Legislacyjny wyścig z czasem
@RY1@i02/2010/208/i02.2010.208.086.002b.001.jpg@RY2@
Krzysztof Sachs, partner w Ernst & Young
Prawie jak co roku, gdy nadchodzi jesień, jesteśmy świadkami przeraźliwie powtarzalnego legislacyjnego wyścigu z czasem. Lata funkcjonowania demokratycznego państwa prawa wymusiły na ustawodawcy pewien kanon zachowań, którego naruszyć nie wolno.
Nie wolno na przykład zmieniać zasad opodatkowania podatkami dochodowymi w trakcie roku podatkowego, więc wszystkie zmiany w CIT i PIT muszą wchodzić w życie od 1 stycznia. Co więcej, dzięki Trybunałowi Konstytucyjnemu wiemy dziś również, że podatnikom przed zmianami w ustawach o podatku dochodowym trzeba zostawić co najmniej miesięczne vacatio legis. Demokratyczne standardy naszego państwa prawa postępują powoli, lecz konsekwentnie, więc dziś, w roku 2010, wiemy na pewno, że jeśli nie zobaczymy nowych przepisów o CIT lub PIT w Dzienniku Ustaw opublikowanym do końca listopada, to o zmianach w podatkach możemy zapomnieć na kolejny rok. Minister finansów zna te zasady, więc zwykle pierwsze projekty zmian publikowane są wczesną wiosną. Ale jakoś tak się składa, że później proces zaczyna się potwornie ślimaczyć. Kilka miesięcy na konsultacje i decyzje rządu powoduje, że projekty ustaw kierowane są do Sejmu tuż przed wakacjami. A wakacje rzecz dla parlamentarzystów święta, więc tzw. pierwsze czytanie odbywa się w parlamencie dopiero we wrześniu. Komisja finansów publicznych zaczyna prace nad projektami na przełomie września i października, a że w tym samym czasie do tej samej komisji wpada budżet i podatki niekoniecznie są najważniejsze, to bardzo szybko się okazuje, że na porządny proces legislacyjny jest już za późno. Pół biedy, jeśli zmiany w podatkach dotyczą VAT, wtedy zwykle ktoś przypomina sobie, że jest to podatek rozliczany miesięcznie lub kwartalnie i zasada zmian od 1 stycznia go nie obowiązuje. Gorzej jest z CIT i PIT. Opóźnienia powodują, że trzeba czasem konieczne zmiany odkładać o rok lub przyspieszać proces kosztem jego jakości.
Wszystko wskazuje na to, że tak stanie się również w tym roku. Choć założenia do zmian w podatkach dochodowych opublikowane zostały przez MF wiele miesięcy temu, dopiero niedawno przygotowano ostateczny projekt zmian. Rząd przyjął go w zeszłym tygodniu i zdaje się, że dokładnie w czasie, kiedy ten felieton płynie do redakcji, rządowa propozycja nowelizacji ustaw o podatkach dochodowych spływa do Sejmu. A to oznacza, że zostało pięć tygodni na dwa czytania w Sejmie, obróbkę ustawy w komisji finansów publicznych, ewentualne poprawki Senatu, podpis prezydenta i publikacje w Dzienniku Ustaw. Właściwie należałoby stwierdzić, że nie ma już szans na wprowadzenie zmian w życie. Przecież nie można odebrać posłom, senatorom i prezydentowi prawa do rzetelnej analizy trudnych zmian w bardzo ważnych ustawach. Ale niestety bardziej prawdopodobne jest, że rząd wymusi na koalicyjnych posłach przyspieszony tryb prac, który w istocie sprowadzi się do mechanicznej akceptacji rządowych propozycji. Oczywiście musi na tym ucierpieć legislacyjna jakość.
Kiedy widzimy powtarzający się rok po roku ten sam wyścig z czasem uniemożliwiający porządną analizę proponowanych zapisów przez osoby odpowiedzialne za stanowienie prawa, przestajemy się dziwić jakości naszego prawa podatkowego. Ale pojawia się również smutna refleksja, że choć standardy demokratycznego państwa prawa są w Polsce coraz mocniejsze, to zwykłej solidności i odpowiedzialności w procesie legislacyjnym niezmiennie brakuje.
em
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu