Dziennik Gazeta Prawana logo

Koniec unijnych wizjonerów. Niech żyją administratorzy

1 lipca 2018

Zdzisław Najder: Europa z trudem ratyfikowała wchodzący w życie traktat lizboński. A to dopiero początek wyzwań

Traktat lizboński wchodzi w życie. Nareszcie. Źle się stało, że Polska była jednym z ostatnich państw go ratyfikujących.

Nie jest dobrze mieć opinię ociągającego się, i to z niepojętych powodów, członka wspólnoty. Eurosceptyczni politycy trąbiący o naszej ponoć nie dość wyraźnej podmiotowości osłabiają międzynarodową pozycję Rzeczypospolitej. Polska z własnej woli stała się zawodnikiem w zespole i nasze znaczenie będzie się mierzyć nie wyślizgiwaniem kolegów, ale sukcesami klubu. Dopóki nie odejdziemy od terminologii walki i nie nauczymy się myśleć i działać w kategoriach porozumienia, świadomości interesu zbiorowego, dopóty nasi przedstawiciele będą mieli kłopoty z osiąganiem celów.

Charakterystyczne są wątpliwości wyrażane ostatnio w związku z wyborem osób, które będą piastowały najważniejsze w Unii stanowiska: Hermana Van Rompuya, który z początkiem stycznia obejmie stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, i lady Catherine Ashton, która będzie kierować agendami zagranicznymi UE. Słychać głosy, że choć ustalenia z Lizbony pozwolą UE działać sprawniej, na jej czele nie staną przywódcy na tyle wyraziści, by Europa zawalczyła o silną pozycję w świecie.

Po co ten defetyzm? Robimy - my, Europejczycy - coś po raz pierwszy w historii, skąd więc ten nieustający lęk, że robimy to źle? Skoro nowe instytucjonalne zasady Unii dopiero zaczynają obowiązywać, dlaczego martwimy się, że unijni przywódcy nie spełnią nadziei, jakie w nich pokładamy? Załamywanie rąk nad tym, że prezydentem Unii nie został Tony Blair, jest bez sensu. Prawda, były premier brytyjski jest mistrzem retoryki, ale postrzegany jest coraz częściej jako mistrz tworzenia złudzeń (łącznie z iluzją posiadania broni masowej zagłady przez Husajna). Jest kojarzony z wojną w Iraku, której przeciwna była większość obywateli Unii. Pracy nad budowaniem silnej Europy jest mnóstwo, ale nie są to zadania dla wodza, tylko dla administratora umiejącego osiągnąć porozumienie z myślącymi inaczej. Wolałbym, żeby szefem dyplomacji był Carl Bildt, bo wykazał się bystrością w rozpoznaniu sytuacji i wykazał, że rozumie problemy naszej części kontynentu. Wolałbym także, by na czele Unii stanął Jean-Claude Juncker. Jako premier Luksemburga, najmniejszego państwa Unii, byłby pięknym symbolem. Sprawdził się już na płaszczyźnie wspólnotowej. Ale przecież jako zdeklarowany federacjonista był nie do przyjęcia dla Brytyjczyków. Jeśli na stanowisko reprezentanta zespołu kandyduje osoba, która ma wyraziste poglądy, jest oczywiste, że znajdą się tacy, którzy mają poglądy przeciwne.

Ale my, Europejczycy, nie potrzebujemy kogoś, kto będzie widziany jako zapędzający wszystkich w jednym kierunku. Kierunek i cele zostały ogólnie wytyczone: wspólna waluta, polityka zagraniczna, wspólna ochrona bezpieczeństwa. Niedające się odłożyć zadania też są oczywiste: kontynuacja reformy Wspólnej Polityki Rolnej, bezpieczeństwo dostaw źródeł energii, włączenie do Unii pozostających poza nią państw bałkańskich. Nie trzeba wizjonerów, by to widzieć. Teraz jest czas uzgodnień. Chcemy wychowywać Europę zjednoczoną, ale utrzymującą swoją różnorodność. Dlatego potrzeba nam nie przywódców, którzy popędzą na czele w wybranym przez siebie kierunku, lecz takich, którzy potrafią się ze wszystkimi porozumieć. I takie osoby znaleziono. Van Rompuy, dotychczasowy premier Belgii, dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej, to znaczy pogodził zwaśnione strony konfliktu, który rozdzierał jego kraj, i utworzył sprawnie funkcjonujący rząd. Z kolei lady Ashton, przewodnicząca Izby Lordów, potrafiła w eurosceptycznej Wielkiej Brytanii doprowadzić do tego, że jako jedno z pierwszych państw ratyfikowała traktat z Lizbony.

Nie ma dziś w Europie takich ludzi czy państw, które narzucają innym swoją wolę. Silni muszą pytać o zgodę słabszych. To trudne zadanie, do którego wykonania szukamy ludzi. Tych dwoje wydaje się dobrymi, choć może na pierwszy rzut oka niepozornymi kandydatami. Nikomu nie są nic winni, nie muszą przed podjęciem decyzji dzwonić ani do Berlina, ani do Paryża. Mają szansę rośnięcia razem ze stanowiskiem, jak wyrósł Javier Solana, w młodości przeciwnik NATO, a później skuteczny sekretarz generalny przymierza atlantyckiego.

W tym samym świetle powinniśmy patrzeć na sukcesy Jerzego Buzka i Janusza Lewandowskiego: okazuje się, że mamy w Polsce ludzi o dużych umiejętnościach i międzynarodowym wyrobieniu, którzy budzą zaufanie.

Najistotniejszym zadaniem, jakie stoi dziś przed przywódcami Unii, jest utrzymanie spoistości Wspólnoty, a jednocześnie rozwiązywanie nowych zadań. Wszyscy, a szczególnie nowe kraje członkowskie, uczymy się fundamentalnych reguł. Tej przede wszystkim, że sprzeczne interesy uzgadniamy ze sobą z wykluczeniem użycia siły, zarówno militarnej, jak i ekonomicznej. To jest odwrócenie stanu rzeczy, który trwał przez stulecia, bywał katastrofalny dla słabszych i spowodował wylanie morza krwi. UE tworzy dziś 27 państw, którym z trudem udało się ratyfikować wchodzący w życie traktat. Powinno być oczywiste, że to nie koniec, a początek stojących przed nami wyzwań.

Tych wyzwań Polska nie powinna się obawiać. Mamy skłonność do dopatrywania się w tym, co Europa Zachodnia nazywa wypracowywaniem wspólnego stanowiska, uzgadniania czegoś za naszymi plecami. Słyszy się u nas komentarze: to Francuzi z Niemcami chcą w ten sposób realizować swoje interesy. A przecież skoro te dwa państwa, których interesy bywają odmienne, a niekiedy sprzeczne, potrafiły dojść do porozumienia, to dobrze rokuje na przyszłość. Liczmy na to, że w podobny sposób uda się nam uzgodnić wspólną politykę energetyczną i że wypracujemy sposoby realizacji projektu Partnerstwa Wschodniego. I najważniejsze: wytworzymy wspólną politykę zagraniczną w miejsce dotychczasowej instytucjonalnej prowizorki.

Ustalenia z Lizbony dają możliwość pogłębiania współpracy w poszczególnych dziedzinach w ramach Unii bez rozrywania jej instytucji. Takiej możliwości dotychczas nie było. Możemy tworzyć grupy państw - Polska na przykład w ramach Trójkąta Weimarskiego - które chcą pewne rodzaje współpracy (np. obronnej) rozwijać szybciej. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zgłosił nowatorską inicjatywę dynamizacji Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony, która uzyskałaby solidne oparcie strukturalne. Mamy ambicje, tylko dotąd nie było ram instytucjonalnych, w których można je było urzeczywistnić. Traktat lizboński nie jest ideałem, ale daje ramy doskonalsze niż te, które oferował traktat nicejski.

Nowy traktat porządkuje sprawę w dużej mierze symboliczną, ale zarazem niezwykle istotną: system głosowania w Radzie Europejskiej. Dotychczas głosy ważone były przyznane trochę po uważaniu. Teraz zacznie obowiązywać procedura przejrzysta. Głosuje się na dwu poziomach: na jednym każde państwo ma jeden głos - głos Malty liczy się na równi z głosem Wielkiej Brytanii, a głos Luksemburga ma taką samą wagę jak głos Niemiec. Na drugim zakłada się, że wszyscy obywatele Europy są równie ważni - państwa głosują liczbą swoich obywateli. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że zarówno w Komisji, jak i w Radzie Europejskiej unika się rozwiązywania problemów na drodze głosowań, by nie tworzyć podziałów i nie zaostrzać konfliktów. Ale jeżeli głosowanie będzie konieczne, mamy system szanujący suwerenność każdego państwa i równość każdego obywatela.

Uczyniono też ukłon w stronę eurosceptyków, określając procedurę wyjścia z Unii.

UE przyda się okres spokoju i przyzwyczajenia do nowych ram instytucjonalnych. Jeszcze przed kolejnymi etapami rozszerzenia trwała debata, czy pogłębiać integrację, czy też rozszerzać granice Wspólnoty. Europa podjęła jednak - wbrew radom ostrożnych i doraźnym interesom najbogatszych - odważną decyzję i dokonała olbrzymiego skoku. Wejście dziesięciu członków powoduje głębokie zmiany społeczne, polityczne, geograficzne, gospodarcze. Myślę, że warto pomieszkać w tym nowym wspólnym domu, rozejrzeć się, nie stawiać sobie wymagań ani za dużych, ani za małych i nabierać do siebie zaufania. Zaufania nie można wymusić na zasadzie dekretu. Wytwarza się samo na podstawie wzajemnych doświadczeń. Europa nie musi się dziś obawiać siłowego zagrożenia z zewnątrz, więc warto zacząć od nauczenia się solidarnego współżycia z innymi lokatorami. To umożliwi kolejny, ważny krok: utworzenie sprawnej samoobrony osiedlowej, w myśl propozycji Sikorskiego.

W tej nowej rzeczywistości Polska powinna się czuć fundamentalnie bezpieczna. Powinniśmy dbać o nasze interesy - przede wszystkim o odrabianie zapóźnienia cywilizacyjnego i dbałość o bezpieczeństwo - ale realizowanie ich w uzgodnieniu z innymi członkami Wspólnoty jest bezpieczniejsze niż forsowanie w konkurencji ze wszystkimi. Jeżeli się jest narodem słabszym, należy głosić ewangelię miłości, a nie wzajemnego zjadania się.

Europa nie chce nas zjeść. To byłoby nudne. Chce, żebyśmy pozostali sobą i różnili się - coraz ładniej i ciekawiej. Tym bojaźliwym i zakompleksionym rodakom, którzy obawiają się w procesie integracji zatracić naszą narodową wyjątkowość, przypomnijmy, skąd pochodzi człowiek, który obejmie najważniejsze stanowisko w Unii: z oficjalnie trójjęzycznej Belgii. Belgowie, nie tracąc swojej odrębności, wypracowali sposób na współżycie z sąsiadami. Bardziej niż przed dwustu laty różnią się od Holendrów. Już nie obawiają się Niemiec (mają np. wewnątrz państwa niemieckojęzyczny region autonomiczny), nie boją się, że Francuzi wchłoną ich obszar frankofoński. Są rozsadnikami nowej europejskiej cywilizacji politycznej. Tego się od nich warto uczyć.

@RY1@i02/2009/233/i02.2009.233.000.0012.001.jpg@RY2@

Zdzisław Najder

Marcin Smulczyński/Reporter

Zdzisław Najder

historyk, publicysta, były dyrektor polskiej sekcji Radia Wolna Europa

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.