Literatura kopana
Kilka razy do roku zdarza mi się uczestniczyć w dyskusjach zakrapianych cytatami z boiskowych i książkowych klasyków. Impulsy do debaty za każdym razem są te same. Po pierwsze ważne mecze reprezentacji oraz - znacznie rzadziej, w szczuplejszym gronie i z niższą temperaturą - szlagiery naszej ekstraklasy. Po drugie nadzieja, że wreszcie pojawiło dzieło literackie lub filmowe tak doskonałe warsztatowo, jak bramka wbita przez Deynę Portugalii prosto z rzutu rożnego, nieprzewidywalne jak gol Domarskiego na Wembley (na zdjęciu) albo dramatyczne i hiperrealistycznie dosadne jak cios z byka, którym Zidane powalił Materazziego. Tak się bowiem składa, że paneliści w równej mierze są kibicami futbolowymi, co literackimi i wyczekują nie tylko złotych goli, lecz także złotych myśli o ukochanej dyscyplinie.
Co roku nadzieje okazują się płonne. Sztuka nie radzi sobie z futbolem, co z wielu względów może się wydawać dziwne. Piłką kopaną entuzjazmują się przecież luminarze z całego globu, by przywołać tylko Mario Vargasa Llosę i Petera Greenawaya, a także (nie tylko ze względów patriotycznych) Jerzego Pilcha, o zastępach innych Anglosasów i Latynosów nie wspominając. Ale żaden z nich nie stworzył wielkiego dzieła o futbolu na miarę, powiedzmy, "Czarodziejskiej góry" albo "Rashomona". Oczywiście, są futbolowe tropy w "Pierwszym człowieku" Camusa czy "Bezpowrotnie utraconej leworęczności" Pilcha. Nieźle literatura radzi sobie z futbolem w gatunkach niefabularnych - tu mamy spore osiągnięcia autorów obcych i rodzimych, by wymienić choćby Eco, Hrabala, Esterházy’ego, Kapuścińskiego, Mętraka czy Dygata. Ale dlaczego do dziś nie powstała wybitna powieść o sportowej używce, którą regularnie odurza się jedna trzecia ludzkości? Na trawiastym boisku biegają narody, a nie 20 facetów w krótkich spodenkach (plus dwóch bramkarzy w długich). I uganiają się nie za obitym skórą balonem, lecz walczą o sławę, pieniądze, spełnienie, ba, nawet, o nieśmiertelność. Jak to się stało, że dyscyplina, będąca sublimacją pierwotnych instynktów i złagodzoną formą ekspresji skrywanych pragnień, a jednocześnie wyrafinowanych technik manipulowania ludźmi i sterowania emocjami, opiera się kinu? I dlaczego twórcy filmowych fabuł najczęściej pokazują futbol przez didaskalia, na przykład przez pryzmat kibolskich lub środowiskowych patologii, jak w "Piłkarskim pokerze" Janusza Zaorskiego?
Rację miał chyba Kazimierz Górski, który mawiał, że "piłka to gra prosta, nie potrzeba do niej filozofii". Legendarny trener chętnie (i zawsze krótko) mówił o futbolu. Miał niezwykły dar do bon motów i zaskakujących puent, które, choć lapidarne, zawierały całą prawdę o zasadach rządzących piłką nożną. Te wypowiadane z lwowskim zaśpiewem zwischenrufy przekroczyły zresztą granice stadionów i awansowały do polszczyzny ogólnej. "Tak się gra, jak przeciwnik pozwala". "Mecz można wygrać, przegrać lub zremisować". "Im dłużej my przy piłce, tym krócej oni" - to genialne definicje piłkarskie pana Kazimierza. Weźmy jeszcze jeden cytat. Jan Domarski, autor gola, który dał orłom Górskiego zwycięski remis na Wembley, pytany o technikę strzelenia bramki, nie bawił się w zawiłości. "Przyszła, naszła, zeszła, weszła" - wypalił prosto z mostu. Czy natrafiliście na podobne cymelia u któregoś z zawodowych mistrzów pióra (lub klawiatury)? Ja nie.
Strzał Domarskiego uchodzi za najważniejsze kopnięcie w dziejach polskiego futbolu. Wraz z tym, jak twierdzi sam autor, przypadkowym uderzeniem narodziła się legenda jedenastki Górskiego. Ale w słowach napastnika Stali Mielec jest wiele ponadczasowej prawdy o istocie naszej myśli futbolowej, której sukcesy Górskiego, Piechniczka i może jeszcze Gmocha były - co widać dziś gołym okiem - tylko incydentalnym zaprzeczeniem.
Jest jednak zadziwiające powinowactwo między sztuką a futbolem w krajowym wydaniu. Nasza jedenastka wygrywała nie tylko wtedy, kiedy zawodnicy celnie kopali piłkę - w sukcesach zawsze sekundowali im artyści. Furorę na mundialu w Niemczech zrobił nie tylko Lato z kolegami, ale także Maryla Rodowicz. Młodziutka szansonistka brawurowo wykonała wtedy piosenkę "Futbol" do słów Jonasza Kofty, będącą najlepszym jak dotąd piłkarskim songiem znad Wisły. Osiem lat później na mistrzostwach w Hiszpanii junacy Piechniczka powtórzyli wyczyn kozaków Górskiego. W drodze po laury znów towarzyszył im kawałek wysokiej próby - "Tajemnica Mundialu" Bogdana Łazuki. A przy kolejnych zmaganiach biało-czerwonych na mistrzostwach asystowały słowno-muzyczna konfekcja i grafomania, to i wyniki były żałosne.
Tak do końca porażki filmu i powieści w konfrontacji z futbolem mnie nie martwią. Nasi piłkarze potrafią znakomicie wyręczyć pisarzy i reżyserów. Niech tworzą kolejne bon moty i strzelają przeciwnikom gole. Jeśli śpiewanie i komponowanie piosenek zostawią dobrym artystom, a nie fuszerom, to kto wie, może wkrótce przeżyjemy kolejne Wembley.
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0017.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0017.002.jpg@RY2@
Cezary Polak
Cezary Polak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu