Polak w roli stratega
W ocenach egipskiej rewolty coraz częściej słychać w Polsce ton jakby mało polski: nie popierajmy Egipcjan, mimo że pragną wolności oraz demokracji, czyli tego, co sami przed laty wywalczyliśmy. Nie popierajmy - bo musimy wreszcie okazać się zimnymi, mądrymi graczami. Musimy kierować się rozumem, a nie sercem. Musimy zadać standardowe pytanie o gry wielkich mocarstw, o nasze reakcje ze światem arabskim, o cenę benzyny oraz o koszt zmarnowanych wakacji. Dość popierania zrywu, bo jest wolnościowy. Teraz musimy być realpolitik, musimy wykalkulować, czy podnosząca głowę rewolucja to wydarzenie korzystne z punktu widzenia polskiej racji stanu.
Chętnie wsparłbym z całych sił nową modę, gdybym nie czuł fałszu. Realpolitik nie zaczyna się w ocenie naszej polityki wobec Egiptu. Trzeba zacząć od własnego domu. Nie byliśmy realistami, kiedy po to, aby zaimponować Brukseli opowiadaliśmy o polskich sukcesach w dziele oswojenia Łukaszenki - a potem łykaliśmy łzy upokorzenia. Ani wtedy, kiedy wyłącznie po to, aby utrzeć nosa Kaczyńskim, prezentowaliśmy wyjazd premiera do Moskwy jako przełom w stosunkach polsko-rosyjskich. Nic wspólnego ze znajomością skomplikowanych reguł dyplomacji nie miało półstosowanie konwencji chicagowskiej. O naszej chaotycznej i emocjonalnej linii politycznej świadczą powierzchowne próby zmiany reguł panujących w lotnictwie wojskowym podjęte po katastrofie Cas-y - energiczne zaraz po katastrofie, papierowe, gdy tylko emocje ucichły.
W przypadku komentarzy odnoszących się do "rozwoju sytuacji w Egipcie" mamy do czynienia ze świadomym albo nieświadomym uleganiem mechanizmowi kompensacji. Zamiast wewnętrznej polityki na wymaganym poziomie zróbmy superpolitykę zewnętrzną. Polskim wyznawcom - a precyzyjnie mówiąc, fałszywym wyznawcom - realpolitik w odniesieniu do Egipcjan przydałoby się odświeżyć wiedzę o własnym kraju. Niewielkie mamy możliwości prowadzenia tej wyśnionej, chłodnej i wykalkulowanej polityki. Możemy sobie o niej tylko pogadać. Zwłaszcza że gadanie o rewolucji w Kairze nic nas nie kosztuje. Tylko czekać, aż któryś z naszych analityków zacznie radzić Egipcjanom, jak mają równoważyć budżet albo jak powinni przeciwdziałać stadionowym chuliganom...
Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaneguje, że polityka zagraniczna powinna być prowadzona rozumnie, z troską o własne interesy itd. Inna sprawa, że prowolnościowe emocje są akurat ważnym sojusznikiem demokratycznego Zachodu. Najważniejsza lekcja egipska dla nas brzmi jednak: zdrową politykę globalną najlepiej zacząć od własnego podwórka. Powinna być przedłużeniem rozumnej i skutecznej polityki prowadzonej we własnym kraju wobec własnych obywateli.
@RY1@i02/2011/024/i02.2011.024.186.002c.001.jpg@RY2@
Jan Wróbel
Jan Wróbel
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu