Własność zobowiązuje
Jako prawo absolutne własność to wynalazek XVIII-wieczny. Nie była świętością ani nigdy wcześniej, ani nigdy później - przekonuje Hubert Izdebski
Hubertem Izdebskim
Jesteśmy przekonani o tym, że prawo własności jest święte. I podejrzliwie patrzymy na tych, którzy owo prawo podważają. Czy własność to rzeczywiście świętość?
W XVIII w. własność stała się jedną z najważniejszych wartości. Termin "święte prawo własności" pojawia się np. w Deklaracji praw człowieka i obywatela. Profesor Jan Baszkiewicz, nieżyjący już wybitny znawca historii Francji, dowodził, że prawdziwymi hasłami rewolucji francuskiej były wolność, równość oraz własność. Bardzo podobne tezy, własność jako prawo absolutne, głoszono równolegle w drugiej połowie XVIII w. w Anglii. Ale trzeba pamiętać, że ani wcześniej, ani potem własność nie była absolutna. Mało kto zdaje sobie sprawę, że na terenie londyńskiego City, a więc w znacznej części miasta, w ogóle nie ma tego, co uznalibyśmy za własność, istnieje tylko coś podobnego do naszego użytkowania wieczystego. Właścicielem całego City jest Kościół anglikański, ma prawa do gruntu, którego dzierżawa jest odnawiana co 99 lat.
W pewnym momencie hasło zniesienia wszelkich ograniczeń własności i ustanowienia nienaruszalnego prawa własności stało się nośne. Jeszcze w XIX w. głoszono potrzebę maksymalnie szerokiego jego pojmowania. Pojawiła się nawet koncepcja, że już starożytni Rzymianie tak je postrzegali. Co jest oczywistą nieprawdą. Prawo własności w Rzymie było bardzo ograniczone.
A czy to nie z prawa rzymskiego pochodzi zasada mówiąca o tym, że prawo własności jest prawem do posiadania, używania i rozporządzania?
Zgadza się, ale skoro wylicza pan składniki treści prawa własności, to znaczy, że było ono ze swojej istoty ograniczone. Składało się z kilku aspektów. Mit prawa własności jako prawa absolutnego, bezwzględnego, nieograniczonego co do zasady, a więc definiowanego od strony negatywnej, to XIX-wieczny wynalazek. Tylko że to było 200 lat temu. Już w drugiej połowie XIX w. rzeczywistość zaczęła się gwałtownie zmieniać.
Co takiego się wydarzyło?
Ponieważ ostatnio wiele się zajmuję zagospodarowaniem przestrzennym, zauważę, że nie tylko rozpoczęła się wówczas wielka urbanizacja, lecz także była ona w dużym stopniu planowa. Zaczęło się od wielkiej przebudowy Paryża w czasach Drugiego Cesarstwa. Napoleonowi III, o czym się nie pamięta, bardzo bliskie były idee Henriego de Saint-Simona, czyli etatystyczny socjalizm. Przebudowa stolicy Francji była taką saint-simonistyczną realizacją utopijnego socjalizmu w zetknięciu z dość brutalną rzeczywistością. Przecież Paryż przed przebudową i po niej to dwa zupełnie różne miasta. Wtedy właśnie zaczęto na nowo twierdzić, że własność nie jest żadnym świętym prawem, tylko spełnia określoną funkcję społeczną. Co było niezbędne, by przeprowadzić zmiany w tkance miejskiej zakrojone na tak olbrzymią skalę. W drugiej połowie XIX w. kształtuje się też ideologia chrześcijańsko-demokratyczna, która dała początek społecznemu nauczaniu Kościoła. W encyklice Rerum Novarum z 1891 r., która je zapoczątkowała, jest napisane, że własność jest funkcją społeczną.
Kłopot w tym, że mało kto zna encykliki, za to prawie każdy zna 10 przykazań. Dwa z nich odnoszą się, przynajmniej w sposób pośredni, do własności: nie kradnij i nie pożądaj rzeczy bliźniego. To sugeruje, że własność jest wartością, którą nakazał chronić sam Bóg. Jest czymś pierwotnym, skodyfikowanym u zarania.
Jeśli ktoś wywodzi święte prawo własności z Biblii, a nie słyszał o Rerum Novarum i nauczaniu późniejszych papieży z Janem Pawłem II włącznie, trudno to komentować. W społecznym nauczaniu Kościoła, od ogłoszenia Rerum Novarum do dziś, własność traktuje się jako funkcję społeczną i w związku z tym jest ona z natury rzeczy ograniczona. Jest po coś. Oznacza to, że właściciel ma względem bliźnich nie tylko prawa, ale i obowiązki. Adekwatne do tego, jaki jest przedmiot własności. Bo jeśli ktoś jest właścicielem zegarka, do czego go to zobowiązuje? Kiedyś pewnie odpowiadał na pytania przechodniów, która jest godzina, i tyle. Jeśli ktoś jest zaś właścicielem nieruchomości w środku miasta, fabryki czy gospodarstwa rolnego, to ma obowiązki, i to bardzo poważne. Nie może robić ze swoją własnością, co mu się żywnie podoba. Bo jego własność służy. W pośrednim nawiązaniu do prawa rzymskiego i w bezpośrednim do św. Tomasza z Akwinu, w Rerum Novarum była mowa o tym, że należy odróżnić od siebie rzeczy posiadane, czyli własność, i rzeczy używanie. Rzecz powinna być tak używana, żeby spełniała funkcje społeczne. Kilka lat temu w Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie odbyła się konferencja pod ciekawym i znamiennym tytułem: "Publiczna istota własności prywatnej“. Tak więc to są rzeczy w świecie dobrze znane. Tylko że w Polsce jesteśmy na poziomie dyskusji sprzed bardzo wielu lat.
U nas, nawet jeśli właściciel zaakceptuje ograniczenia swojej własności wynikające z uciążliwości, jaką może stanowić dla otoczenia, trudno mu się zgodzić na ingerencję w swoją własność.
Nie chodzi o zgadzanie się na ingerencję lub nie. Z konstytucji wyczytuje się, chociaż nie jest to wprost napisane, że każdy ma prawo do mieszkania. A z drugiej strony jest prawo własności, czyli grunt i stojący na nim budynek zawsze do kogoś należy. Jeśli dochodzi do kolizji tych dwóch praw, trzeba je należycie wyważyć. Jest taka książka Roberta Alexy’ego "Teoria praw podstawowych", w której przedstawia się teorię wyważania praw w matematyczny wręcz sposób.
W jaki sposób ma zatem przebiegać to wyważanie racji?
Trzeba uwzględniać to, co nazywamy wartościami wysoko cenionymi, czyli te wszystkie wymienione w art. 31 ust. 3 konstytucji: bezpieczeństwo i porządek publiczny, ochrona środowiska, zdrowia i moralności publicznej czy wolności i prawa innych osób. Za ingerencją w czyjeś prawo przemawia dobro wspólne, które w prawie od kilkuset lat przybiera postać interesu publicznego. Cała sztuka polega na odpowiednim wyważeniu danego prawa, w tym przypadku prawa własności, z interesem publicznym. Nie może być tak, że szala przeważa w 100 proc. na jedną bądź drugą stronę. Trzeba, chroniąc istotę danego prawa, wziąć pod uwagę zasadę pomocniczości oraz zasadę proporcjonalności. Czyli ustawodawca może ingerować we własność, powołując się na interes publiczny, ale tylko w pewnym zakresie, dla osiągnięcia prawnie chronionych celów, lecz bez angażowania nadmiernych środków. Nasz ustawodawca konstytucyjny za dużo na ten temat nie napisał. Ale są tacy, którzy twierdzą, że w polskiej konstytucji znajduje odzwierciedlenie to, co literalnie zawarto w konstytucji niemieckiej. A tam mamy jedno krótkie zdanie, które załatwia sprawę: własność zobowiązuje.
Nasza konstytucja nie mówi tego wprost.
Ale jak otworzyć komentarz prof. Winczorka, okaże się, że można to wywieść. Dlaczego? Ponieważ mamy społeczną gospodarkę rynkową, a ta zakłada społeczną rolę własności, czyli że jest ona nie tylko prawem, ale i zobowiązaniem wobec społeczeństwa. Wymusza więc poddanie się ograniczeniom w imię dobra wspólnego i interesu publicznego. Dlatego teraz zaczynają odżywać te stare pomysły mówiące o tym, że własność nie jest zdefiniowana od strony negatywnej, lecz pozytywnej.
Nie ma pan wrażenia, że obecnie dość wybiórczo czyta się konstytucję? Przytacza się art. 21, gdzie jest wprost powiedziane, że Rzeczpospolita chroni własność i dziedziczenie, i podkreśla się, że w art. 20 określono własność oraz wolność działalności gospodarczej jako podstawę ustroju gospodarczego RP.? O tym, że w tym samym artykule wskazano, że zasadza się ona na solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych, pamięta się jakby mniej.
Zgadzam się. Konstytucja jest miejscami napisana w sposób ezopowy. Gdyby ją porównać z przyjętymi stosunkowo niedawno w innych państwach: z konstytucją hiszpańską, portugalską, szwajcarską, fińską czy konstytucjami krajów postsowieckich, to merytorycznie te ustawy zawierają to samo. Tylko w naszej konstytucji wszystko osnute jest mgiełką - niby coś ustawodawca chciał powiedzieć, ale niech sobie każdy wyczytuje, co chce. Nie mówiąc o tym, że konstytucji, podobnie jak encyklik papieskich, nikt prawie nie czyta.
Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Skoro prawo własności nie jest nieograniczone, mamy to zapisane w konstytucji, mamy wyroki Trybunału Konstytucyjnego, orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, to dlaczego wciąż możliwe są takie sprawy, jak działanie czyścicieli kamienic czy wieloletnie blokowanie budowy drogi przez właściciela jakiegoś domku stojącego na trasie?
Jesteśmy potwornie zapóźnieni. Nawet przed wojną tak nie było, bo choć wówczas respektowano prawo własności, to i ochrona lokatorów było dużo większa niż teraz. Planowanie i zagospodarowanie przestrzenne, z punktu widzenia władzy publicznej i interesu ogółu, również było lepsze. Jak ktoś parcelował ziemię pod zabudowę, musiał przeznaczyć 25 proc. terenu na cele publiczne, utrzymywać go, a do tego gmina miała w każdej chwili prawo zażądać nieodpłatnego przekazania. W konstytucji marcowej gwarancje prawa własności były dokładnie takie same jak teraz, jeśli nie większe. I to było normalne. Tak po prostu jest w normalnych krajach.
Ci sami właściciele, którzy na mocy przedwojennych przepisów musieli oddawać teren np. pod budowę drogi, teraz występują w roszczeniami.
To, że domagają się odszkodowań, to jedno, a czy je otrzymają, to drugie. Moim zdaniem takie roszczenia są bezpodstawne. Jednak faktem jest, że po kilkudziesięciu latach lekceważenia własności, jakie zafundował nam komunizm, mamy teraz przechył w drugą stronę. Ale prędzej czy później i u nas będzie tak jak w innych krajach rozwiniętych. Gdyby we Francji ktoś dziś powoływał się na nienaruszalne, święte prawo własności, uznano by go za osobę niepoczytalną.
U nas za wariata uznaje się kogoś, kto mówi, że prawo własności święte nie jest.
Pytanie, czy to nie z powodu innych argumentów, jakie formułuje niejako przy okazji.
Pan też twierdzi, że prawo własności to żadna świętość, a właściciel ma obowiązki wobec osób trzecich, względem społeczeństwa czy otoczenia. Takich ludzi określa się u nas mianem komunistów, lewaków czy w najlepszym razie socjalistów.
