycofuje się z papieru, a w sieci trudno jej walczyć z piratami

Według Izby Wydawców Prasy nakłady prasy w latach 2005–2015 zmniejszyły się o 42 proc., to jest o ponad 1,3 mld egzemplarzy, a rynek wykazuje dalszą 10-proc. tendencję spadkową. Wartość nakładów prasy w latach 2005–2015 zmalała o 2 mld zł (z dalszą tendencją 8-proc. corocznego spadku, do poziomu 3,8 mld zł w 2017 r.). W ciągu ostatnich siedmiu lat przychody z reklamy w prasie zmalały z 1,4 mld zł do 0,5 mld zł w 2017 r. W efekcie udział prasy w rynku reklamy, wynoszący 29,3 proc. w 2005 r., spadł do 6 proc. w 2017 r.

Głównym beneficjentem przychodów reklamowych stał się internet, którego udział w tym rynku wzrósł z 2,8 proc. w 2005 r. do 33 proc. w 2017 r., osiągając poziom przychodów w granicach 2,7 mld zł. Według IAB Polska głównym beneficjentem reklamy w internecie jest Google, którego udział wynosi 50 proc.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.