Dziennik Gazeta Prawana logo

Minister wraca do PRL

1 lipca 2018

Hanna Świda-Ziemba krytykuje pomysł minister Kudryckiej na odgórne dostosowywanie oferty studiów do rynku pracy

Jak zauważył w "Dzienniku" Marcin Król, spór między środowiskami akademickimi a minister nauki toczy się o to, czy, kto i na jakich zasadach będzie starał się sformułować strategię rozwoju szkolnictwa wyższego dostosowaną do tzw. potrzeb rynku pracy.

Tymczasem rynki pracy się zmieniają. Te zmiany odbywają się na naszych oczach - i potrafią mieć nieprzewidywalną skalę. By nie sięgać daleko - jeszcze w latach 90. panowało w Polsce przekonanie, że zawody techniczne nie będą już miały wzięcia na rynku pracy. W związku z tym politechnika - niegdyś bardzo popularna - popularna być przestała. Nie dlatego, że jest trudna. Przede wszystkim dlatego, że powszechne były głosy, że dla inżynierów nie ma przyszłości. Minęło parę lat i dziś okazuje się, że to właśnie inżynierowie są poszukiwani na rynku pracy, a minister Kudrycka zamierza nawet dopłacać studentom politechniki.

Kierunki z przyszłością

W tych samych latach 90. kierunkami z przyszłością wydawały się marketing i zarządzanie. Dlatego przeżywały prawdziwe oblężenie. Ich absolwenci trafili jednak na bessę na rynku pracy. I okazało się, że nikt ich nie potrzebuje.

Rynek pracy jest dynamiczny. Nie przewidzieliśmy kryzysu ekonomicznego i nie jesteśmy też w stanie przewidzieć, co się na rynku pracy zdarzy w wyniku walki z kryzysem. Takie zmiany mogą następować szybko. Tymczasem cykl kształcenia uniwersyteckiego trwa pięć lat. Dlatego jeśli dziś, w roku 2009, w oparciu o aktualne trendy na rynku pracy, ktoś opracuje listę kierunków z przyszłością i bez przyszłości, absolwenci takowych trafią na rynek pracy dopiero w roku 2014 czy 2015. Czy ktokolwiek jest w stanie przewidzieć, jakie będą mieli wówczas perspektywy zatrudnienia?

Jak w PRL

Jest jeszcze druga strona medalu. Coraz więcej stanowisk - zwłaszcza w dużych korporacjach - nie wymaga tak naprawdę wykształcenia kierunkowego. Kandydatów na korporacyjnych konsultantów nikt nie pyta serio, jaki kierunek skończyli. Uczą się przez przystosowanie do firmy i jej zadań. Dlatego sami studenci doskonale wiedzą, że skończenie kierunku studiów, który im intelektualnie odpowiada, nie musi się przekładać na rzeczywistą pracę zawodową. Znam absolwenta filozofii, który świetnie sobie radzi jako menedżer w firmie sprzedającej elektronikę. System, w którym kończy się studia i natychmiast rozpoczyna pracę w wyuczonym zawodzie, niemal już nie istnieje. Istnieje za to grupa młodzieży chcącej się kształcić ogólnie - w zakresie antropologii, polonistyki czy filozofii. Zwłaszcza że to wykształcenie ogólne pozwala lepiej przystosować się do aktualnych potrzeb rynku pracy. To ono rozwija inteligencję i zdolności adaptacyjne. Obecne dążenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego do dostosowania kierunków uniwersyteckich do potrzeb rynku pracy przypomina mi nieco idee z czasów gospodarki centralnie planowanej. Nie doszukiwałabym się tu wpływu liberalizmu gospodarczego. To właśnie władze PRL chciały za pomocą limitów miejsc na poszczególnych kierunkach dokonywać swoistej inżynierii społecznej i budować strukturę ówczesnego profilu kształcenia. Był w tym i jest swoisty chłopski rozum - logika typu: wydawajmy pieniądze na to, co jest potrzebne. Tylko że tego, co na rynku pracy jest i będzie potrzebne, określić się po prostu nie da. I to nie chłopski rozum powinien decydować o szkolnictwie wyższym.

Prawdziwy rynek

Jedynym rzeczywiście liberalnym i rynkowym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie odpłatności za studia - koniecznie wraz z rozbudowanym systemem stypendialnym pozwalającym na wyrównywanie szans. Dopiero wtedy liczba chętnych studentów decydowałaby o tym, jakie kierunki studiów rozwijać, a jakie ograniczać. Takie rozwiązanie, w przeciwieństwie do jakichś odgórnie ustalanych list, pozwoliłoby na prawdziwą zbieżność oferty uczelni z potrzebami rynku pracy.

W tym kontekście absurdalne wydaje się zamawianie projektu reformy u zewnętrznej zagranicznej firmy konsultingowej, która z natury rzeczy nie ma pojęcia o polskich potrzebach kształcenia. Mają je za to rektorzy wyższych uczelni, którzy wystąpili z inicjatywą przygotowania własnego projektu. I tylko taki projekt powinien być brany przez ministerstwo pod uwagę.

@RY1@i02/2009/187/i02.2009.187.000.014a.101.jpg@RY2@

Michał Sadowski/Fotorzepa

Hanna Świda-Ziemba, socjolog i pedagog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego

socjolog i pedagog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.