Jeśli papież Leon XIII może być uważany za takiego, Pius XI, Jan Paweł II, Konrad Adenauer, to dlaczego nie znajdować się w takim towarzystwie? De Gaulle’a, który był wielkim konserwatystą - a moim zdaniem udane reformy mogą przeprowadzić tylko konserwatyści - też niektórzy uznawali za socjalistę. A on się tylko z tego śmiał i robił swoje. Znów można się w tym miejscu odwołać do tego, jak oceniamy PRL. Ten okres to wielka wyrwa w naszym rozumieniu prawa własności. Gdybyśmy po prostu kontynuowali dyskurs obowiązujący przed II wojną światową, inaczej byśmy dziś patrzyli na tę kwestię.
Czyli mamy do czynienia z odreagowaniem komunizmu? We wszystkich krajach postsowieckich zdecydowaną większość nowo budowanych mieszkań stanowią prywatne, w przeciwieństwie do krajów zachodnich, gdzie jest rozbudowane mieszkalnictwo czynszowe.
To akurat moim zdaniem wynika z różnych tradycji. W najbogatszym poza Luksemburgiem kraju Europy, czyli w Szwajcarii, prawie nie ma prywatnych mieszkań.
Za to w Rumunii, czyli kraju biednym i postkomunistycznym, ponad 96 proc. nieruchomości stanowią te prywatne.
Tak, ale we Włoszech, w Hiszpanii czy Portugalii też ogromną większość mieszkań stanowią własnościowe. Powiedziałbym raczej, że w krajach o tradycji wiejskiej jest nastawienie na własność, a tam, gdzie dominuje tradycja miejska, jest nastawienie na najem. Gorliwość wolnorynkowych neofitów z jednej i niewydolność władz publicznych z drugiej strony powodują, że u nas też większość stanowią mieszkania prywatne.
Jednak na postrzeganie prawa własności komunizm nie pozostał bez wpływu. Lekceważenie i zerwanie z tym wszystkim, co podlegało ewolucji przez dziesiątki lat, i zrobienie potwornego bałaganu we wszystkim, a przede wszystkim w ludzkich głowach, spowodowało, że dopiero zaczynamy powoli z tego wychodzić. Niby jesteśmy w Europie, niby wszystko wiemy, wszystko chłoniemy, ale jeśli chodzi o świadomość, to znajdujemy się na zupełnie innym etapie rozwoju. Jesteśmy zapóźnieni. Tak się historycznie złożyło, ale jak nie będzie się na to zwracać uwagi, nigdy tego nie wyeliminujemy. Przekonanie, że jest inaczej niż w rzeczywistości, może się utrzymać niesłychanie długo. Paradoksalnie jednak definicja własności z art. 140 kodeksu cywilnego, mimo że pochodzi z zupełnie innego okresu, doskonale się dzisiaj sprawdza.
Mówimy o przepisie z 1964 r.? "W granicach określonych przez ustawy i zasady współżycia społecznego właściciel może, z wyłączeniem innych osób, korzystać z rzeczy zgodnie ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem swego prawa, w szczególności może pobierać pożytki i inne dochody z rzeczy. W tych samych granicach może rozporządzać rzeczą".
Ta definicja praktycznie się nie zmieniła. Choć stworzona w innym czasie, dla innych celów, przypadkowo pasuje do naszej rzeczywistości. Jednak przepisy to jedno, a ich interpretacja to drugie. Do niedawna jeszcze święte prawo własności tkwiło w głowach sędziów administracyjnych. Jakie oni dziwne rzeczy wypisywali w sprawach dotyczących planów zagospodarowania przestrzennego czy nieszczęsnych warunków zabudowy! Dużo lepiej niż w sądach administracyjnych wyglądało to w sądach powszechnych.
Chciałem zapytać, skąd bierze się błędne interpretowanie prawa w kwestiach własności na znacznie niższych szczeblach, wśród policjantów czy urzędników, ale to chyba bezcelowe, skoro nawet sędziowie tego nie rozumieją.
To nie jest kwestia rozumienia, tylko ideologii. Można mieć przed oczami określone przepisy, ale ich interpretowanie zależy od podejścia tych, którzy je czytają.
A co z osobami, które mają stosować prawo? Przecież nie będą dokonywały ciągłego wyważania racji?
Policjant czy urzędnik nie jest od takich subtelnych rozważań, jak rozwiązać kolizję praw i wartości. On powinien mieć takie prawo i takie instrukcje, by wiedział, jak się w danej sytuacji zachować. Jeśli za drzwiami dzieje się coś złego, policjant musi wiedzieć, jakie działania może podjąć. A nie, jak jest teraz, nie zrobić nic, by w razie czego nie zostać ukaranym. To jest kwestia porządnego prawa i porządnych instrumentów wykonawczych w obrębie administracji. A takich nie mamy. Śmiejemy się, że jak w Wielkiej Brytanii urzędnik przychodzi do ministerstwa, dostaje obszerny podręcznik, gdzie niemalże jest dokładnie napisane, na który wieszak ma odwieszać płaszcz. Może to i śmieszne, że każda czynność jest uregulowana. Ale jeśli taki urzędnik będzie postępował zgodnie z wytycznymi, nikt nie ma prawa mieć do niego pretensji. U nas każdy resort ucieka od rozstrzygnięcia i pokazania, że coś można zrobić tak i tak. Wszystko spada więc na biednego policjanta, urzędnika czy sędziego w sądzie rejonowym. To oni ponoszą odpowiedzialność za to, co mogli zrobić ci, którzy powinni mieć trochę więcej oleju w głowie.
Ci, którzy powinni mieć trochę więcej oleju, jak eksperci Biura Analiz Sejmowych, piszą, że nie są potrzebne zmiany w prawie uniemożliwiające odcinanie lokatorom mediów, bo przecież ci mogą myć się u znajomych, a wodę czerpać z hydrantów.
Jest wolność słowa, każdy ma prawo powiedzieć największe głupstwa. Nazwisko tego eksperta jest znane. Najlepiej byłoby poprosić go, by pokazał, jak on to robi. Nawet dobrze, że się takie kwiatki zdarzają, bo biją po oczach.
Teraz można ludziom odciąć wodę czy prąd i wszyscy rozkładają ręce.
Bo nikt nie wpadnie na pomysł, że wprowadza się zagrożenie sanitarne. O prawie własności, które należy do praw pierwszej generacji, czyli historycznie najstarszych praw podstawowych, dużo się mówi, ale o prawach drugiej i trzeciej generacji jak prawo do ochrony środowiska, ochrony zdrowia czy właśnie do mieszkania - malutko. Zgoda, tych praw zasadniczo w XIX w. nie było, ale dzisiaj nie tylko są, lecz są uważane za równie obowiązujące.
Ale my generalnie godzimy się na ograniczenie naszych praw i wolności, o ile nie dotyczą prawa własności. Mamy ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii, która penalizuje posiadanie narkotyków na własny użytek i karze więzieniem za de facto działanie na szkodę swojego własnego zdrowia. Lecz jeśli z tych samych powodów - z troski o zdrowie obywateli - wysuwane są pomysły, by zakazać palenia tytoniu we własnych samochodach bądź mieszkaniach, wtedy mówi się o nadmiernej ingerencji we własność prywatną obywateli.
Tego nie da się sensownie wyjaśnić, bo to kwestia ideologiczna. Prohibicję również wprowadzono ze względów ideologicznych, a Amerykanie nigdy nie pili tyle, ile w czasie jej obowiązywania. Prohibicja się skończyła i front walki z narkotykami też się łamie. Ale to nie jest problem indywidualny, lecz społeczny. Trzeba odróżnić to, co jest ograniczeniem wolnej woli ze względów ideologicznych czy religijnych, od skutków społecznych, jakie wiążą się z brakiem tego ograniczenia. Trzeba bowiem postawić pytanie, dlaczego za to, że ktoś zatruł się tym czy owym, ma płacić społeczeństwo, które przecież finansuje leczenie skutków stosowania używek. Gdyby była możliwość niekorzystania z żadnych świadczeń ochrony zdrowia, to proszę bardzo. Każdy jest dorosły. A teraz - jeden pali, ale koszty ponoszą wszyscy.
Więc zakaz palenia tytoniu we własnym domu byłby dopuszczalną ingerencją w prawa i wolności obywatelskie?
Nie. Każdy sobie może robić, co chce, chyba że naraża innych. Jak ktoś pije, bo musi, pali, bo musi, zażywa narkotyki, bo musi, to proszę bardzo, ale niech sam ponosi koszty tego skutków. To dopiero byłby problem, gdyby się nagle pozbawiało np. emerytów prawa do korzystania z ubezpieczenia zdrowotnego. Ale jest to jakiś sposób, bo przecież wolność ma swoje granice. John Locke, a nie było chyba większego teoretyka wolności, twierdził, że istnieje zasadnicza różnica między wolnością a czymś, co tłumaczy się jako swawolę, czyli pomiędzy "freedom" i "liberty" a "license". Ta druga to nieuprawnione nadużycie wolności, która wykracza poza sens życia społecznego. Dla każdego porządnego liberała są więc naturalne ograniczenia wolności. Do Deklaracji praw człowieka i obywatela wpisano, że ograniczeniem wolności jest to, by korzystając ze swojej wolności, nie naruszyć wolności innych. To nie jest wiedza tajemna, lecz abecadło, które jak podejrzewam, przed wojną było powszechnie znane każdemu, kto kończył szkołę średnią.
Czy absolutyzowanie prawa własności nie hamuje postępu?
Do XVIII w. nie było żadnej ochrony własności intelektualnej i każdy mógł kopiować do woli. Potem na szczęście pojawiły się patenty i ochrona prawnoautorska, ale teraz z kolei przesadzamy w drugą stronę. Owszem, wyprodukowanie nowego leku i przebadanie go pochłaniają olbrzymie kwoty. Więc gdyby nie było ochrony patentowej, to nie mielibyśmy takiego postępu w tym zakresie.
Ale nowe leki nie wchodzą na rynek, bo muszą się zwrócić nakłady poniesione na te stare.
Być może, ale gdyby nie było ochrony własności intelektualnej, koncerny farmaceutyczne nie miałyby interesu w tym, by ponosić koszty opracowania nowego leku. Wszystko rozbija się więc o wyważenie interesów właściciela praw intelektualnych i zainteresowanych korzystaniem z tego dorobku. W przypadku farmaceutyków jakoś to wychodzi. Ochrona patentowa nie jest za długa, a kiedy wygaśnie, leki może produkować każdy, co wychodzi lepiej lub gorzej. Są też przypadki o wiele bardziej wątpliwe. Ochrona praw autorskich trwa już obecnie 70 lat po śmierci twórcy. Biegają później przedstawiciele najprzeróżniejszych ZAiKS-ów po fryzjerach i pobierają po pięć złotych. To nie ma nic wspólnego z postępem. Czy temu ma służyć własność?
Pamiętajmy, że jest ona potrzebna, bez niej nie byłoby tego motoru, który, nie tylko w naszej cywilizacji, pobudza ludzi do działania. Z drugiej strony, własność nie jest wartością absolutną wobec innych wartości i praw, bo mamy tylko jedną wartość absolutną - godność każdego człowieka. Można to wyczytać z art. 30 konstytucji. Od tego też zaczyna się Karta praw podstawowych Unii Europejskiej. Inne podstawowe wartości, zasady i prawa, w tym własność, nie są absolutne.
Gdyby we Francji ktoś dziś powoływał się na nienaruszalne, święte prawo własności, uznano by go za osobę niepoczytalną. Prędzej czy później i u nas tak będzie
@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.00000040a.803.jpg@RY2@
materiały prasowe
Hubert Izdebski, adwokat i radca prawny. Profesor zwyczajny na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładowca na wielu uczelniach zagranicznych, m.in. we Francji, w Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i USA. Wybitny administratywista, ekspert OECD w zakresie zarządzania publicznego, autor wielu publikacji z zakresu prawa gospodarczego. W sierpniu ukazała się jego książka "Ideologia i zagospodarowanie przestrzeni" traktująca m.in. o konflikcie prawa własności z interesem publicznym, czego efektem jest rosnący nieład przestrzenny
@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.00000040a.104.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.00000040a.105.jpg@RY2@
Stanisław Kowalczuk/East News
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu