Możemy sporo wycisnąć z traktatu
Nowy traktat jest po pierwsze prawdziwym świętem polityki niemieckiej, po drugie - ulgą dla całego europejskiego politycznego establishmentu.
Gdy idzie o Berlin - pokazuje, co znaczy w europejskiej polityce spokojny i trwały upór, niezależny od doraźnych koniunktur. Polityka niemiecka, nie zważając na to, że układ ogłoszono już parokrotnie martwym i niemożliwym do przeprowadzenia, potrafiła dopiąć swego. Unia Europejska po raz pierwszy uznaje, że 83-milionowy naród nie tylko jest najważniejszym podmiotem politycznym na kontynencie. Ale także, że jego wielkość przekładać się będzie odtąd wprost na formalną siłę głosu w najważniejszych europejskich gremiach.
Polityczna elita europejska ma zaś swój sukces - rzec by można - korporacyjny. Jak napisał Juergen Habermas - przez pięć lat próbowała ona wbić do głowy Europejczykom traktat z pomocą "biurokratycznej pałki". I sprzymierzona klasa polityczna okazała się mocniejsza niż referendalny opór Francuzów, Holendrów i Irlandczyków, jawna niechęć przygniatającej większości Brytyjczyków i eurosceptyzyzm prawicowych prezydentów Polski i Czech. Prawdą jest to, że upadek traktatu musiałby oznaczać przyspieszony kryzys niemal całego europejskiego establishmentu - pod tym względem argumentacja zwolenników traktatu istotnie trafiała w dziesiątkę. Zadowolenie prezydenckich i premierowskich kancelarii jest więc dziś całkowicie nieudawane. Wszystko to mieć musi jednak swoją cenę. Przede wszystkim tę, że Lizbona jest zapewne ostatnim integracyjnym słowem Europy, być może na parę najbliższych dziesięcioleci. Europejska opinia publiczna nie chce już ani nowych traktatów, ani głębszej integracji, ani rozszerzenia Unii. Następnego kroku integracyjnego w Europie zatem nie będzie, a urządzenia lizbońskie okażą się zapewne dużo trwalsze od amsterdamskich albo nicejskich. Tak więc unijna architektura przechylać się będzie w stronę panowania Rady i międzyrządowych kompromisów, na niekorzyść Komisji i projektu realnie federalistycznego.
Bezwzględną rację mają realiści, którzy jako polskie zadanie traktują dziś wprowadzenie w życie traktatu. W najbliższych miesiącach Unia będzie przede wszystkim miejscem personalnego przetargu o obsadę kluczowych dla Europy nowych funkcji, ale także cichej rywalizacji o to, kto potrafi najkorzystniej dla siebie wypełnić puste pola traktatowe. Pierwszy przykład z brzegu: traktat nie określa instytucjonalnego pola dla każdej następnej unijnej "prezydencji". Wiadomo, że ani premier Tusk, ani minister Sikorski nie nacieszą się już kierownictwem w żadnych europejskich gremiach w związku z polskim przewodnictwem 2011. Ale otwartym polem rywalizacji i gry pozostaje to właśnie, gdzie owa tzw. prezydencja zachowa swoją realną dominację, a interesem kraju takiego jak Polska jest, aby pozostał to obszar jak najszerszy. Spór o sens i treść traktatu lizbońskiego wychodzi ze sfery polityki, zająć się nim muszą filozofowie i politolodzy. Przed polityką polską staje zaś misja wyciśnięcia z Lizbony wszystkiego, czego z tego długiego i zawiłego tekstu da się teraz dla Polski wycisnąć.
Jan Rokita
jan.rokita@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu