Dziennik Gazeta Prawana logo

Emocje to zły doradca

1 lipca 2018

Rządowa zapowiedź doraźnej wielomilionowej pomocy z rezerw budżetowych jest na miejscu. Ale przesunięcie 2 mld zł z krajowego dofinansowania projektów unijnych na rzecz odbudowy popowodziowej jest ryzykowne

Woda opada, emocje też. Trwa interwencyjna pomoc dla powodzian, ale nadchodzi też czas rozliczeń. Mając w pamięci powódź z lipca 1997 r., należy spytać, czy Polak tym razem był mądry przed szkodą, czy - jak często się zdarza - po niej.

Rozmiar szkód spowodowanych przez powódź w mieniu prywatnym, komunalnym i należącym do sektora przedsiębiorstw będzie jeszcze długo szacowany. Jednak skala tragedii ludzkiej, mierzona liczbą ofiar śmiertelnych, jest kilkakrotnie mniejsza niż w 1997 r. Nie nastąpiło też zniszczenie istotnych dla gospodarki czy kultury narodowej fragmentów infrastruktury miejskiej. Z fragmentarycznych na razie informacji możemy wysnuć wniosek, że bezpośredni wpływ powodzi na poziom PKB w II kwartale tego roku będzie minimalny. Z braku dostaw podzespołów na kilka dni stanęła fabryka Fiata, ograniczyła produkcję elektrownia Połaniec, wstrzymano prace budowlane, w tym drogowe w rejonach bezpośrednio dotkniętych powodzią, lokalnie obniżyła się wielkość sprzedaży detalicznej, a firmy ubezpieczeniowe mogą oczekiwać pojawienia się pewnych nadzwyczajnych strat. W dłuższym okresie, co już sygnalizowało kilku analityków rynkowych, wpływ na PKB może być wręcz pozytywny, przymuszając samorządy i przedsiębiorstwa do przyspieszonej modernizacji majątku nieruchomego i jego wyposażenia.

Tematyka powodziowa całkowicie zdominowała treść przekazów medialnych w Polsce w ciągu ostatnich dziesięciu dni. Przyćmiła zarówno powoli ujawniane detale tragedii smoleńskiej, jak i trwającą (o czym można było zapomnieć, czytając polską prasę) kampanię wyborczą. Przez kolejny tydzień nie dowiedzieliśmy się, jaką wizję prezydentury mają dwaj najważniejsi kandydaci.

Na fali zdominowanych powodzią emocji i tragedią ludzi bezpośrednio nią dotkniętych pojawiały się pomysły działań doraźnych. Możliwość ogłoszenia stanu klęski żywiołowej, choć przez chwilę poważnie rozważana, została odrzucona ze względu na potencjalnie niebezpieczne konsekwencje polityczne w postaci odroczenia terminu wyborów prezydenckich i pogrążenia kraju w przedłużającej się niepewności politycznej. Całkiem na miejscu jest natomiast rządowa zapowiedź doraźnej wielomilionowej pomocy z rezerw budżetowych. Chodzi o 100 tys. zł odszkodowania na zniszczone gospodarstwo, w tym 6 tys. zł zasiłku bez potrzeby rozliczenia, po 1 tys. zł specjalnego zasiłku edukacyjnego na każde dziecko w wieku szkolnym oraz bezpłatne kolonie dla pięciu tysięcy dzieci z zalanych terenów. PKPP Lewiatan zaproponował rządowi pilne wprowadzenie ułatwień w wykorzystaniu z istniejących środków Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Funduszu Pracy, na które składają się przedsiębiorcy. Nie pozostał niezauważony apel KNF do banków i firm ubezpieczeniowych o większą wyrozumiałość wobec powodzian w ramach ich rutynowej działalności.

Pojawiają się także pomysły nie do końca przemyślane, a nawet ryzykowne. Rząd zapowiedział ustawową korektę budżetu - przesunięcie około 2 mld zł z krajowego dofinansowania projektów unijnych (głównie inwestycji) na rzecz odbudowy popowodziowej. Problem w tym, że nowelizację budżetu bezpiecznie można robić tylko raz. A co, jeśli europejski kryzys finansowy zmusi Polskę do kolejnej korekty budżetowej na jesieni? Pojawili się wreszcie "janosikowie" doradzający nałożenie specjalnego podatku na lepiej zarabiających.

W swoich działaniach interwencyjnych rząd pokazuje, że nie poszła na marne lekcja ze słynnej wypowiedzi ówczesnego premiera z 1997 r., że trzeba się było ubezpieczać. Powodzianom, jak każdej grupie obywateli, która znalazła się nie z własnej woli w rozpaczliwej sytuacji, bezwarunkowo należy się pomoc doraźna. W Polsce tylko państwo może ją efektywnie okazać, skala działania organizacji pozarządowych, w tym charytatywnych, jest w tym przypadku za mała.

Obywatele także wyciągnęli wnioski z lekcji 1997 r. Według informacji z PZU co trzeci polski dom jest ubezpieczony na wypadek powodzi, w tym duża część w ramach obowiązkowego ubezpieczenia (tylko budynki wchodzące w skład gospodarstw rolnych, nie dotyczy to jednak np. maszyn, zwierząt i płodów rolnych). Natomiast osoby niebędące rolnikami mogą ubezpieczać się od powodzi oraz innych klęsk żywiołowych na zasadzie dobrowolnej. Nie wszystkie firmy ubezpieczeniowe oferują ubezpieczenie powodziowe w ramach swojego podstawowego pakietu. Większość firm nie jest także skłonna do zawierania nowych umów dobrowolnych w trakcie zagrożenia powodziowego. Model ubezpieczeń powodziowych w Polsce podobny jest do niemieckiego i zasadniczo się sprawdza. Nie mamy w Polsce natomiast czegoś w rodzaju rządowego samofinansującego się funduszu ubezpieczeniowego, jak w USA - National Flood Insurance Program, który okazał się niezbędny tam, gdzie sektor prywatny nie był w stanie lub nie był skłonny działać.

Czyżby więc jednak tym razem Polak był mądry przed szkodą? Wielu Polaków - tak. W głównych miastach i większości gmin i powiatów wały wytrzymały, plany akcji przeciwpowodziowych się sprawdziły, mieszkańcy byli właściwie informowani, zaś akcje ratunkowe powadzone były w miarę sprawnie. Zarządzanie kryzysowe ogólnie się sprawdziło.

Trzeba jednak dodać, że tym razem przysłowiowy Polak miał także sporo szczęścia. Nie wszystko bowiem było należycie przygotowane. Od ośmiu lat niewykonany pozostaje ustawowy obowiązek opracowania planu ochrony przeciwpowodziowej dla Polski. Spóźnione są także prace związane z implementacją podstawowej dyrektywy Parlamentu Europejskiego w sprawie oceny ryzyka powodziowego i zarządzania nim (2007/60/WE). Powinna się była znaleźć w polskim prawie do końca listopada 2009 r. Niestety tak się nie stało. Tym samym opóźnia się sporządzenie map (niezbędnych dla właściwego działania firm ubezpieczeniowych), opisów, ocen i prognoz, które powinny znaleźć się w dokumencie wymaganym przez dyrektywę. Kolejne dokumenty mają powstawać do końca 2015 r. Polska opóźniona jest już na starcie, co sprawia, że nie może w pełni skorzystać z dorobku krajów mających największe w Europie doświadczenie w zapobieganiu powodziom i ich skutkom. Kilkakrotne raporty NIK na ten temat pozostają bez echa.

Jeśli wiadomo dokładnie, co należy zrobić - zgodnie z najlepszymi europejskimi standardami dla długookresowego rozwiązania lub złagodzenia problemu zarządzania przeciwpowodziowego - dlaczego tego nie zrobiono?

Jacek Adamski

dyrektor departamentu ekonomicznego PKPP Lewiatan

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.