Czas Balcerowicza minął
Kryzys gospodarczy 2009 roku to rzeczywisty koniec transformacji. Po dwudziestu latach osiągnęliśmy moment przełomowy. Teraz Europa Środkowo-Wschodnia musi wymyślić siebie na nowo - przekonuje Ivan Krastev
W 1989 r. Bułgaria była wciąż silnie związana z ZSRR. Przemiany w regionie odbieraliśmy przez pryzmat tego, jaka może być reakcja Moskwy. Zmiana nastąpiła w 1990 r. Wtedy Bułgaria pozbyła się sowietocentrycznego myślenia o rozwoju politycznym. Podczas rozmów bułgarskiego okrągłego stołu w szeregach opozycji znajdowali się doradcy z Polski. Przełomem było odejście Todora Żiwkowa 10 listopada 1990 r., dzień po upadku muru berlińskiego. Tego dnia poszliśmy do restauracji na uniwersytecie w Sofii. Był z nami jeden z dysydentów Żelju Żelew. Pamiętam, że zwracał się do nas: "Jesteście młodzi, dożyjecie końca komunizmu". Te słowa padły na 9 miesięcy przed tym, jak Żelew został prezydentem Bułgarii. Ta anegdota pokazuje, jak niepowtarzalne było wówczas nasze poczucie czasu. Coś, co wydawało się niemożliwe w poniedziałek, stawało się oczywistością we wtorek.
Stosunek do reform w Polsce dzielił opozycję na dwa obozy. Jedni, podchodząc do sprawy realistycznie, twierdzili, że Bułgaria to nie Polska. Polska miała za sobą doświadczenie roku 1980, działanie wielomilionowej "Solidarności". W Bułgarii opozycja narodziła się tak naprawdę dopiero po zmianie systemu. W Polsce podczas rozmów Okrągłego Stołu negocjowały dwie strony, w Bułgarii okrągły stół był niejako narzędziem do ich stworzenia. Ludzie, którzy brali w nim udział, wahali się pomiędzy stroną rządową a opozycyjną. Bułgaria nie była Węgrami z doświadczeniem roku 1956 czy Czechosłowacją po 1968 r.
Radykalna opozycja myślała po polsku - i nie chodzi bynajmniej o to, że sprawnie posługiwała się językiem polskim, choć w tamtym czasie inteligencja uczyła się go w geście lojalności wobec "S". Myślenie po polsku oznaczało próby przenoszenia polskich doświadczeń na grunt bułgarski. Ten model był atrakcyjny, zwłaszcza dla reformatorskiej frakcji komunistów, którzy doszli do władzy, gdy opozycja weszła do parlamentu. W rozważaniu, czy dla kraju lepsza jest terapia szokowa, czy stopniowy rozwój, reformatorzy wśród komunistów zawsze byli po stronie Balcerowicza. Ale zwolennicy jego planu reform byli też wśród antykomunistów. Iwan Kostow, współtwórca radykalnej reformy gospodarczej, minister finansów, a później premier Bułgarii, w artykule opublikowanym w 1990 r. w najpoczytniejszej bułgarskiej gazecie głosił pochwałę planu Balcerowicza.
Mogło się wydawać, że dzieje się u nas lepiej niż w Polsce. Żyliśmy z zagranicznych kredytów, których nikt nie spłacał. Do czasu. Zimą 1990 r. mieliśmy potężny kryzys, a w styczniu 1991 r. rząd koalicyjny, utworzony po wejściu do parlamentu opozycji, poważnie rozważał skorzystanie z planu Balcerowicza.
Krytycyzm wobec radykalnych reform wynikał w dużej mierze z tego, że próba gospodarczego przeobrażenia nie powiodła się w Rosji. Pojawiły się oskarżenia, że terapia szokowa jest tak naprawdę tylko szokiem, a nie terapią.
Pod koniec lat 90. miała miejsce wielka debata na temat tego, które kraje lepiej dają sobie radę w wolnorynkowych realiach. Te, które postawiły na radykalne reformy, czy te, które zdecydowały się na stopniowe zmiany. Na tle regionu wyróżniały się dwa kraje: Polska, która była sztandarowym przykładem zastosowania terapii szokowej, i Słowenia, która obrała drogę stopniowego dostosowywania swojej gospodarki do prawideł wolnego rynku. Okazało się, że najważniejszy dla odniesienia sukcesu w przestawieniu gospodarki z centralnie planowanej na wolnorynkową jest nie tyle sposób wprowadzania zmian, ile konsekwentne jego utrzymywanie. Nieszczęściem Bułgarii było to, że w 1991 r. zaczęliśmy od czegoś, co przypominało reformę Balcerowicza, by po przegranych przez opozycję wyborach odejść od radykalnych reform i zwrócić się ku powolnemu przeobrażaniu gospodarki. W 1997 r. przerażeni hiperinflacją wróciliśmy do planu Balcerowicza, choć z zupełnie innych niż na początku lat 90. pozycji.
20 lat temu politycy i ekonomiści uważali, że wprowadzanie demokracji i reform rynkowych jednocześnie jest niemożliwe. Najpierw należy się zająć polityczną mobilizacją społeczeństwa, umacnianiem demokracji, w przeciwnym razie reformy gospodarcze nigdy nie wypalą. Balcerowicz zaproponował wprowadzenie reform na wczesnym etapie rozwoju demokracji. I dlatego teraz możemy mówić o sukcesie podwójnej - politycznej i gospodarczej - transformacji.
Jeszcze jedną rzecz Polacy zawdzięczają Balcerowiczowi: dzięki radykalnym reformom polska kultura przedsiębiorczości jest zupełnie wyjątkowa, ma swój Big Bang, symboliczny początek. Widać to i dziś. Kiedy przyjeżdżam do Warszawy, uderza mnie to, jak szybko ludzie chodzą po ulicach. Czuć energię, widać, że ludzie chcą coś osiągnąć. Ta pewność siebie przekonała też do Polski zachodnich kredytodawców.
W początkowej fazie reform ważne było, aby wykreować sytuację, w której nie ma alternatywy dla podejmowanych działań. Dyskusja dotyczyła więc wyboru pomiędzy normalnością a patologią. Nie pojawiała się debata na temat założeń i przebiegu reform, bo oznaczałoby to podważanie ich sensowności. Istniał silny konsensus wśród elit: ktokolwiek obejmie władzę, powinien kontynuować reformy, nawet jeśli wcześniej je krytykował. Ekspercki konsensus doprowadził do politycznej integracji dawnej elity komunistycznej. Ich włączenie było o tyle ważne, że z racji zajmowanej pozycji mogli łatwo zablokować reformy. Ale każdy kij ma dwa końce - bez względu na to, na kogo dziś głosują wyborcy, realizowana jest wciąż ta sama polityka gospodarcza.
Dwadzieścia lat później mamy działającą gospodarkę wolnorynkową, ale jednocześnie widać, że ludzie należący do aparatu władzy w przeszłości należą do wygranych transformacji. Co sprawia, że ludzie są rozczarowani transformacją nawet nie w sensie materialnym, ale moralnym. Nieliczenie się z kosztami społecznymi zwiększało szanse na sukces transformacji, ale kiedy został on osiągnięty, społeczeństwo zaczęło zapominać, że zawieszenie moralnych osądów było warunkiem wstępnym zmian. Jest to szczególnie widoczne w Rumunii czy Bułgarii. W oczach obywateli wszystko, co dotyczy polityki, jest pełne korupcji. Nie chodzi o brak o transparentności, lecz o fundamentalny brak zaufania. Jaki jest tego skutek? Zanik politycznej debaty. Obywatele nie czują się reprezentowani przez rządzących, ale przez nich manipulowani. Próbują więc walczyć z elitami, wymieniając personel. W Bułgarii w ciągu ostatnich dziesięciu lat partie pozaparlamentarne dwukrotnie wygrywały wybory. Do tego dochodzą olbrzymie problemy gospodarcze.
Kryzys gospodarczy 2009 r. to rzeczywisty koniec transformacji. Osiągnęliśmy moment przełomowy - sukces polityczny i gospodarczy, który narodził się dwadzieścia lat temu, już się wyczerpał. Europa Środkowo-Wschodnia musi wymyślić siebie na nowo. I znowu, Polska jest wyjątkiem - świetnie daje sobie radę w czasie kryzysu. A wzrost gospodarczy to jedyny dowód, na jaki mogą się powoływać elity, by legitymować swoją władzę. Co jeśli przez trzy, cztery lata kraje Europy Środkowo-Wschodniej nie będą notowały wzrostu gospodarczego? Czy nie doprowadzi to do destabilizacji politycznej, jaką pamiętamy z początku lat 90.?
Przez dwadzieścia lat słyszeliśmy, że w tej grze każdy wygrywa. A tymczasem jedni wygrywają, inni tracą. Chodzi raczej o to, by zachować równowagę między jednymi i drugimi, niż utrzymywać, że wygrywa każdy. Powinniśmy pozwolić sobie na więcej konfrontacji, jeśli chodzi o dyskusję na temat polityki gospodarczej, zamiast ciągle szukać winnych dzisiejszej sytuacji.
Polityka transformacji tym różni się do polityki okresu posttransformacyjnego, że w czasie transformacji potrzebujesz planu, który wcielać będziesz w życie konsekwentnie, płacąc wysoką cenę. Najważniejsze są wtedy zmiany instytucjonalne. To już osiągnęliśmy. Nie jest nam potrzebny nowy plan. Potrzebne jest nowe podejście do debaty politycznej, umysł otwarty na nowe idee. Powinniśmy zerwać z iluzją, że istnieje właściwa koncepcja polityczna, a my mamy jedynie problemy z wcieleniem jej w życie.
Przez ostatnie dwadzieścia lat zapatrzenie we wzorce zachodnie pomagało nam w transformacji, ale kapitalizm okazał się pełen pułapek. Ogólnoświatowy kryzys gospodarczy spowodował, że w niepewności pogrążone są nie tylko kraje postkomunistyczne, ale i zachodnie demokracje.
@RY1@i02/2009/253/i02.2009.253.000.0012.001.jpg@RY2@
Ivan Krastev
Artur Hojny
, politolog, analityk spraw międzynarodowych, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu