Nie ma obowiązku lubić krów, ale prawa nie stosujmy odruchowo
Sprawą tą żyło przez miesiąc pół Polski, może ćwierć. Nazwano je wolnymi krowami, zachwycano się nimi, gdyby ściany na Facebooku były materialne, runęłyby pod ciężarem obrazków. A te były sielskie, anielskie: cudne krowy leżą na łące, obok cielęta, wszystkie szczęśliwe, czyli prawie jak w reklamach nabiału, tyle że tu działo się tak naprawdę i scenki nie były inscenizowane. Polacy romantycy, lubimy uciekinierów i buntowników (patrz sprawy innej krowy, która zbiegła z transportu, czy guźca – eksartysty cyrkowego, który ukrywał się w mazowieckich lasach, aż pewnie zdechł zimą). Choć więc owe krowy wcale nie uciekły, tylko zostały porzucone, po czym okazało się, że radzą sobie świetnie bez człowieka, rozmnażają się bez sztucznej inseminacji i tworzą prawdziwą krowią społeczność, zaczęliśmy im kibicować. A był powód, żeby się zacząć nimi przejmować.
Krowy były „wolne”, czyli nieoznakowane. W związku z tym powiatowy lekarz weterynarii na podstawie art. 1 ust. 2 rozporządzenia Komisji Europejskiej nr 494/98 zarządził „zniszczenie” zwierząt (tak, taki jest język rozporządzeń), gdyż może to zrobić „w stosownych przypadkach i na podstawie oceny ryzyka dla zdrowia zwierząt i bezpieczeństwa żywności” (chodzi oczywiście o zdrowie innych zwierząt, w przypadku zniszczenia zachodzi w końcu utrata zdrowia w 100 proc.), jeżeli właściciel zwierzęcia nie może potwierdzić autentyczności jego „identyfikacji i identyfikowalności”. W skrócie: niby miał prawo, bo tak ocenił ryzyko, ale trochę jakby nie miał, bo zdaje się, że nie zbadał (jakby napisał prawnik: przedmiotowych) krów. Badania przeprowadzono później, w co zaangażowała się strona społeczna, bo ta się na szczęście dla stada pojawiła w grze. I krowy okazały się zdrowe, czyli chyba jednak lekarz do zarządzenia „zniszczenia” zwierząt prawa nie miał. I – choć takiego wniosku w kolejnych krokach prawnych brak – w zasadzie potwierdził to to ten sam powiatowy lekarz weterynarii w decyzji wygaszającej (nr 120/2019) poprzednią decyzję nr 204/2018.
Po drodze w sprawę zaangażował się minister rolnictwa, deklarując najpierw, że stado nie zostanie zniszczone, tylko przekazane po badaniach do państwowego lub prywatnego gospodarstwa rolnego, na co nie mogła się zgodzić strona społeczna (reprezentowana przez Polskie Towarzystwo Etyczne z prof. Andrzejem Elżanowskim i mec. Karoliną Kuszlewicz, którzy prowadzili negocjacje z resortem). Dzięki rozmowom „wolne krowy” nie tylko nie zostały zabite, lecz także nie trafiły do żadnej z „fabryk jedzenia”. Prawdopodobnie zostaną „żywymi kosiarkami” w uzgodnionym z PTE miejscu. Sprawa wieloletnich zaniedbań urzędników zakończyła się szczęśliwie dla zwierząt, które po raz kolejny wymknęły się systemowi. Nie stałoby się to, gdyby nie powszechne ruszenie obywateli – nie tylko na internetowych ściankach, także na miejscu, gdzie krów po prostu pilnowali ochotnicy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.