Mongolskie jądro ciemności
Bardziej tygrys niż człowiek, bardziej symbol niż realna postać - baron Ungern może wywoływać tylko skrajne emocje. I wywołuje - mimo że od jego śmierci minęło blisko 90 lat - czego najlepszym przykładem jest książka Jamesa Palmera "Krwawy biały baron"
Wyłóżmy od razu karty na stół. Generał baron Roman Ungern von Sternberg był obok admirała Yamamoto bohaterem mojego dzieciństwa. O jego istnieniu dowiedziałem się z reportażu "Testament barona" emitowanego ongiś przez PRL-owską telewizję, a opartego na wielokrotnie wznawianej książce Witolda S. Michałowskiego. Głównym tematem reportażu i książki był wprawdzie nie sam baron, lecz jego skarb oraz losy dwóch Polaków, Antoniego Ossendowskiego oraz Kamila Giżyckiego, którzy mieli wiedzieć, gdzie ów nieodkryty do dziś skarb się znajduje, jednak złoto i inne błyskotki nie wywarły na mnie większego wrażenia, podobnie jak nigdy nie fascynowała mnie zagadka Bursztynowej Komnaty. Natomiast postać walczącego z bolszewikami samotnego rycerza białogwardzisty i owszem. Stało się tak nie z powodów politycznych - w końcu byłem wtedy dzieckiem - ale za sprawą sowieckiego filmu "Czapajew". W filmie tym, którego już potem nie oglądałem, jest taka scena: na okopanych bolszewików uzbrojonych w pulemioty idą tyralierą Biali. A choć padają gęsto od kul, idą wyprostowani, zaś każdy z nich nonszalancko pali cygaro. Gdy tylko zobaczyłem tę scenę, nie miałem wątpliwości, komu w owych tytanicznych zmaganiach, jakimi była rosyjska wojna domowa, kibicuję. Po latach całkiem przypadkiem dowiedziałem się, że nie tylko na mnie epizod ten zrobił wrażenie. Pewien rosyjski autor, tuż po upadku ZSRR, przyznał, że wielu jego rówieśników wychwyciło z Czapajewa psychologiczny atak pułku oficerskiego na pozycje Czerwonych i zaczęło skrycie admirować "Białą Sprawę". "Potęga smaku" - jakby powiedział Zbigniew Herbert.
Niewiele ode mnie młodszy brytyjski dziennikarz James Palmer zainteresował się "krwawym białym baronem" w zupełnie innych okolicznościach, lecz i on nie kryje przed czytelnikami emocjonalnego stosunku do tej postaci. "W samym Ungernie niewiele dało się lubić. Był przerażający pod każdym względem; w zasadzie jego jedyną godną podziwu cechą była szalona odwaga i może po części fascynacja Wschodem". Zresztą ta ostatnia cecha szczególnie Palmera frapuje. Wychowany w dominującym na Zachodzie przekonaniu, że buddyści to najszlachetniejsi ludzie pod słońcem, zaś buddyzm to najbardziej etyczna z religii, dalece przewyższająca "nietolerancyjne" chrześcijaństwo, obwieszcza straszną prawdę: zarówno baron, który marzył o stworzeniu buddyjskiego zakonu rycerskiego, jak i towarzyszący mu Buriaci, Mongołowie oraz Tybetańczycy w niczym nie przypominali łagodnie uśmiechniętego Dalajlamy, ikony dzisiejszej popkultury. Wszyscy oni byli zatrważająco dzicy, a ich okrucieństwo przyprawiało o ciarki, jeśli nie o mdłości. Prawda, owo okrucieństwo można jeszcze jakoś równoważyć. Acz marginalnie i nader niechętnie, to jednak Palmer odnotowuje, że również Czerwoni podczas całej wojny domowej bywali brutalni. Niestety Ungern miał jeszcze jedną cechę, która bez wątpienia mocno go obciąża, a która dla Palmera stanowi główne kryterium oceny tej i tak kontrowersyjnej postaci. Ungern, skądinąd niezważający zbytnio na różnice rasowe lub narodowościowe, był zajadłym, fanatycznym, zoologicznym wręcz antysemitą.
Dziś, pół wieku po Holokauście, niepodobna tej cechy bagatelizować. Nie należy też pod żadnym pozorem szukać dla barona jakiś pokrętnych i dwuznacznych usprawiedliwień ani tym bardziej uciekać w romantyczną legendę, którą stworzył mu nasz sławny rodak Antoni Ossedowski - autor najpoczytniejszej chyba na świecie XX-wiecznej polskiej książki "Kraj zwierząt, ludzi i bogów". Można co najwyżej ze smutkiem zauważyć, że u progu minionego stulecia każdy "kulturalny" Europejczyk był antysemitą i baron pod tym jednym jedynym względem był człowiekiem "kulturalnym". Cała reszta jego biografii, znanej bardziej z plotek niż z wiarygodnych przekazów, dowodzi, że nowoczesna kultura napawała go odrazą. Nie jest też przypadkiem, że finał jego życia rozegrał się na dalekim Zabajkalu i w Mongolii, gdzie pełnił podwójną rolę dowódcy białej dywizji konnej oraz wskrzesiciela mongolskich marzeń o powrocie złotych czasów Dżyngis-chana. Pod tym względem Ungern przypomina Kurtza z "Jądra ciemności" Conrada, sławnego Lawrence’a z Arabii, a po troszę bohatera filmu "Tańczący z wilkami". Od tych postaci różni barona może jedno - jego własnej dzikości nie wyzwolił dopiero kontakt z dzikimi tubylcami. Już dawni Ungernowie - o czym świadczy barwna opowieść zanotowana w połowie XIX wieku przez markiza de Custine na kartach "Listów z Rosji" - byli nieokiełznanymi i mrocznymi indywiduami, parającymi się czarną magią, alchemią bądź korsarstwem. Natomiast ich późny potomek na Zachodzie dosłownie się dusił. Czasy pokoju przyprawiały go o obłęd. Męczył się niczym tygrys w klatce. Szukał zapomnienia w pijaństwie, sporadycznych burdach i lekturach. Czytał zaś tylko "dziką" filozofię, zwłaszcza pisma Friedricha Nietzschego. Lubił Dantego i Dostojewskiego. Nigdy też, jako człowiek niechlujny i niesubordynowany, nie zrobiłby porządnej kariery oficerskiej. Odżywał dopiero "w stalowych burzach", by użyć metafory Ernsta Jüngera. Jego zupełny brak strachu i radosna pewność siebie na polu bitwy wskazują, że był po prostu psychopatą. Jednak najlepiej czuł się na azjatyckich stepach i w syberyjskiej tajdze. Tam, zdaje się, spędził najszczęśliwsze lata swego życia. Tam uciekał, prosząc przełożonych o najmniej atrakcyjne przydziały do pogranicznych garnizonów na najdalszych kresach carskiego imperium. Tam też, gdy tylko mógł, samotnie się wałęsał i polował, nie zważając na nikogo. I właśnie tam, walcząc z bolszewikami, przeszedł do historii oraz do legendy.
Nie wiem, czy antysemityzm Ungerna jest najważniejszą cechą, wedle której powinniśmy tę postać dzisiaj mierzyć. Ale dzieckiem także już nie jestem, więc i na reputacji barona niespecjalnie mi zależy. W zasadzie skłonny byłbym się zgodzić z Palmerem, że Ungern jest figurą skrajnie antypatyczną. Dodałbym jedynie, że tak samo antypatyczną jak piraci, którzy z prawdziwych Karaibów przeniknęli do tych hollywoodzkich. Niestety, słuszne potępienia, jakie Palmer ma dla antysemityzmu Ungerna, sprawiają, że sztucznie przyczernia wizerunek bohatera swojej książki. Pomijam tu takie pikantne drobiazgi, jak podawanie plotek o żydowskim rodowodzie barona tudzież rozważania o jego homoseksualizmie, które autor snuje, przyznając zarazem, że nie ma po temu żadnych podstaw. Ciekawszym przykładem jest sposób, w jaki Palmer relacjonuje rozmowę Ungerna z doktorem Ribo. Baron miał lekarza spytać, czy jest on socjalistą. W swej relacji Ribo istotnie ironizuje: "Poczułem, iż moje życie zawisło na włosku, więc postanowiłem się tego włoska trzymać". Zarazem jednak pisze, że Ungern zadając mu kłopotliwe pytanie, przywitał go "radosnym kiwnięciem". Tego Palmer już nie odnotował, samo przypadkowe spotkanie prezentując jako przesłuchanie prowadzone przez paranoika. A przecież baron zadowolił się ustną deklaracją lekarza. Nie miał zresztą innego wyboru. Granica między Białymi a Czerwonymi, wyraźna ideowo, realnie była płynna. Nikt do nikogo nie miał zaufania, bo jednego dnia było się Czerwonym, a drugiego Białym. Rozumie to choćby wybitny znawca wojny domowej Richard Pipes. Palmer niby też to wie, lecz woli moralizować z wyżyn swego biurka. Wracając zaś do wspomnień Ribo, to ich pełną wersję znaleźć można w rosyjskiej biografii Ungerna "Samodzierżca pustkowi" pióra Leonida Józefowicza. Jest to praca gruntowniejsza i bogatsza niż publikacja Palmera, który zresztą wiele jej zawdzięcza. Dlaczego zatem wydawnictwo Rebis wybrało akurat dzieło Brytyjczyka, nie zaś Rosjanina? Przecież nie wszystko, co zachodnie, musi być najlepsze.
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0016.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0016.002.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0016.003.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0016.004.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0016.005.jpg@RY2@
Michał Otorowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu