Zachód jednoczy się w Erywaniu. Prztyczek wymierzony w USA [OPINIA]
Być może, gdyby Europa i Kanada od początku mówiły jednym głosem w sprawach międzynarodowych, Trumpowi trudniej byłoby tak agresywnie atakować poszczególnych przywódców. Na razie jednak pozostaje zadowolić się gestami przyjaźni, którymi wypełniony był szczyt w Armenii.
Trudno wyobrazić sobie lepszy pokaz jedności i przyjaźni niż szczyt Europejskiej Wspólnoty Politycznej w Erywaniu. Obserwowanie prezydenta Emmanuela Macrona śpiewającego przy fortepianie przy akompaniamencie grającego na perkusji premiera Armenii Nikola Pasziniana wywołuje zupełnie inne emocje niż klasyczne, pozowane zdjęcia grupowe, do których przyzwyczaiły nas spotkania na szczeblu międzynarodowym.
Europa zamiast USA
O pogłębiającej się współpracy w obliczu rosnących zagrożeń świadczyły również słowa premiera Kanady Marka Carneya, pierwszego szefa rządu spoza Europy zaproszonego na ten szczyt. – Integracja jest przez niektórych wykorzystywana jako broń, a zasady nie ograniczają hegemonów – powiedział, wyraźnie sugerując, choć nie wymieniając z nazwy, Stany Zjednoczone. Podkreślił przy tym, że „porządek międzynarodowy zostanie odbudowany, ale zostanie odbudowany w oparciu o Europę”. – To moje silne osobiste przekonanie – stwierdził.
To kolejne wystąpienie kanadyjskiego premiera, w którym krytykuje swojego sąsiada i apeluje o wzmocnienie współpracy ze Starym Kontynentem. W styczniu, podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, mówił m.in. o pęknięciach w powojennym porządku opartym o dominację USA oraz wzywał tzw. średnie potęgi do zjednoczenia się w celu stworzenia nowego, stabilnego systemu globalnego.
Jedność Europy i Kanady tylko na pokaz?
W teorii brzmi to nieźle – państwa Zachodu nie poddają się presji coraz bardziej agresywnego Donalda Trumpa i szukają sposobu na zabezpieczenie świata przed wywoływanymi przez niego wstrząsami. W praktyce sytuacja wygląda jednak znacznie mniej optymistycznie. Kiedy USA i Izrael rozpoczęły wojnę przeciwko Iranowi, premier Kanady otwarcie poparł operację, tłumacząc, że jej celem jest uniemożliwienie Teheranowi wejścia w posiadanie broni jądrowej. Dopiero po kilku dniach przyznał, że ataki „nie wydają się zgodne z prawem międzynarodowym”.
W podobnym tonie wypowiadał się kanclerz Niemiec Friedrich Merz. Podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa zapewniał jeszcze, że Europa nie zamierza przepraszać za swoje wartości, w tym za przywiązanie do prawa międzynarodowego. Po uderzeniach USA i Izraela na Iran przekonywał już jednak, że „to nie czas na pouczanie naszych partnerów i sojuszników”. Zaznaczył również, że „podzielamy wiele ich celów, choć sami nie jesteśmy w stanie ich osiągnąć”.
Niedługo później, podczas wizyty w Gabinecie Owalnym, Merz nie zabrał głosu, gdy Donald Trump groził Hiszpanii „embargiem” za odmowę udostępnienia baz wojskowych do ataków na Teheran. Nie zareagował także wtedy, gdy amerykański prezydent zapowiadał zaostrzenie wojny handlowej z Europą i uderzał w brytyjskiego premiera Keira Starmera, stwierdzając, że „żaden z niego Winston Churchill”.
Dobry początek
Być może, gdyby Europa i Kanada od początku mówiły jednym głosem w sprawach międzynarodowych, Trumpowi trudniej byłoby później tak agresywnie atakować poszczególnych przywódców. Także samego Merza, który wielokrotnie schlebiał amerykańskiemu prezydentowi, a ostatecznie został ukarany między innymi decyzją o wycofaniu 5 tys. żołnierzy znad Odry po tym, jak stwierdził, że „cały naród amerykański jest upokarzany przez irańskie przywództwo” podczas negocjacji dotyczących zakończenia wojny na Bliskim Wschodzie. Mimo wszystko szczyt w Armenii można uznać za jeden z pierwszych pozytywnych kroków w wypracowywaniu wspólnej wizji Zachodu – tego nieuwzględniającego USA – i budowaniu porozumienia między jego przywódcami.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu