Podróż sentymentalna
Stosunek do gier zmienił się diametralnie przez ostatnie dziesięć lat. Stało się tak dlatego, że my dorośliśmy. "My" to znaczy: pokolenie, które zaczynało od Pegasusa - do dziś pamiętam, że o nim marzyłem - przez Atari, Commodore’a, Amigę, po PC-ta, Xboksa i PlayStation. A przecież jeszcze do niedawna często słyszeliśmy zwrot "głupia gra". Ten pejoratyw będziemy spotykać coraz rzadziej. My bowiem nie myślimy o grach w zerojedynkowych kategoriach. Moglibyśmy powiedzieć: "słaba", "nudna", "wtórna", "nowatorska" czy "staromodna", ale nigdy "głupia". Gry stały się takim samym elementem kultury, jak film, literatura czy muzyka. Ocenia się je według podobnych kryteriów - liczą się więc oryginalność, wykonanie (czyli: warsztat) i najbardziej z nich subiektywna, a zarazem najważniejsza, satysfakcja, porównywalna z ogólnym wrażeniem wyniesionym z lektury czy z przyjemnością płynącą z przesłuchania płyty.
Przygodę z wirtualną przestrzenią rozpocząłem od Commodore’a 128, który obsługiwał dyskietki 5,25 cala. Gry wczytywały się błyskawicznie, nie trzeba było czekać kilkudziesięciu minut ani martwić się o ustawienie głowicy w magnetofonie. Commodore był prezentem od kolegi. On przebywał już wtedy w świecie Ludzi i Orków z "Warcrafta 2" - dzieliła nas przepaść. Mogłem tylko poczytać "Easy PC", co nawiasem mówiąc, nie na wiele się zdało. Pamięta ktoś jeszcze te czasopisma z lat 90. ("Świat Wiedzy" "Easy English", "Skarby Ziemi"), które kolekcjonowało się i wpinało do segregatorów? Do dziś kilka z nich zalega na najwyższych półkach regału w moim domu rodzinnym.
W ubiegłe wakacje spędziłem tam dwa tygodnie. Nie obeszło się bez rytualnej partyjki w "Pro Evolution Soccer". Spotkaliśmy się w zaprzyjaźnionej knajpie. Podłączyliśmy laptop do projektora. Obok nas kilka osób zajętych było grą w bilard - jak najbardziej realną. Jednak kiedy w meczu Hiszpania - Brazylia doszło do rzutów karnych, wszyscy obserwowali już tylko nasze zmagania. Być może, gdy się zestarzejemy, wirtualne zawody będą popularniejsze od igrzysk olimpijskich? Czasem zastanawiam się, jak to będzie za czterdzieści lat. Czy spotkamy się ze znajomymi i zagramy partyjkę w "Worms 2"? Wyobrażam sobie siebie i przyjaciół jako stetryczałych staruszków z padami w lekko trzęsących się dłoniach. Wyklinamy na Leo Messiego, który nie wykorzystał szansy na gola. Wiem, pewnie wtedy nie będziemy się już spotykać, pewnie nie wszyscy będziemy żyć, a Messi nie będzie już piłkarskim bogiem, choć... trudno cokolwiek przewidzieć. Postęp medycyny i gier - tego nie sposób sobie wyobrazić - odpowiada raczej ciągowi geometrycznemu niż arytmetycznemu. Jednak futurologia to ryzykowna zabawa. Dużo mógłby powiedzieć na ten temat Francis Fukuyama.
Tylko po co snuję te plany, skoro i tak w roku 2012 skończy się świat? Dobrze, że dopiero w grudniu. Zdążę zobaczyć mistrzostwa Europy i zagrać kilka sezonów w nowego "Football Managera". Pewnie, jak zawsze, wyjdzie w październiku.
Krzysztof Cieślik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu