Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo administracyjne

Dobry początek to za mało

14 sierpnia 2015
Ten tekst przeczytasz w 23 minuty

Dyskusje nad procedurą administracyjną i jej ocena dokonywana poprzez orzecznictwo WSA oraz NSA traktowane jako wzorzec dla praktyki w nieuchronny sposób tracą na świeżości i dynamice

@RY1@i02/2015/157/i02.2015.157.070000400.805.jpg@RY2@

Projekty poważniejszych reform prawnych bynajmniej nie zawsze mają służyć ich rzeczywistemu przeprowadzeniu. Ześrodkowanie uwagi środowiska wokół pewnych zagadnień jest wartością samą w sobie, a prowadzenie dyskusji czasem jest więcej warte niż pospieszne parcie do podjęcia konkretnych prac legislacyjnych.

Tak działają np. cieszące się ponad 150-letnią tradycją niemieckie konferencje DJT, gdzie referaty problemowe zaczynają się nieśmiertelną formułą "inwieweit empfiehlt sich" (jak dalece zaleca się...) i tu następuje wyłuszczenie problemu. Podobnie było - na poziomie unijnym - z różnymi inicjatywami w zakresie harmonizacji prawa umów.

Założenie zmiany legislacyjnej jako podstawy dyskusji pozwala na ujęcie sprawy z perspektywy nie tylko ściśle teoretycznej możliwości, ale prawnopolitycznego zadania: dostrzeżenie "za" i "przeciw" regulacji nie tylko co do zasady, ale i z uwzględnieniem trudności taktycznych, czy wynikających z konieczności uwzględnienia ścieżki dojścia do planowanego rozwiązania. Lepiej można bowiem wtedy docenić nie tylko teoretyczne warianty (co dominuje w naszych jakże chętnie zgłaszanych wnioskach de lege ferenda), ale i sytuacyjno-społeczne możliwości realizacyjne i implementacyjne.

Poza tym taka dyskusja wzbogaca i rozwija dyskutantów - wyczula ich na to, że "w ogóle można inaczej" aksjologicznie, merytorycznie czy taktycznie. Wpływa to na wytwarzanie się wspólnego prawniczego języka czy - mówiąc nieco górnolotnie z Common Frame of Refences - w zakresie dogmatycznym. W Polsce, niestety, takie podejście nie tylko nie jest powszechniej praktykowane, ale bywa często po prostu niezrozumiane.

Możliwość szerszej refleksji

Przygotowanie przez zespół ekspertów pod kierunkiem prof. Zbigniewa Kmieciaka obszernego, ponad trzystustronicowego raportu o reformie prawa o postępowaniu administracyjnym (ukazał się w czerwcu br., poświęcono mu konferencję organizowaną w NSA) jest przedsięwzięciem, które bynajmniej nie oznacza natychmiastowego przystąpienia do prac legislacyjnych. Natomiast zakres poruszanych tam problemów i ich prawnoporównawcze zakotwiczenie daje szansę na pogłębienie ocen i szerszą aksjologiczną refleksję.

Dyskusje nad procedurą administracyjną i jej ocena dokonywana poprzez orzecznictwo WSA oraz NSA traktowane jako wzorzec dla praktyki w nieuchronny sposób tracą na świeżości i dynamice. Istniejący wzorzec jest bowiem punktem odniesienia, gdy tymczasem idzie właśnie o to, czy on akurat jest efektywny. Dyskusja jest przy tym trudna, bo z jednej strony oceny w tym zakresie są silnie nacechowane tym, co ich apologeci nazywają "chwalebną wstrzemięźliwością sędziowską", a krytycy wygodnym oportunizmem, nakazującym jak najwęziej interpretować własną kognicję.

A jednocześnie, z drugiej strony - nacisk praw człowieka (i kształtowane przez nie oczekiwania) wymagają od ochrony sądowej efektywności. I to działa opozycyjnie wobec pierwszej tendencji. Ma tu rację Z. Kmieciak, gdy we wstępie do raportu pisze o konieczności uzyskiwania w naszych czasach, i z uwagi na przynależność do tradycji europejskiej, szerszej (nie tylko wynikającej z formalnej zgodności z prawem) legitymizacji postępowań administracyjnych, decyzji i wyroków. Formalizm procedury jest oczywiście koniecznością; jednakże jego stopień był już tematem krytycznych raportów (D. Galligan, M. Matczak, "Strategie orzekania sądowego", 2005 r.), a powszechne dążenie sądów do wąskiego ujmowania swej kognicji i w związku tym pozbywania się spraw bez merytorycznego rozstrzygnięcia - problem powiększa.

Interesy prawny i faktyczny

Jedną z wielu przyczyn tego stanu rzeczy w postępowaniu administracyjnym jest wąziutkie dopuszczenie udziału podmiotów zainteresowanych w postępowaniu. Jest ono węższe, niż wynika to z brzmienia art. 28 k.p.a. W praktyce bowiem cezura między interesem prawnym (uzasadniającym udział) a interesem faktycznym (wykluczenie z postępowania) zakreśla szerokie pole temu ostatniemu, a wąskie - interesowi prawnemu, czyniąc to przy pomocy różnych narzędzi i środków interpretacyjnych.

Usprawiedliwieniu tego przesunięcia służy wiele wyjaśnień i konstrukcji (ujęcie strony - procesowe, i zobiektywizowane i praktyczne odczytanie tego teoretycznego konstruktu), niechęć do różnicowania form i postaci udziału: albo strona pleno titulo, albo nic. Jedyną formą alternatywną jest (także nie nadzwyczajnie uregulowany w art. 31 k.p.a. i niezbyt chętnie dopuszczany) udział organizacji społecznych. Z nim są związane inne, swoiste problemy i ta instytucja nie może tu być traktowana "zamiast", jako paliatyw zbyt wąskiego dopuszczenia jako stron do udziału w postępowaniu.

Z tego punktu widzenia już choćby rozwiązanie przedwojennego rozporządzenia prezydenta o postępowaniu administracyjnym (dalej r.p.a.) z jej "stroną interesowaną", której umożliwiano udział poprzez fachowego pełnomocnika i w ograniczonym zakresie aktywności - było bardziej elastyczne i (horribile dictu) demokratyczne. Przecież obecnie podmioty korzystające (w oparciu o różne, ale jednak prawne tytuły) z nieruchomości, których dotyczy sprawa administracyjna (najczęściej meldunkowa, budowlana, reprywatyzacyjna, z zakresu ochrony środowiska) kwalifikuje się jako beneficjentów interesu czysto faktycznego i z tej przyczyny odmawia się im udziału w postępowaniu. Dzieje się tak, choć efekt sprawy decyduje o ich żywotnych interesach mieszkaniowych i gospodarczych, bo są one ześrodkowane w owej nieruchomości. Jest to rozwiązanie wygodne dla organu i sądu, ale kiepskie z punktu widzenia możliwości rozwiązania naprawdę konfliktu leżącego u podłoża "sprawy", już nie wspominając o bardzo problematycznej ochronie uzasadnionych interesów tych osób.

Bolesne konsekwencje

Orzecznictwo w tych sprawach (sądząc po orzecznictwie sądowoadministracyjnym) jest niejednolite i nieusystematyzowane. Przypomnieć jednak należy o pewnych typowych problemach społecznych, u których źródeł leży nazbyt wąski udział w postępowaniu administracyjnym.

Na podstawie krytykowanego tu ujęcia art. 28 k.p.a. odmawiało się i odmawia z racji "braku interesu prawnego" udziału w rozmaitych postępowaniach reprywatyzacyjnych mieszkańcom, najemcom, dzierżawcom nieruchomości zwracanych - przyjmując, że sprawa toczy się tylko między właścicielem i żądającym zwrotu. To doprowadziło zresztą do wypaczenia idei tzw. małej reprywatyzacji, realizowanej poprzez orzecznictwo sądowoadministracyjne w ramach art. 156 k.p.a. Albowiem abstrahowano przy ocenie skutków prawnych od punktu widzenia tych, których pozbawiano - sztucznie - udziału w sprawie. To zaś uniemożliwia prawdziwe "ważenie", niezbędne w celu osiągnięcia rozwiązania nie zero-jedynkowego, lecz proporcjonalnego. Wstąpienie w najem (przy ekscesywnej wykładni art. 678 k.c., utożsamiającej "zbycie", o którym mowa w k.c., z działaniem decyzji reprywatyzacyjnej) nowego właściciela przecież właśnie wystawiało najemców na rugi. Tych ostatnich by nie było bez reprywatyzacji. Inna sprawa, że meandry tego orzecznictwa na tle art. 156 k.p.a. i w jego ramach ewolucja dopuszczalności i zakresu, zmienna interpretacja pojęć interesu, nieodwracalnych skutków prawnych a także wzajemnych relacji poszczególnych przesłanek w ramach mechanizmu reprywatyzacji są warte znacznie głębszej analizy, niż się to zwykło robić.

Inny przykład - sprawa jest już zakończona, ale np. ta kwestia też zaważyła na wyłączeniu drogi sądowej w odniesieniu do najemców i dzierżawców nieruchomości stanowiących ekwiwalent przyznawany w ramach roszczeń Kościoła katolickiego. W końcu wobec nich nigdy nie wyłączono ochrony sądowej, lecz nigdy też praktyka (sądowoadminstracyjna) nie dostrzegała w nich nawet potencjalnych stron postępowania.

Nie tak dawno mieliśmy do czynienia ze skandalem (smakowicie zresztą eksploatowanym politycznie) na tle zburzenia nielegalnie pobudowanego siedliska Romów we Wrocławiu. Sprawa jest typowa. Samowolę budowlaną tolerowano od kilku lat i rozwiązano ją przez zburzenie budynków pod nieobecność mieszkańców. Stronami postępowania byli: organy nadzoru budowlanego i właściciel terenu tolerujący samowolę, tj. gmina. Mieszkający w zburzonym domu Romowie stroną nie byli i ponoć nie zostali nawet poinformowani o rozbiórce. Formalnie było wszystko w porządku. Można nawet rozumieć pragmatycznie motywowaną niechęć do czynienia stroną autorów samowoli, zainteresowanych jej trwaniem. Podobnie jak można rozumieć identycznie pragmatycznie motywowaną niechęć organów administracji i sądów administracyjnych do udziału organizacji społecznych na prawach strony (zwłaszcza gdy idzie o organizacje mające w statucie ochronę środowiska). Wszak im więcej uczestników o maksymalnie rozbieżnych interesach, tym trudniej organowi nie tylko sprawnie, ale w ogóle prowadzić postępowanie. Dlatego ongiś r.p.a. starał się minimalizować trudności poprzez ograniczenia osobistego i zakresowego udziału osób zainteresowanych (mogły one działać poprzez pełnomocnika, a ich status nie obejmował wszystkich uprawnień strony). Niemniej historia wrocławska - pozbawienie jakiegokolwiek udziału w sprawie, nawet winnych samowoli - razi, gdy w grę wchodzi tak ważne dobro jak mieszkanie, a administracyjny establishment sam przez lata toleruje bezprawie. Nie posunę się tu do postawienia tezy o naruszeniu prawa do prywatności na skutek samej eksmisji. Ale już sposób jej prowadzenia (i to nawet w świetle oficjalnych informacji administracji przekazanych interweniującym NGOs) taki wniosek usprawiedliwia. Ciekawe byłoby rozstrzygnięcie Strasburga wyczulonego na uchybienia dotyczące uczciwości i rzetelności procedury.

Niezrównoważony parytet

Nie miejsce tu na przytaczanie innych przykładów orzecznictwa, gdzie zbyt wąskie dopuszczenie do udziału w postępowaniu spowodowało niekorzystne społeczne skutki. Sztuczne ograniczanie dostępu do prawa kosztuje utratą zaufania - tego samego, o którym mówi art. 2 konstytucji, i tego samego, którego brak kładzie się cieniem na społeczna ocenę przyjazności państwa i efektywność przyznawanej ochrony prawnej.

Przykro też stwierdzać, że ustawodawca sprzed bez mała stu lat widział problem bardziej nowocześnie i demokratycznie.

Dodajmy, że obecnie organy administracji na skutek skądinąd pozytywnego parytetowego komponowania składu samego organu z udziałem branżowo zainteresowanych tracą cechę zobiektywizowanego wyraziciela interesu ogólnego. Przy niezrównoważonym parytecie (sprawa u nas wypłynęła przy okazji sporów o kształt ustawy regulującej wykorzystanie zwierząt doświadczalnych) i wąskim udziale zainteresowanych grozi to decyzjami wydawanymi bez należytego wyważenia wszystkich interesów, niezbędnych dla oceny sytuacji. Problem dostrzegł ETS, nakazując (na tle Konwencji z Aarhus, sprawa z 2011 r., C-240/09) Słowacji tak ukształtować procedurę administracyjną, aby zapewnić efektywną reprezentację wszystkim interesom wchodzącym w grę.

Pisać każdy może

W projektach reformy postępowania administracyjnego przewidziano dodanie jako art. 31 lit. a przepisu zezwalającego osobie niebędącej stroną na przedstawienie (z rygorem umieszczenia w aktach sprawy) poglądu na tę sprawę. To ukłon (bardzo skromniutki) w kierunku osób obecnie kwalifikowanych jako mające interes faktyczny w sprawie. Kierunek jest dobry, krok mały.

Być może gdyby raport uzupełniono bardziej pogłębioną i wskazującą na skutki analizą orzecznictwa na tle art. 28 k.p.a. (i choćby art. 31 par. 3), wnioski byłyby odważniejsze. Także żal, że nie pokuszono się o przedstawienie sprawy w świetle oczekiwań i aspiracji wynikających z ETPC i acquis communautaire.

Pisać bowiem, jak wiadomo, każdy może, do każdego i wszędzie. A w realiach nie osiągamy tu nawet poziomu, jaki ongiś zapewniał art. 9 r.p.a.

Historia wrocławska - pozbawienie jakiegokolwiek udziału w sprawie, nawet winnych samowoli - razi, gdy w grę wchodzi tak ważne dobro jak mieszkanie, a administracyjny establishment sam przez lata toleruje bezprawie. Ciekawe byłoby rozstrzygnięcie Strasburga wyczulonego na uchybienia dotyczące uczciwości i rzetelności procedury

W projektach reformy postępowania administracyjnego przewidziano dodanie jako art. 31 lit. a przepisu zezwalającego osobie niebędącej stroną na przedstawienie (z rygorem umieszczenia w aktach sprawy) poglądu na sprawę. Kierunek jest dobry, krok mały

@RY1@i02/2015/157/i02.2015.157.070000400.806.jpg@RY2@

Radek Pietruszka/PAP

@RY1@i02/2015/157/i02.2015.157.070000400.807.jpg@RY2@

Rafał Oleksiewicz/Reporter

prof. Ewa Łętowska

prawniczka, pierwszy polski rzecznik praw obywatelskich, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999-2002

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.