Seremet: prawo, rock i książki
Ze względu na jego zawodowe doświadczenie i temperament walka o fotel szefa Prokuratury Generalnej musiała stanowić nie lada wyzwanie. Andrzej Seremet nie kojarzył się z żadnym środowiskiem, dla świata polityki stanowił wielką zagadkę, nikt za nim nie stał i pewnie dlatego wygrał. Półtora roku temu wielki fan klasycznego rocka, głównie Led Zeppelin, i miłośnik pozytywistycznej literatury zdjął sędziowską togę i stanął na czele polskich prokuratorów
Gdy zapowiedziano konkurs na stanowisko prokuratora generalnego, nawet przez chwilę nie przyszło mu do głowy, że to może być pomysł na dalszą karierę. Ponad dekadę zajmował się sędziowaniem (od sądu rejonowego w Tarnowie po delegacje do Sądu Najwyższego), a poza studenckim NZS nie należał nigdy do żadnych stowarzyszeń, organizacji, nie uczestniczył w życiu publicznym, nigdy nigdzie nie kandydował. Kiedy więc znajomy prokurator zadzwonił z pytaniem, czy nie zechciałby wystartować w tym konkursie, odparł: - Nie wygłupiaj się.
Odłożył słuchawkę i opowiedział żonie jako żart. Ale gdy podobne telefony zaczęły się powtarzać, sędzia Seremet zaczął się zastanawiać nad tą propozycją. - Choć to faktycznie zupełnie nie w moim stylu. Nigdy się nigdzie nie pchałem, zgodnie z małopolskim powiedzeniem: Siedź w kącie, a znajdą cię - opowiada.
Jego sędziowskie doświadczenie musiało być dużym atutem, na prokuraturę patrzył dotąd tylko z zewnątrz, nie znał wewnętrznych konfliktów i układów. Ale ponieważ nikt za nim nie stał i nie lobbował, dla świata polityków stanowił też wielki znak zapytania. Tuż przed ostateczną decyzją zaprosił go na rozmowę prezydent Lech Kaczyński. Sędzia przyjechał na kilkugodzinne spotkanie do Warszawy, w jednej koszuli, jak dziś mówi, spodziewając się raczej kurtuazyjnej wymiany zdań. Rozmowa trwała cztery dni - gdy nadchodził wieczór, Kaczyński mówił: - Dokończymy jutro.
Choć nieco różnili się w stosunku do efektów represyjnego prawa (sędzia prezentuje bardziej liberalny stosunek niż nieżyjący prezydent) i choć nie zapowiadał w prokuraturze wielkiej rewolucji ("Po rewolucji przychodzi zawsze okres postrewolucyjny. Nie widziałem powodu, by narażać prokuratorów na tak poważne konwulsje"), dostał nominację.
Rewolucji faktycznie nie przeprowadził, ale sporo zmienił. Przez półtora roku wymienił co trzeciego szefa prokuratur rejonowych i okręgowych. Skala tych zmian, jak mówi, pewnie byłaby większa, zwłaszcza w najmniejszych ośrodkach, gdyby nie słabość kadr - często nie sposób znaleźć lepszych następców. Przede wszystkim jednak Andrzej Seremet miał gwarantować prokuraturze, wyjętej spoza politycznych wpływów, całkowitą niezależność. Wygląda na to, że się udało. - Przez półtora roku media nie zarzuciły nam ani razu ręcznego sterowania i nacisków politycznych - przypomina Mateusz Martyniuk, rzecznik Prokuratury Generalnej. A sam Seremet z satysfakcją wyznaje: - Żaden polityk nie śmiał do mnie zadzwonić i sugerować rozwiązania danej sprawy.
On sam zresztą może interweniować w decyzje podwładnych tylko w bardzo określonych przypadkach, co nie zawsze go cieszy: - Ta prokuratorska niezależność czasem mi doskwiera, bo nie wszystkie decyzje prokuratorów uważam za mądre - mówi otwarcie.
Do Warszawy nie przeprowadził się na stałe - żona i kilkuletnie dziecko zostali pod Tarnowem, gdzie co weekend Seremet wraca. Tam trzyma całą kolekcję nagrań Led Zeppelin, którego jest wielkim fanem. Po pracy nałogowo czyta wszystkie gazety, kiedy ma więcej czasu, pochłania książki. Obowiązkowa lektura w czasie wakacyjnych wyjazdów to Prus i Reymont ("Chłopów" czyta zwykle co pięć lat), zresztą bardzo ceni cały nurt chłopski w literaturze ("Konopielka" co roku).
Przez lata fascynowały go Stany Zjednoczone. Pierwszy raz chciał tam wyjechać krótko po studiach, w II połowie lat 80., ale "ze względów społecznych" władze nie wydały mu paszportu. - Byłem wtedy asesorem sądowym, więc czułem się mocno upokorzony - wspomina. - To były naprawdę przykre czasy: gnijący socjalizm, ciągły kryzys, beznadziejne perspektywy. A Stany kojarzyły mi się z wielką wolnością, swobodą, wieloma możliwościami.
Gdy upadł PRL, dostał paszport i za uciułane przez miesiące pięćset dolarów pojechał za ocean weryfikować mit o Ameryce. Jeden z nich - że Ameryka to kraj równych szans - szybko prysł, gdy Seremet badał szanse na pozostanie tam i kontynuację zawodu. Nie było go stać, czesne sięgało 30 tysięcy dolarów. - Poza tym, gdy docierały do mnie wieści z Polski, zrozumiałem, że nie nadaję się do emigracji - wspomina prokurator generalny. - Nie jestem w stanie patrzeć na to, co się dzieje w kraju, z daleka.
@RY1@i02/2011/231/i02.2011.231.07000030f.802.jpg@RY2@
Wojciech Górski
Luiza Zalewska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu