Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Becikowe dla świętej rodziny

3 lipca 2018

Tę historię zna każdy. W owym czasie, jakieś 2012 lat temu, cezar August wydał rozporządzenie, by przeprowadzić spis ludności. Niestety, zamiast przyjąć wysłanych w tym celu ankieterów, trzeba było wówczas wsiąść na osiołka i pofatygować się do przedstawiciela władzy. Każdy, kto podróżował przez pół Polski do urzędu wojewódzkiego po paszport, doskonale rozumie biblijnych Żydów. W takiej przymusowej wyprawie nigdy nic nie wiadomo. Zwłaszcza jak się podróżuje z kobietą w zaawansowanej ciąży i to na dwa tysiące lat przed tym, nim wymyślono rezerwowanie hoteli przez internet. Na coś takiego nie porwaliby się nawet najbardziej hipsterscy backpakersi, którzy do miejsc nietkniętych od tysięcy lat przez cywilizację lat nie ruszą się przecież bez najnowszego iPhonea.

Gdy matka przyszłego Zbawiciela dociera do Betlejem, okazuje się, że wszystkie gospody mają pełne obłożenie. Chcąc nie chcąc, zmuszona była urodzić syna w warunkach iście spartańskich. Najprawdopodobniej miało to miejsce w grocie, ale w zbiorowej świadomości utrwaliło się wyobrażenie o stajence i nie będziemy z tym polemizować. Zwłaszcza że pogłębia to wrażenie, jakie towarzyszy większości z nas, a więc wzruszającej historii Narodzenia Pańskiego w odtrąceniu i ubóstwie. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby teraz dziecko przyszło na świat w takiej stajence. Nie na Bliskim Wschodzie, gdzie, jak podejrzewam, podobna sytuacja nie byłaby niemożliwa. Zwłaszcza na terenie Zachodniego Brzegu, gdzie zamiast gwiazdki betlejemskiej niebo co rusz rozświetlają rakiety Hamasu i izraelskie pociski.

Tylko u nas. W kraju przez niektórych określanym mianem zielonej wyspy, gdzie od przeszło 60 lat z okładem mamy względny spokój, a postęp technologiczny doprowadził do tego, że rząd komunikuje się z obywatelem już nawet za pomocą Twittera. Czy gdyby teraz jakieś dziecko urodziło się w stajence, rodzice dostaliby becikowe czy raczej zarzuty narażenia niemowlęcia na utratę zdrowia lub życia?

Gdyby narodziny miały miejsce do końca roku, sytuacja byłaby klarowna przynajmniej w pierwszej kwestii. Niezależnie od statusu majątkowego współczesnej "świętej rodziny", rodzice dostaliby od państwa tysiąc złotych becikowego. Pod warunkiem że matka byłaby pod opieką lekarza od 10. tygodnia ciąży. Wystarczy więc, by Józef zniósł przewracające oczami urzędniczki, które nie wiedzą, co wpisać w rubryce "miejsce urodzenia", a potem z lekarskim zaświadczeniem udał się do swojego urzędu gminy. Tam dowiedziałby się pewnie, że jeśli interesy jego stolarni idą jak po grudzie, to dostanie drugi tysiąc złotych w ramach zasiłku rodzinnego. A jak ma szczęście i mieszka w bogatej gminie, to jeszcze becikowe samorządowe. To ważne, bo współcześni rodzice raczej nie mają co liczyć na podarki od trzech mędrców ze Wschodu. Zwłaszcza że jak powszechnie wiadomo, akurat nad Wisłę jeszcze nic dobrego stamtąd nie przyszło. W przyszłym roku państwo przywita nowego podatnika plikiem banknotów, o ile miesięczny dochód w rodzinie nie przekroczy 1922 zł netto na głowę. Kwota na tyle duża, że nadal wielu rodziców becikowe dostanie. A kto je straci, no cóż, będzie mógł zabranym świadczeniem snobować się niemal jak jedzeniem sushi.

Druga kwestia zależy od tego, jak doszło do narodzin w stajence. Nie mam na myśli, czy dziecko zostało poczęte w wyniku zapłodnienia in vitro, naturalnie czy poprzez zstąpienie Ducha Świętego, bo na szczęście na razie nic to dla ewentalnej odpowiedzialności karnej nie zmienia.

Jeśli matka zwyczajnie nie zdążyła do szpitala, nic jej nie grozi. Mamy po prostu kolejnego malucha urodzonego nietypowo, jak te niecierpliwe, które przychodzą na świat w pociągu czy taksówce. W takim wypadku latorośl zyskuje co najwyżej dożywotni karnet jeździecki. Co innego, gdy poród nastąpi niejako przy okazji, bo akurat Józef dorobił parę złotych, sprzedał parę rzeczy i można było tydzień pić, a kto by w takiej sytuacji zawracał sobie głowę jakimś szpitalem. Ale tak jak na "jumanie fantów" i ich upłynnianie są paragrafy, tak samo kodeks karny przewiduje dla rodziców (lub opiekunów, Józef się nie wykpi) 5 lat, jeśli dojdzie do bezpośredniego niebezpieczeństwa utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. To sytuacja skrajna, co nie oznacza, że do takich nie dochodzi. Przeciwnie, podobne rzeczy dzieją się na melinach, które bardziej przypominają najzwyklejszy chlew. A co z naszą stajenką?

Według podań było po prostu ubogo. Józef się nie zataczał. Pasterze, skoro przyszli, to i pewnie pomogli, wchodząc trochę w rolę współczesnych ośrodków pomocy społecznej albo krewnych i znajomych, którzy teraz przynoszą jakieś ubranka czy pieluchy dla noworodka. I tak to pewnie mniej więcej wygląda w co trzecim polskim domu, a na prowincji i co drugim. Może trudno to sobie wyobrazić, gdy pakuje się do torby zestaw lego kosztujący połowę pensji kasjerki z Wałbrzycha, ale dzieci w stajenkach rodzą się ciągle. I nikt z tego powodu nie krzyczy, że państwo nie działa.

Piotr Szymaniak

dziennikarz działu prawo gospodarcze

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.