Gwiazdki opadają
Człowiek, kiedy wybiera się na urlop, lubi wiedzieć, ile go to będzie kosztować. Jeszcze na początku maja wydawało się, że jest to życzenie całkiem realne
Polityka 5 czerwca 1993 r.
Każdy mógł przymierzyć swoje możliwości finansowe do coraz bogatszej oferty. Przyjaciele biznesmena, dla którego jedno z biur podróży zorganizowało z ubiegłym sezonie indywidualny wyjazd na Bali i wyspy okoliczne za drobne 220 mln zł, teraz mogliby się wybrać na przykład na Karaiby. Albo do Brazylii, tylko odetchnąć - na 8 dni, lub też przy okazji coś zobaczyć już na 12. W ostateczności rozważą atrakcyjność safari w Kenii. Te szlaki są przez nasze biura podróży jeszcze nieprzetarte, a ich walorem dodatkowym jest to, że propozycja najdroższa nie przekraczała (w maju) pułapu 35 mln zł. Amatorów na tego typu wyjazdy jest w Polsce coraz więcej, a ceny relatywnie maleją. Głównie z powodu tanich przelotów czarterowych.
Mimo że kożuszek tej finansowej śmietanki ciągle się pogrubia, to jednak nie wystarcza go, aby wyżywiść już 4,5 tys. biur podróży.
Klientami, którzy stanowili rację ich istnienia byli tzw. średniacy, którzy w tym sezonie wyraźnie zubożeli. Na to, co lubią najbardziej - czyli wypoczynek w którymś z krajów nad Morzem Śródziemnym - może im po prostu nie starczyć pieniędzy.
W tamtym roku w lipcu trzeba było protekcji, żeby wykupić wycieczkę na Cypr. Teraz może zabraknąć chętnych. Zwłaszcza że - w przypadku zakwaterowania w hotelu czterogwiazdkowym - należy liczyć się z wydatkiem nawet 20 mln zł. Za podobne pieniądze można "zaliczyć" Wyspy Kanaryjskie. Kilka milionów mniej zapłaci się za Majorkę. Zaś tradycyjnie najtaniej wypada Turcja, do której można się wybrać, nie mając więcej jak 10 mln zł.
Przepisy kłócą się z ustawą
Powtarzam: takie notowania aktualne były jeszcze w połowie maja, dopóki Ministerstwo Finansów nie ogłosił przepisów wykonawczych do ustawy o wprowadzeniu VAT-u, czyli podatku od towaró i usług. W biurach podróży zapanowała bardzo nerwowa atmosfera, a powodów tego stanu rzeczy - jak można się dowiedzieć w Polskiej Ibie Turystyki - jest co najmniej kilka.
Ustawę o wprowadzeniu VAT mamy od kilku miesięcy, więc dziś organizatorzy turystyki nie powinni być nowym podatkiem zaskoczeni. To wszystko prawda, tyle że jeszcze ciepłe przepisy kłócą się z ustawą i dotychczasowymi ustaleniami. Fiskus po prostu chce z turystów wydusić więcej, niż pierwotnie zamierzał, co spowodować musi ruchy cen w górę.
Jedni jeszcze gwałtowniej liczą, a drugim już gwiazdki opadają. Pozbywają się ich hotele cztero- i pięciogwiazdkowe, które na progu sezonu dowiedziały się, że od 5 lipca będą płacić podatek w wysokości 22 proc. Aby więc uniknąć konieczności podniesienia cen, co mogłoby skutecznie odstraszyć klientów, wolą pozbyć się jednej czy dwu gwiazdek jako nazbyt kosztownych znamion luksusu.
Zanosi się na to, że ceny wyjazdów zagranicznych wzrosną o co najmniej 7 procent. Tutaj fiskus zachował się wyjątkowo podstępnie i udaje, że nic się nie stało, ponieważ dotychczasowy podatek obrotowy wynosił 7 proc., i tyle samo wyniesie stopa VAT. Niby tak, tyle że obrotowy liczony był tylko od marży, jaką pobiera organizator turystyki. Natomiast VAT policzony zostanie od wartości całej faktury, a więc i od tego, co biuro zapłaci kontrahentowi zagranicznemu. Polaka, który po 5 lipca odważy się wyjechać na Zachód za pośrednictwem polskiego biura podróży, oskubie więc zarówno fiskus rodzimy, jak i kraju, do którego się uda (tamtejszy podatek też wliczony jest w cenę usługi).
Ale powody do zmartwień mają nie tylko turyści. W głowę zachodzą, jak nie dołożyć do interesu także biura, które sprzedają wycieczki po Polsce przybyszom zza granicy. Katalogi z cenami są gotowe od kilku miesięcy, nie ma mowy o tym, aby je teraz zmieniać, bo tak się po prostu nie robi. Z drugiej strony zaskakujące przepisy VAT powodują większe obciążenie podatkowe od tego, z którym się liczono.
Kto szybko bierze
Organizatorzy turystyki żalą się też, że Ministerstwo Finansów chce nie tylko zarabiać na naszym wypoczynku dużo więcej, ale i szybciej. VAT będzie więc musiał być odprowadzany nie wtedy, kiedy już wrócimy z urlopu, ale wtedy, gdy opłacimy zań zadatek większy niż połowa cany. A co będzie, gdy klient z wyjazdu zrezygnuje?
Najspokojniejsze i najtańsze wakacje będą mieli ci, którzy zdążą wyjechać przed 5 lipca. Reszta znalazła się w sytuacji, w której trudno cokolwiek zaplanować. Biura nerwowo robią nowe kalkulacje, uwzględniając zmienione realia. Ale przecież nie tylko VAT ma duży wpływ na ceny, także kurs dolara, którego biura również nie są w stanie przewidzieć. Uprzedzają więc klientów, że jeśli waluta ta skoczy powyżej 17 tys. zł, trzeba będzie dopłacać.
Wszystko to powoduje, że biura najlepsze, które zapracowały sobie przez ostatnie lata na dobrą opinię, znalazły się w bardzo trudnej sytuacji. Jeszcze na początku sezonu nierzadko potencjalny klient dzwonił do Polskiej Izby Turystyki i pytał, czy biuro, w którym zamierza wykupić wycieczkę, jest jej członkiem. To bowiem dawało gwarancję, że turysta nie trafił na hochsztaplera i za swoje pieniądze dostanie to, co mu się obiecuje.
Ale teraz małe, nikomu nieznane biura znów zyskują na atrakyjności. Także bowiem i w turystyce obserwuje się prawidłowość, że nadmierne podatki skłaniają do ucieczki w szarą strefę. Jej przykładem są właśnie agencje, które działają w imieniu biur zagranicznych (albo tylko tak twierdzą, a klient nie zawsze potrafi to sprawdzić). Nie muszą więc opłacać się naszemu fiskusowi, więc ich ceny są bardziej konkurencyjne niż biur działających w kraju. Ale i ryzyko klienta jest dużo większe. Może przecież trafić na oszusta.
Grunt się pali
Mniej się VAT da we znaki tym, którzy lato zdecydują się spędzić w kraju, ale i tutaj turysta musi się liczyć z tym, że go oskubią nadmiernie. Biedne samorządy lokalne często postanawiają przez dwa wakacyjne miesiące połatać, dzięki turystom, dziury we własnym budżecie. Czasem więc bez opamiętania podnoszą np. podatek gruntowy, który odbija się na cenach pól namiotowych. Biura turystyczne podają ze zgrozą, że w niektórych okolicach nadmorskich opłaty te w ciągu ostatniego roku wzrosły nawet 300-krotnie. Miejsce na polu namiotowym w Szczcinie Dąbiu kosztuje np. 90 tys. zł. Najtaniej jest w Pucku - 15 tys., nad morzem i do Chałup niedaleko.
Mamy w kraju ogromną, choć zaniedbaną bazę turystyczną. Najwyższy standard prezentują domy wczasowe ongiś najbogatszych zakładów pracy (np. kopalni), które w jakiś sposób potrafiły zerwać lub choćby rozluźnić pępowinę z właścicielem. Cena dwutygodniowego wypoczynku w takim ośrodku waha się od 1,8 mln do 3 i więcej milionów zł. Nie wszystkie jednak z 3 tys. wczasowych domów zakładowych są luksusowe. Nie brakuje i takich, których właściciele chcieliby się pozbyć za każdą, choćby symboliczną cenę, ale nie ma nabywców.
Problem z położeniem urlopowiczów do wszystkich 23 tys. łóżek ma też - mimo doskonałej sieci sprzedaży - FWP. Jest wreszcie sporo prywatnych pensjonatów, które również nie są dziś w stanie zarobić na siebie. I, z drugiej strony, są miliony Polaków, którzy ostatni raz na wczasach byli "za socjalizmu". Każdy podatek, podbijający cenę wypoczynku, czyni tę sytuację jeszcze bardziej dramatyczną, a budżet i tak nie będzie miał zeń pożytku, skoro sprzedaż usług jeszcze spadnie.
Joanna Solska
© Polityka sp. z o.o. S.K.A. 1991-2014w
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu